Fantomy dźwięków

Cezary Duchnowski

W cyklu, który poniżej opiszę, otrzymujemy cztery płyty – Cezarego Duchnowskiego „phonoPhantomatics”, Marcina Stańczyka „MosaÏque”, Aleksandry Gryki „Interialcell”, Wojciecha Błażejczyka „General Theory of Relativity”. Najmocniejsze wrażenie pozostawiła na mnie ta pierwsza płyta, prawdopodobnie dlatego, że Duchnowskiemu udała się w sposób wyjątkowy sztuka łączenia instrumentarium współczesnego z głosem i słowem.

Możliwe, że jest tak, jak sam mówił kompozytor w jednym z  wywiadów, że „prawdziwe komponowanie oznacza kształtowanie elementarnych cząstek muzyki, czyli brzmienia”. Jemu nie wystarcza żywe instrumentarium, co jest oczywiste, jako, że jest twórcą eksplorującym rejony muzyki absolutnej i elektroakustycznej. Ale co ciekawe, potrafi w tak subtelny i delikatny sposób połączyć elektronikę z tradycyjnym instrumentarium, że utwór może być odczuwany i pojmowany jako żywa, pulsująca całość, zmienna dynamicznie i brzmieniowo. Zwarta, o jasno zbudowanej strukturze, dążąca do świadomie skonstruowanego momentum, aż ku wyciszeniu – jak w tytułowym phonoPhantomatics. Słuchając tej muzyki miałam wrażenie niezwykle świadomego jej wykonawstwa. I nic dziwnego – Duchnowski ma kilku ulubionych wykonawców, których świetnie rozumie i wplata ich dokonania w meandry swoich brzmieniowych poszukiwań.

Tu dołączył do nich – i zarazem splata on całość cyklu – znakomity zespół wirtuozów Klangforum Wien. Partię głosu w „WELOVELIVE” z powodzeniem niesie Agata Zubel. Jeśli więc szukać jakiejś metafizyki w tych utworach, to byłaby nią paradoksalnie właśnie głęboka świadomość muzyki, jaka powstaje. W tym upatrywałabym tajemnicy twórczości Duchnowskiego. Kolejną byłaby umiejętność sprawienia, że muzyka, niczym teatr, słowo, gest, obraz – przemawia do nas żywym językiem, mimo pozornej hermetyczności, która jest jej nadawana przez słowo „współczesna”.

Aleksandra Gryka to z pewnością jedna z naszych najbardziej fascynujących postaci polskiej muzyki nowej. Słuchając „Youmec” na klawesyn i zespół doskonale można zrozumieć, dlaczego – jak sama o sobie napisała dość autoironicznie – jej dzieła są jak planety z własną, unikatową atmosferą i prawami, którymi się rządzą. Jeśli miałabym wskazać sens jej muzyki i cel kompozytorki to byłoby faktycznie nim pozostawienie odbiorcy z niedosytem. Operuje ona nagłymi skokami agogiki, dynamika jest porwana, narracja niespodziewanie rwie się i dzieli. Doskonałe, tytułowe „Interialcell” na zespół daje odpowiedź na pytanie, skąd jest ta muzyka – z kosmosu. To autonomiczna, pełna wewnętrznych napięć wypowiedź osoby, która nie daje się tak łatwo zinterpretować jako twórca.

Można oczywiście sięgnąć do biografii kompozytorki, gdzie czytamy, że jedną z jej fascynacji jest fizyka kwantowa i literatura science-fiction. Ale tym, co uderza w jej muzyce najbardziej jest swoboda w operowaniu wolumenem i wirtuozerska umiejętność niemalże symfonicznego kształtowania masy brzmieniowej. Potężne bloki dźwięków zderzają się z samotnymi głosami instrumentów, pauzami, wreszcie – totalną ciszą. To przynosi nam „Emtyloop”, świetna, piękna, pełna werwy kompozycja na zespół. Jakie to dobre!

