Lev Manovich: Historię tworzą dane

 

image

@Lev Manovich/Flickr.com

Problem z humanistyką jest taki, że ludzie za dużo czasu spędzają, zamartwiając się tym, czego zrobić nie potrafią – pomyłkami, problemami – zamiast po prostu iść i robić to, co muszą.”

 

Miałam niedawno okazję rozmawiać z Lvem Manovichem, najwybitniejszym znawcą współczesnej kultury (sieci i danych). Powyższy cytat z innego wywiadu z Manovichem, przeprowadzonego przez Jamesa Williforda dla http://www.neh.gov, jasno pokazuje, że tym, czego brakuje współczesnym naukom humanistycznym i ich przedstawicielom, jest pragmatyzm i pęd do działania – tu i teraz.

 

DZIŚ KAŻDY MOŻE BYĆ ARTYSTĄ”

Wywiad przeprowadzam dla FUTU, magazynu o dizajnie, ideach i nowych mediach. Z Lvem Manovichem spotykam się w Marriotcie, hotelu w Warszawie z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Od pierwszych minut widzę, że Lev ma nawyk fotografowania iPhonem wszystkiego, co mu wpadnie w ręce – gazet, magazynów, biletów, serwetek, ciekawych napisów i przedmiotów, przypominających o innych czasach i estetyce. Nie przeszkadza to nam w rozmowie, przeciwnie – tworzy do niej dobry kontrapunkt: w końcu rozmawiamy o przemianach w kulturze i otaczającej nas rzeczywistości, które najłatwiej uchwycić właśnie telefonem.
Anna Gromnicka: Miałeś już szansę rozejrzeć się po Warszawie?
Lev Manovich: Jeszcze nie, dopiero przyjechałem, ale wierz mi – zobaczę wszystko. Będę tu jeszcze dwa razy w ciągu następnych kilku miesięcy, więc na pewno będę zwiedzał.
To nie widziałeś jeszcze Muzeum Historii Żydów Polskich? To najbardziej spektakularny obiekt muzealny w Polsce.
Jeszcze nie miałem okazji, ale to będzie mój pierwszy przystanek w tym mieście. Tam jest część mojej historii. Mój ojciec był rosyjskim żydem, pochodzącym z Polski. Moja rodzina wywodzi się z dawnych kresów, więc to muzeum i ta chwila będą dla mnie szczególne.
Na twojej stronie na facebooku wyłapałam świetne zdjęcia i plansze niezrealizowanych projektów z Berlina Wschodniego, dokąd wybrałeś się na konferencję o modernistycznej – czy trafniej socrealistycznej – architekturze i urbanistyce Wschodnich Niemiec. Dawne tereny NRD mogą być wyzwaniem dla badacza?
Raczej dla osoby, której pasją jest dizajn i architektura. Jestem fanem modernizmu powojennych Niemiec, dlatego zachwyca mnie możliwość zwiedzania Berlina w takich detalach. Należę do tych, którzy skrupulatnie badają przestrzeń każdego miasta, w którym są, i ją dokumentują.
Widzisz ten rozświetlony kolorami tęczy budynek? To Pałac Kultury i Nauki. Symbol Warszawy, ale i komunizmu, czy raczej – socrealizmu. Dar od Stalina. Podoba ci się?
Może nie tyle podoba, co na pewno jest bardzo ciekawy. Komunizm to w ogóle interesujący architektonicznie okres. Pałac Kultury jest wyjątkowy w pewnym sensie, tak jak wyjątkowa jest Karl Marx Alee w Berlinie. Ona w zamyśle też miała być tworem modernistycznym, ale nie kapitalistycznym – choć przecież była i jest częścią wielkiej, europejskiej metropolii. Pałac Kultury, tak samo jak Karl Marx Alee, przeżył swój czas i nabrał nowego znaczenia w nowej, politycznej rzeczywistości. Oczywiście, są to różne miejsca, jeśli chodzi o pomysł i wykonanie, ale podobne, jeśli bierzemy pod uwagę zmianę dizajnu w przestrzeni i jego współczesny kontekst. Dla mnie te miejsca opowiadają pewną historię, która tworzy całość, bez potrzeby ujmowania jej w osobne rozdziały.
Przyjechałeś do Polski na konferencję NInA, gdzie rozmawialiście o kulturze cyfrowej i storytellingu, czyli opowiadaniu historii. Jak kultura cyfrowa wpłynie na naszą umiejętność opowiadania historii?
Ona już na nią wpływa! Moglibyśmy rozmawiać o tym godzinami, więc skupię się tylko na dwóch przypadkach. W pierwszym z nich rodzaj komunikacji, jaki tworzymy, opiera się na naszej kreatywności w sieci, która podlega kolosalnym zmianom w ostatnich latach. Ludzie używają blogów, komputerów, instagrama i robią to intuicyjnie, w oparciu o swoje potrzeby artystyczne i twórcze. Dla przykładu, ci, którzy wrzucają swoje zdjęcia i prace na instagrama, często stają się bardzo szybko mistrzami fotografii. Zmienia się także ujęcie tych prac: kiedyś artysta fotograf i jego odbiorca mieli do dyspozycji album fotograficzny, który uzupełniali latami. Dziś sekwencja zdjęć, które wrzucamy do internetu, tworzy tę historię w sposób natychmiastowy i dostępny dla milionów.
