Miłosne wschody słońca

 

St.-Vincent-Los-Ageless

 

Annie Clark czyli St Vincent nagrała kolejną dobrą płytę, zatytułowaną „Masseduction”, a ja mogę tylko podziwiać jej umiejętność wykorzystywania i podważania zarazem wzorców popkultury i konstruowania dobrych tekstów – jak zwykle.

Zaczyna się tak, że wcale nie mam dobrego wrażenia. Krótkie syntezatorowe bity i mechaniczne powtórzenia frazy sprawiają, że zapominam o dawnej St Vincent choćby z czasów „Marry Me”. Tym bardziej, że Annie Clark w dużej mierze porzuca gitarę na rzecz bitów i dobrych melodii (z wyjątkiem kilku piosenek, jak choćby „Pills”). Każda piosenka jest jak karuzela z gatunkami muzycznymi – na przykład „Pills” zaczyna się jak remiks, wędruje przez solówkę gitarową aż po rozbuchaną balladę z Kamasi Washingtonem na saksofonie. Krok po kroku Annie dodaje kolejne ingrediencje do garnka z piosenkami, nie rezygnując z wpływów, na jakich się wychowała (Prince). A ja się zaczynam do jej nowego przebrania przekonywać.

Spokojna, fortepianowa ballada „New Jork” przechodzi w refrenie w wielki hymn na cześć miasta artystów, podbity niespokojnym rytmem. Futurystyczna pieśń „Los Ageless” to, wydawałoby się, ciąg dalszy dystopijnej opowieści z „Digital Witness”, z czwartej płyty Annie, zatytułowanej „St Vincent”. Przy czym wszystko to St Vincent traktuje ironicznie, z przymrużeniem oka. Funk nie jest po prostu funkiem, a pop popem – to parodia gatunków. Syntezatory idą ręka w rękę z teatralnymi wokalizami („Sugarboy”), a gitary z mechanicznymi bitami, jakich nie powstydziłby się w tym wypadku autor „Let’s Dance”. Sprawia to wrażenie, jakby Annie chciała nagrać płytę metapopową, w której popowe osobowości i opowieści będą się przeglądać jak w zwierciadle kontrkultury. „Chcieliśmy zainteresowania na poziomie albumu pop”, powiedział dyrektor kreatywny i producent płyty. I tak się stało.

Jednak najbardziej poruszające są tutaj teksty Annie, traktujące paradoksalnie o sprawach poważnych, czyli lękach współczesności, o pożądaniu i samotności.

 

Annie śpiewa o tym, jak to jest być romantycznie kochaną i pożądaną („I have lost a hero, I have lost a friend, But for you, darling, I’d do it all again”), szczerze mówi o tym, że chciałaby się kochać z tą osobą, za którą tęskni, jeszcze w tym roku, i otwarcie konstruuje miłosną intrygę na poziomie poezji. W intrydze tej poczucie osamotnienia i tęsknoty rywalizują ze sobą o lepsze („I am alone like you”). To sprawia, że nie tyle cały album wydaje się być „popowy”, co postawa Annie – antygwiazdy, drwiącej z całego zestawu możliwych pytań i odpowiedzi tworzonych i tworzących się w showbiznesie, który sztucznie kreuje gwiazdy („Los Ageless”).

St Vincent potrafi podkreślić to opowiednim tłem instrumentalnym: perkusja trzaska, jakby kończył się świat, a gitary przypominają odgłosy trzęsienia ziemi. Najbardziej wpadająca w ucho pieśń to „Young Lover”, zawierająca aluzje do tabloidowego świata showbiznesu. Ta najmocniej popowa piosenka zawiera najsmutniejszy tekst o miłości, czego najmniej można by się spodziewać. Ale nie w przypadku St Vincent. Ona jest nieprzewidywalna. Społeczne obserwacje świata Ameryki oraz własne miłosne wschody i zachody słońca – to najlepsze, czym Annie może się pochwalić na tej płycie.