O Marcinie Stańczyku napisano już wiele, jako choćby o laureacie prestiżowej Toru Takemitsu Award za „Sighs”, które także znalazło się na płycie „MosaÏque”. To wybitny utwór. Co stanowi o jego walorach? Bogata tekstura i mistrzowskie operowanie napięciem. Jasność, klarowność wypowiedzi, wyrazistość i umiejętność kształtowania napięć – przykryte co prawda ciągłymi zmianami agogiki i dynamiki, ale wypełnione sensem i znaczeniami. Jakimi? Choćby takim, że jest to komentarz do zmieniających się czasów, w których romantyzm ustępuje miejsca brutalności, skrótowości i szybkości relacji międzyludzkich XXI w.

Moim ulubionym pozostaje „Geysir-Grisey”, wyprzedzający „Sighs” o sześć lat. Może z uwagi na mniejszy skład niż symfoniczny, bardziej kameralny – skrzypce, viola, kontrabas i dwa fortepiany. To niecodzienne instrumentarium, ale może dlatego łatwiejsze w interpretacji i przystępniejsze. „Afterhearings” na flet, klarnet, wiolonczelę, gitarę i fortepian przynosi pewne ukojenie, odpoczynek po gęstych, wymagających skupienia brzmieniach poprzednich utworów. Ale tylko pozornie, bowiem kompozycja aż skrzy się  od naprzemiennie statycznych i dynamicznych motywów.

Wiele jest tu dialogowania między instrumentami, kontrastów i napięć, gry między instrumentalistami – jakże czytelne oddanie idei, zapisanej przez kompozytora w jednej z notek: „Muzyka jest do słuchania przede wszystkim”. Ale sytuacja z koncertów gdy muzycy stroją się czy patrzą sobie w oczy, a my na to patrzymy i słuchamy tego zyskuje szerszy kontekst. Właśnie z ilustracją takiej sytuacji mamy do czynienia tutaj.

Marcin Stańczyk „Sighs”

Muzyka Wojciecha Błażejczyka karmi się internetowymi streamami, urywkami teorii naukowych, czy innymi cywilizacyjnymi śmieciami, które nas otaczają, a na które pozornie nie zwracamy już uwagi. To zapis swoistej audycji społecznej, wypełnionej ścinkami rzeczywistości, informacjami ze świata i z lokalnego otoczenia. Stanowią oczywisty komentarz autora do tego, co nas otacza, czy raczej są nerwowym zapisem jego i naszych doświadczeń. Kompozycje biorą swój początek w tym, że zanim Błażejczyk stał się pełnoprawnym kompozytorem spędził dekadę w zespole prog-rockowym. Przedmioty zrobione ze śmieci czy nieużytków są częstym gościem z jego utworach. Tutaj, jak wyjaśnia choćby przy okazji „Aether” postanowił zebrać głosy otoczenia, spacerując po centrach handlowych, metrze, ulicach, biurach. Nagrania zostały potem przełożone na język elektroniki, wraz z żywymi instrumentami. Ten utwór zaczyna się falą hałasu, mikrotonów i zniekształceń – i zmierza aż ku uspokojeniu.

Jak cała ta płyta. Bardzo polecam cały ten cykl, wydany przez KAIROS (2021 r.), przy współudziale MKiDN oraz Instytutu Adama Mickiewicza.

Wojciech Błażejczyk „Angels of Peace”