Ale instagram to nie rzeczywistość. Jak już kiedyś mówiłeś – instagram nawet nie odzwierciedla rzeczywistości. Więcej, on nawet nie potrafi jej uchwycić. A więc kryje się w tym pewien fałsz.
Z jednej strony tak. Ale spójrzmy na projekt „instagramowych” miast, który niedawno stworzyłem wspólnie z grupą badaczy danych. Zebraliśmy miliony zdjęć z instagrama, po to, by zbadać dokładnie ich użytkowników. Dzielą się zdjęciami non stop, mają potrzebę ciągłego wrzucania zdjęć w kanały mediów społecznościowych. Instytucje, które używają tych kanałów, też gromadzą dane o użytkownikach. Przez lata prowadzenia różnych projektów, związanych z aktywnością ludzi na instagramie, zdołaliśmy przeanalizować te milliony zdjęć i stworzyć z nich profil użytkownika instagrama. A więc jednak to medium odzwierciedla rzeczywistość, pokazując, kim naprawdę są ludzie, którzy go używają.
To prawda. A co zmieniło się od czasów wielkich wieszczów, którzy swoje historie pisali „analogowo”?
Wszystko – poza ciągłością narracji. To, o czym mówię wyżej, jest pierwszym z przykładów opowiadania historii, czyli storytellingu: robię zdjęcie, publikuję je, a ono, w połączeniu z innymi, które już są w sieci, tworzy historię. Moją historię. Co się zmieniło przez kilkadziesiąt, o ile nie kilkaset lat, które nas dzieli od tradycyjnych metod tworzenia historii? Pamiętajmy, że Balzac pisał powieści, oparte na wyraźnie zarysowanym wątku i kilku bohaterach. Współcześnie możemy pisać historię w oparciu o miliony postaci i bohaterów, a także miejsc. Oto jak kultura cyfrowa, a w szczególności dane, dają nam niewiarygodną możliwość odpowiadania na wyzwania estetyczne naszych czasów. Zauważ, że coraz rzadziej piszemy, kiedy tworzymy historie – głównie używamy danych i wizualizacji, żeby je opowiedzieć.
A ten drugi przykład?
W naszych projektach, związanych z fotografią i zdjęciami z instagrama z różnych stolic świata, tworzymy tzw.wyspy. W oparciu o kolory, miejsca, twarze, styl i przekaz zdjęć, jesteśmy w stanie stworzyć całe skupiska pokazujące, jak wygląda miasto i jego użytkownicy, oglądani z perspektywy danych, które generują. Dane tworzą przedziwne, piękne, kolorowe plamy, z których łatwo wywnioskować, jakim przemianom podlegają miejsca i ludzie w tych stolicach. Mogę opowiedzieć historię na podstawie 200 milionów zdjęć, które złożyły się na nasze projekty. W Warszawie wyspa będzie miała w przeważającej części kolor niebieski, w Sao Paulo czy innych stolicach inny. Dane mają więc wpływ na styl wizualny, zależnie od miasta. Wizualizując dane ze zdjęć, tworzę historię miejsca. Wyobraźmy sobie, że jestem przez dwa dni w Warszawie i robię zdjęcia, które publikuję. I wyobraźmy sobie, że ta historia dotyczy życia milionów ludzi w tym samym momencie i miejscu, zajmujących się 10 milionami rzeczy, publikujących zdjęcia lub zapisujących dowody swojej działalności. Ja zajmuję się tym drugim przypadkiem.
Instagram to także twoje narzędzie, jako artysty. Jaki jest dziś status sztuki z instagrama i sztuki współczesnej, na którą wpływ ma kultura cyfrowa?
Cóż, ludzie, którzy wrzucają zdjęcia do sieci, często mówią, że nie dbają o to, jak zostaną odebrani i co kto o nich powie. Artyści operujący klasyczną fotografią, mają do dyspozycji cały zestaw narzędzi i danych, których używają do obróbki zdjęć, na czele z Photoshopem, i bardzo dbają o odbiór swoich prac i środowisko, w jakim się pojawiają. Tymczasem na instagramie mamy zdjęcia, których nie wykonują wykształceni artyści. To „artyści instagrama”, działający na ulicy, w domu, w przestrzeni. Często te zdjęcia są o wiele lepsze, niż te, które robią zawodowi fotografowie. Jak widać, w tej dziedzinie liczy się przede wszystkim talent i zmysł obserwacji oraz refleks. Dlatego jak słyszę, że ktoś studiuje fotografię na jakiejś elitarnej uczelni, to zaczynam się śmiać. We współczesnym świecie, te studia do niczego się nie przydadzą – fotografia i w ogóle sztuka współczesna rządzi się już innymi prawami niż ta XX-wieczna.