 

23stvincentageless-2

St Vincent, „Masseduction”, 8/10

Anielska rewolucjonistka

Obrazek

Anna Calvi

Ma 33 lata, angielsko-włoskie pochodzenie i niepospolity talent. Przed dwoma laty wydała debiutancki album, który przyniósł jej nominację do prestiżowej brytyjskiej nagrody Mercury Prize. Mroczne pieśni z tej płyty, śpiewane do akompaniamentu gitary, przyniosły skojarzenia z ariami z repertuaru diw operowych, z estetyką noir, filmami Davida Lyncha, wreszcie – z piosenką autorską. Zdrapanie tej powierzchownej warstwy etykietek przynosiło miłe rozczarowanie: pod nimi kryła się spora osobowość, piękny głos, przekonujące teksty i rozedrgana muzyka. Pochlebnie o albumie wypowiadał się sam Brian Eno, a artystkę porównywano do Nicka Cave’a i PJ Harvey.

Teraz, kilka dni po premierze drugiej płyty, zatytułowanej „One Breath”, już mamy pewność, że jej autorka nie musi być zestawiana z kimkolwiek, żeby nam się przypomnieć po miesiącach milczenia. Jest jedną z najbardziej niezwykłych indywidualności ostatnich lat, czego dowodzi ten niesamowity album. „To dokument przejścia” – mówi o nim Anna, która w tym roku straciła bliską osobę w rodzinie i mocno przeżyła tę stratę. Sama prawda. Z tych przeżyć wykluwają się kompozycje idealne, o kryształowych strukturach, prostych melodiach i wielobarwnych harmoniach. Jej głos  jest tu bardziej drapieżny, niż na debiutanckim albumie (posłuchajcie „Love of My Life”), ale bywa też delikatny, słodki, szepczący, pełen dramatycznych westchnień („One Breath”). Czasem ma się wrażenie, że to dwa głosy – anielski i szatański, przeciwstawione warstwie instrumentalnej. Z tą jej muzyką jest tak, jak z nią samą. W rozmowie robi wrażenie nieśmiałej i cichej osoby. Mówi półgłosem, i jest przy tym bardzo precyzyjna i logiczna. Ale kiedy śpiewa i gra na gitarze, przypomina tygrysa. A sciślej rozwścieczonego lwa, bo tak opisuje samą siebie.

W wywiadach Anna sporo mówi także o strachu przed śmiercią i obawie przed utratą kontroli nad ciałem i umysłem. – Zawsze miałam pieczę nad wszystkim w moim życiu, a na nowej płycie uwolniłam się od tego – opowiada. – To dziwne, wyzwalające uczucie. „Cry”, „Sing to Me”, „Bleed Into Me” – każda piosenka jest pełna inspiracji z dzieciństwa Anny i ostatnich przeżyć osobistych. Są tutaj i neotonalne brzmienie chórków (Calvi je uwielbia), zbliżające jej muzykę do ostatnich poszukiwań Bon Iver, ale też do mistrzów współczesnej chóralistyki. Słysząc to, wiem, dlaczego w wywiadach powołuje się na tak różne inspiracje, jak Steve Reich i Vangelis. „Sing to Me” to retro ballada, klimatem nawiązująca trochę do klasyków nostalgii, czyli Tindersticks. Dla mnie niesie ona jeszcze jedno skojarzenie – z moją ulubioną dziewczyną z gitarą, obdarzoną równie niepospolitym talentem, czyli Annie Clark (znaną jako St. Vincent). Ale to nic dziwnego, bo płytę Calvi produkował John Congleton z The Paper Chase, który współpracuje od lat z Annie Clark.

O debiutanckiej płycie Anny Calvi krytycy pisali, że jest mroczna, gotycka. „One Breath” dopiero rzuca w ocean uczuć, na głęboką wodę! Na szczęście wszystko wraca na swoje miejsce, bo taki jest porządek tej muzyki.

Nie pamiętam płyty, która zrobiłaby na mnie wrażenie tak idealnie zszytej z osobowością autora. Może był to debiut Antony And the Johnsons? Rzadko spotyka się taką wrażliwość. Aranżacje, w których splatają się różne dziwne motywy,  dysonanse, ciekawe instrumenty, odpowiadające wrażliwości autorki, są zasługą Johna Congletona. On ma dobrą rękę do „trudnych wokalistek”. Ale Calvi sama ma już świetnie wykształconą muzyczną tożsamość i wie czego chce. A to wszystko, czego chciała – melancholię, delikatność, operową wzniosłość i rockowy zgiełk – udało się jej połączyć perfekcyjnie w tych piosenkach. Prawie perfekcyjnie, bo czy udręka może być perfekcyjna?

Anna Calvi

„One Breath”

Domino/NoPaper Records