Awangarda w obronie zwierząt

Emil Miszk, trąbka

Gdy w maju tego roku zobaczyłam na zrzutce ambitny projekt muzyki współczesnej, sygnowany najlepszymi nazwiskami polskiego jazzu i muzyki eksperymentalnej, nie mogłam uwierzyć. Wydawało mi się to tak bardzo abstrakcyjne – zebrać określoną kwotę na muzyczną podróż garstki przyjaciół w rejony muzyki współczesnej, która niestety jest wciąż po macoszemu traktowana przez instytucje kultury. Źle mi się jednak wydawało, bo na album udało się uzbierać kilka tysięcy i go finalnie wydać. Jego kuratorka (i autorka całego cyklu dla Bôłt Records zatytułowanego TAL) Barbara Kinga Majewska chciała stworzyć rzecz wyjątkową: coś na kształt requiem dla dzikich zwierząt. Jej zamiarem było muzycznie określić czynności towarzyszące polowaniu – a dokładniej sygnały łowieckie. Są to zwyczajowo melodie, związane z pokotem – czyli ceremonią kończącą polowanie. W skrócie można to opisać tak: martwe zwierzęta, ułożone na prawym boku, są żegnane swoistym hymnem przez sygnalistę. Każdemu rodzajowi zwierzyny jest przypisana inna melodia – inna sarnie, inna zającowi, inna lisowi.

Tak, jak na tym albumie, gdzie każda część nosi nazwę innego zwierzęcia. Czym jest zatem „Jagd”? Próbą reinterpretacji tych zjawisk i melodii na nową modłę – w duchu muzyki nowej. Owszem, tak, ale jest też czymś jeszcze. Muzycy próbują zaprosić te melodie, te zwyczaje, przenieść ich cały sens na swój teren. Przetwarzają sygnały łowieckie, jednocześnie tworząc z nich zupełnie nowe, własne, oswojone przez siebie dźwięki. Rezultat jest zaskakujący i więcej niż zadowalający. Co prawda znając dobrze muzyków, którzy złożyli się na ten projekt – czyli Emila Miszka, Jerzego Rogiewicza, Huberta Zemlera, Miłosza Pękalę i Jakuba Sokołowskiego  – można by z góry założyć, że będzie to co najmniej album intrygujący i udany. Takim wstępem do „Jagd” był udział całej piątki na tegorocznych KODACH w Lublinie, gdzie pokazali swój i Barbary Kingi Majewskiej pomysł.

Jednak dopiero przesłuchanie całego albumu przynosi odpowiedź na pytanie, czym jest ta płyta. Jest awangardowym aktem w obronie leśnych zwierząt. Składają się na nią cztery minimalistyczne etiudy. W ulubionym przeze mnie „Cietrzewiu” w hipnotyzującym tle perkusji Huberta Zemlera rozwijają się dźwięki trąbki Emila Miszka. Pojawiają się i znikają, tworząc zawieszony w mitycznym czasie pejzaż soniczny. W innym – „Króliku” – pojawia się fortepian, któremu towarzyszy trąbka Miszka. Ciekawe jest to, że utwory te w oczywisty sposób nawiązują do poetyki sygnałów myśliwych, jednak zarazem wprowadzają do nich swój gen, swoją metodykę i klimat, „rozwalając” niejako od środka ustalone odwiecznie rytuały i zasady. Ma to swój wyraz także w ciekawej grze Jerzego Rogiewicza, perkusisty, który nagrał dźwięki poszycia leśnego i wplótł je w swoją partię „Lisa”.

Utwory są długie, więc raczej jest to muzyka dla koneserów, zdolnych odkryć pod muzyczną także filozoficzną – czy szerzej – ideologiczną warstwę albumu. Bo czymże innym niż hymnem dla zwierząt, tak źle traktowanych przez człowieka, jest ta płyta, w swoim minimalizmie i surowości nawiązująca właśnie do odgłosów natury? Zresztą, wystarczy uważnie wsłuchać się w brzmienie trąbki Emila Miszka w sygnałach, które z triumfatorskich stają się rozbite, rozkojarzone, odległe. Odczytuję to także dlatego właśnie jako próbę rozbicia symboliki myśliwskiej, czyli zapanowania nad światem śmierci i pociągnięcia go ku życiu, ku przyrodzie i ku naturze. Być może także pociągnięcia go ku niewypowiedzianemu, by każdy na własny użytek mógł dookreślić, czego w tej muzyce szuka. Bardzo mocno polecam ten album wszystkim, którym bliska jest scena eksperymentalna i nowa muzyka. A także – los zwierząt.

„Jagd”, Bołt Records/DUX 2021, 9/10