Pisałem już o tym trochę w książce „Software Takes Command”. W mojej pracy skupiam się na decydującym przesunięciu narracji we współczesnej kulturze, z narracji analogowej ku cyfrowej. Software, czyli w potocznym rozumieniu – zbiór danych – zastąpił bardzo zróżnicowane spektrum tradycyjnych, czyli mechanicznych i elektronicznych technologii, używanych przed XXI wiekiem do tworzenia, przechowywania, dystrybucji i wymiany danych. To największa rewolucja kulturalna naszych czasów, prawdopodobnie równająca się tylko z wynalezieniem druku. Nie oceniam jakości tych przemian, interesuje mnie efekt, jaki ta rewolucja przyniosła i jej wpływ na artystów i sztukę. Dziś każdy może być artystą. To mnie także, jako artystę, bardzo cieszy.
Jak wspomniałeś, miejsce i jego historia to też dizajn. Zastanawia mnie, w jaki sposób kultura cyfrowa wpływa na niego i jak zmienia przestrzeń publiczną?
Od kilkunastu lat, gdy pierwszy raz podawałem przykłady takich miejsc w świecie, jak np. Muzeum Graz w Austrii (Kunsthaus Graz), zbudowane w 2003 roku, Żydowskie Muzeum w Berlinie, zaprojektowane przez Daniela Liebeskinda, czy Muzeum Guggenheima, sporo się zmieniło. Przede wszystkim wciąż zmienia się rola architekta, jako współuczestnika projektów, staje się on coraz czujniejszym obserwatorem rzeczywistości i dyskursów społecznych. Architektura jest tylko jednym z aspektów, w których uwidacznia się dizajn. Innym, ważniejszym, jest software. Dizajn software to bardzo pojemne pojęcie, w którym kryją się odpowiedzi na sposób funkcjonowania kultury danych i nas w tej kulturze. Pytałaś mnie o personalizację produkcji, czyli dostosowanie rynku do indywidualnych potrzeb klienta. Największy wpływ na nią będzie miała właśnie kultura cyfrowa, to w niej będą zachodziły najważniejsze zmiany dotyczące jednostki i sposobu jej bycia w świecie i w sieci.
Niechętnie mówisz o dizajnie w tradycyjnym pojęciu – jako o umiejętności projektowania pięknych rzeczy.
Kocham piękne przedmioty, ale wcale nie na tym polu będziemy doświadczać największych zmian jako konsumenci. Większe zmiany pod tym względem dotkną choćby architekturę. Jeśli o to chodzi, to szybko rozwijająca się technologia stworzyła mnóstwo możliwości architekturze w ostatnich latach, dając materiały, o jakich wcześniej architektom się nie śniło, jak choćby druk 3D. Albo nanotechnologia, czyli technologia zajmująca się produkcją nanomateriałów, to dziś osobna dziedzina. Budynki można dziś tworzyć praktycznie ze wszystkiego i wieloma metodami, co też poszerza pole działania projektantów. Dziś żaden kształt nie musi być do czegoś podobny, co także wyzwala kreatywność.
Kiedy wchodziłam na twój facebookowy profil, zastanowiło mnie, że jest otwarty dla każdego użytkownika… Pomyślałam, że w pewien przekorny sposób wpisuje się to w ideę otwartej kultury.
To dwie różne rzeczy: na facebooku żadne treści tak naprawdę nie są chronione, wszystko możesz znaleźć i zanalizować, niezależnie od stopnia ochrony prywatności. Media społecznościowe z zasady są otwarte. Bo przed czym chcesz się chronić, jeśli dobrowolnie wchodzisz do świata, gdzie ludzie na forum publicznym wymieniają się opiniami i dokumentują swoje codzienne życie, a nawet intymność? Natomiast otwarta kultura – cóż, nie wszystko w niej jest otwarte, a tak naprawdę większość zasobów w sieci jest zamknięta. Będę tego bronił. Bo jeśli otworzysz wszystko, to tak naprawdę stworzysz chaos prawny i informacyjny. Prawo do ochrony dóbr osobistych w sieci jest świętością. Dobrym przykładem jest google street view, czyli strona (i aplikacja), która pozwala dokładnie poznawać różne miejsca na ziemi. Użytkownicy robią zdjęcia, wrzucają je na stronę, a także na instagrama tworząc unikalną mapę miejsc – problem w tym, że nie wszystko możesz swobodnie upublicznić. Zgodziłabyś się na publikowanie adresu i zdjęcia swojego domu? Wątpię.
Rozmawiamy o dizajnie, architekturze wielkich miast, perspektywach, jakie artystom stworzyła kultura cyfrowa, a co z innymi dziedzinami sztuki? Muzyka?
Przyznam, że jestem mało obiektywny pod tym względem, ponieważ moja żona jest kompozytorką muzyki współczesnej i często chadzam z nią na koncerty. Uwielbiam muzykę współczesną i wszelkie eksperymenty. Na muzykę także ma wpływ kultura danych. Ale to już temat na inną rozmowę…

 

image

Trzepot skrzydeł kolibra

El_periodista_y_escritor_argentino_Martín_Caparrós.jpg

Martin Caparros

Postanowiłam ułożyć sobie wakacyjny plebiscyt literacki, i mimo, że absolutnie nie odzwierciedla on obecnych czytelniczych rankingów, jest dla mnie ważny. Wydaje mi się, że gdyby te książki połączyć w jedną opowieść, to w zasadzie można by nimi napisać człowieka od nowa.

Pierwszą  z nich jest „Głód” Martina Caparrosa, wielki reportaż totalny, w którym autor drobiazgowo, krok po kroku, analizuje istotę głodu. Żeby móc napisać tę książkę, Caparros zszedł do piekła codzienności szarego człowieka. Był w Nigrze, USA, zaliczył Bangladesz, żeby opisać głodujących ludzi. Od wielu lat temat głodu chodził za nim. W tej książce przeanalizował różne jego oblicza w historii i geografii świata.

Tragedii Caparros przeciwstawił stalowy chłód narracji: słowa, budowania obrazu, operowania czystymi faktami, drobiazgowości danych z wielu stuleci i kultur, jak na reportera przystało. A zarazem, paradoksalnie, wyciąga z tego bagażu dociekliwego reportażysty esencję człowieczeństwa– jest nią jego głębokie współczucie i empatia, które nie pozwoliły mu przejść obojętnie obok dręczącego jego i jego bohaterów problemu.

Po lekturze zaczęłam pojmować głód także w innym znaczeniu: jako pragnienie zapełnienia samego siebie w tym wiecznym, nigdy nie zaspokojonym pędzie do sytości. Książka ta w zasadzie jest zapisem ontologii braku. Możliwe, że odbieram to tak dzięki temu, że Caparros próbuje tutaj ująć głód w jakieś ramy obiektywizmu, nadać mu głębszy, nawet transcendentny wymiar, ulepić jego sens i kształt.

Skąd się bierze i dlaczego to właśnie głodu wstydzimy się najbardziej? Dlatego, że to głód niesie ze sobą doświadczenia, które determinują często całe pokolenia. Cierpieć głód oznacza przecież być na samym dole drabiny społecznej. Głód oznacza wegetację, erozję wartości wyższych, dziedziczenie biedy i ułomności z pokolenia na pokolenie. Caparros na ponad 700 stronach nie zadaje pytań, ale wszystko, co tam wyczytamy, jest właściwie jednym wielkim znakiem zapytania: jak to możliwe, że na początku trzeciego tysiąclecia naszej ery głód co roku zbiera więcej ofiar niż AIDS, tajfuny i katastrofy. Powstała z tego reporterskiego lepienia swoista monografia głodu, przepięknie napisana i świetnie przetłumaczona.

————————————————————————

Elliott_Erwitt_in_the_Westlicht_Museum_of_Photography,_Vienna.jpg

Elliott Erwitt

2. „Najciekawsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy akurat przypadkiem masz przy sobie aparat” – powiedział Elliott Erwitt, amerykański fotograf, który na kliszy zapisywał historie Ameryki połowy XX wieku. American Dream? O nie! To on pochylał się nad ulicą, codziennością, brudem amerykańskich przedmieść, i to on z taką samą pieczołowitością fotografował wielkich: Marylin Monroe, Marlenę Dietrich, polityków i…. psy – swoich ulubionych modeli. Są tu też ptaki (gołębie, kolibry, albatrosy) trzepoczące skrzydłami, tłumy ludzi o steranych pracą rękach, dzieciaki, matki, robotnicy, miasto jak makieta gigantycznego planu filmowego. Wprost nie mogłam się oderwać od potężnego albumu Taschena z wybranymi zdjęciami Erwitta, w którym znajduje choćby te ujęcia, z Marylin i Clarkiem Gablem, i inne:

4d89b1b5a1c68224e7cc6c672c3e1713.jpg

savvy_designs-2009072214905-62gable-original.jpg

Kadry z planu filmu Johna Houstona „The Misfits”/ „Skłóceni z życiem”

Inne prace Erwitta:

imgres.jpg        images.jpg

famous-portrait-photographers-elliott-erwitt.jpg


713f1GivixL.jpg

Isaac Bashevis Singer

3. Biografia autora „Sztukmistrza z Lublina”, jednego z moich najulubieńszych pisarzy, Isaaca Bashevisa Singera, zatytułowana „Pejzaże pamięci” pochodzi wprawdzie z 2002 roku, ale gdy została wydana, zdążyłam ją tylko przejrzeć. Z tym większą przyjemnością i radością czytam ją teraz. Jest to bowiem fantastyczna opowieść o czułym człowieku, który wolał tajemnicę od rzeczywistości i ptaki od ludzi. O człowieku, który dla wszystkich był tak samo spontaniczny i otwarty, jakby nie miał nic do ukrycia.

Agata Tuszyńska pieczołowicie, z taką samą czułością i z taktem opisuje życia Singera w Polsce i w Stanach, siłując się z różnymi brakami w jego życiorysie – ot, choćby brakiem metryki urodzenia, za którą przejechała kawałek Polski, od Leoncina, gdzie się urodził, przez Zakroczym, Radzymin i inne miejsca pamięci. Z tego braku powstała historia niezwykłego pisarza, takiego, który choć opuścił Polskę w 1935 roku, to tak naprawdę nigdy mentalnie z niej nie wyjechał, i który swoje żydostwo nosił, jakby rzekli Amerykanie – „as a heart on his sleeve”. Od tradycyjnych Żydów odróżniał go sposób traktowania ciała. Mawiali o nim, że jest pornografem. Ortodoksyjni Żydzi przecież zasłaniają ciało, a Singer w swoich utworach je odsłania, w dodatku wraz z duszą człowieka, nie pomijając niczego.

„Nie traktował ciała jako narzędzia, raczej jako metaforę. Była w nim wielka tęsknota za miłością. Dwie siły, fizyczna i duchowa, wyczerpywały się w walce. U niego nigdy nie ma radosnej miłości cielesnej, zawsze czegoś brakuje, za czymś się tęskni. Brakuje radości.”

Ta książka jest jak rzeka wspomnień: przebogata w fakty, daty, cytaty, drobne okruchy codzienności Singera, w które wpleciona jest teza Tuszyńskiej o podwójnej tożsamości pisarstwa Singera. Autorka opisuje jego zmagania z jidysz, o których powiedział amerykańskim dziennikarzom tak:

„Kiedy przyjechałem do tego kraju, przeżyłem straszne rozczarowanie. Jidysz nie miał tu przyszłości. W rezultacie pięć albo sześć lat nie mogłem napisać ani słowa. Nie tylko, że nic wówczas nie opublikowałem, ale pisanie stało się tak trudne, że miałem kłopoty z gramatyką. Nie powinienem był nawet próbować nic pisać, ale próbowałem, ciągle i ciągle, bez żadnego powodzenia. To był rzeczywisty przypadek amnezji”. 

I-B-Singer.jpg

Isaac Bashevis Singer

Mnie jednak najbardziej ujęły opowieści o ptakach (klatki z papugami są przecież częstym rekwizytem jego prozy) i o Bogu. O delikatności, czułości i czci Singera dla wszystkich stworzeń bożych i dla daru życia pisze Tuszyńska tak:

„Był pesymistą, ale wierzył, że wszechświat jest zbudowany według jakiegoś planu. Bóg nie może być zły ani chcieć zła. Opowiadał o swoich papugach. Zwykle są na wolności. Ale kiedy trzeba było je przenieść z jednego mieszkania do drugiego, zimą, musiał je zamknąć w klatce i przykryć w środku dnia, żeby się nie przeziębiły. Nie rozumiały powodu, dla którego to robił. Widziały tylko przemoc. Nagle znalazły się w więzieniu. Z dnia uczyniono noc. Z ich punktu widzenia to było okrucieństwo. A on po prostu ocalał im życie. 

Miał dość wyobraźni, by wiedzieć, że Bóg jest o wiele mądrzejszy od niego. A skoro jest tak wielka różnica między jego inteligencją a inteligencją papugi, jak wielka musi być różnica między nim samym, a Bogiem? Wiedza człowieka o celu boskich poczynań jest równie niekompletna, jak wiedza tych dwóch papug. […] 

Po przeczytaniu tej książki można zrozumieć, dlaczego świat był dla Singera wielką rzeźnią. A on sam? Przez całe swoje życie był trochę jak odzwierciedlenie losu Żyda–tułacza – niezbyt ciekawy w rozmowie, udręczony zagadką bytu pesymista, który o Żydach pisał tak: „Jesteśmy narodem bezdomnym i nie potrafimy z nikim żyć. Pozostaliśmy obcy, stanowimy przedmiot ustawicznego szyderstwa i pośmiewiska. Nic się nie zmieniło. Dzisiaj warunki są równie złe, jak przed tysiącem lat.”

Aż dziwne, że taki pesymista mógł pisać tak zmysłowo, namiętnie i barwnie o miłości i o człowieku. Nie o Żydach – a właśnie o człowieku.


ostatnia-gospoda-zapiski-u-iext39218408.jpg 48_kertesz-imre.jpg

Imre Kertesz

4. I jeszcze raz o żydach, ale z perspektywy Holocaustu 70 lat po zagładzie. Singer opuścił Polskę w 1935 roku, wiedząc, że nic dobrego go w niej nie czeka. Imre Kertesz, autor „Ostatniej gospody. Zapisków” przeżył Auschwitz i Buchenwald, gdzie zginęła prawie cała jego rodzina. Węgierski pisarz w pełni świadomie i z goryczą mówił: „W 1944 roku przypięto mi żółtą gwiazdę, której mówiąc symbolicznie do dziś nie udało mi się zdjąć”.

Kertesz czuł się naznaczony żydostwem tragicznym, którego Singer nie mógł sam poznać – rzeczywistością obozowej śmierci. Stąd też wynika całe jego pisarstwo, o którym się wypowiedział tutaj tak: „Nie umiem skończyć pisania, nie umiem też skończyć życia.” To w 100 procentach oddaje charakter tego intymnego dziennika, prowadzonego przez pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Na tych stronach Kertesz (a z nim i my) rozszarpywany jest przez fizjologię, rozkład ciała, brutalizm i autobrutalizm, starzenie się. Cierpi z powodu Parkinsona, ale też usiłuje zbyć tę swoją niezbyt piękną starość dystansem i chłodem narracji.

Skacze po wielu tematach, nie szczędząc innym pisarzom i sobie razów. Od zawsze był w nim brak zgody na własną tożsamość, ale tu jest jeszcze uzupełniony samotnością pisarza. I – o paradoksie – jest Kertesz tym bardziej samotny, im bardziej powiększa się krąg czytelników, sława i zdobycze intelektualne.

Na kartach „Ostatniej gospody” widać, że samotność była mu drogą, której nie wybrał sam. Wybrała mu ją literatura, którą stworzył na przecięciu życia i śmierci. Trudna, rwana rzecz, ni to dziennik erudyty, ni to notatki codzienności, pisane raz z wyżyn, raz z nizin, ale tym bardziej przez to warto ją czytać.