Była sobie miłość

 

image

Miłość. Od lewej: Jacek Olter, Mikołaj Trzaska, Tymon Tymański, Leszek Możdżer

Film Filipa Dzierżawskiego o legendarnym zespole jazzowym Miłość uważam za jeden z najważniejszych polskich dokumentów (nie tylko muzycznych) ostatnich 20 lat. Oglądajcie i czytajcie o historii tej zajebistej i wyjątkowej w historii naszej muzyki grupy, która wyrosła z niezgody na zastany porządek (nie tylko muzyczny). Trailer filmu można zobaczyć tu. A ja  napisałam o tym tu:

I tu:

Była sobie miłość

Kochali się, założyli zespół, a potem znienawidzili. Dokument Filipa Dzierżawskiego o grupie Miłość to historia uczucia – człowieka do człowieka i człowieka do muzyki.

Miłość to na początku byli Ryszard „Tymon” Tymański i Mikołaj Trzaska. Potem do grupy dołączyli Jacek Olter, Leszek Możdżer i Maciej Sikała. Po kilku latach nie mogli już na siebie patrzeć. Zespół został rozwiązany. Pozostała po nim legenda, pamięć o samobójczej śmierci Oltera i przekonanie, że rewolucje w muzyce robić mogą nie tylko wirtuozi. Po obejrzeniu filmu Filipa Dzierżawskiego nasuwa się jeszcze jeden wniosek – tych kilku młodych wtedy ludzi łączyło wyjątkowe, nawet jak na muzycznych anarchistów, uczucie. – Chciałem opowiedzieć o zdarzeniach wiążących się z tymi emocjami. Chciałem to zrobić tak, żeby nikt nie miał wątpliwości, że przeszłość zawsze się za nami ciągnie. Zarówno wtedy, gdy dotyczy wyborów artystycznych, jak i życiowych – opowiada „Wprost” Dzierżawski.

DOM DLA UCZUĆ

Pochodzą z bardzo różnych domów. Mikołaj to na przełomie lat 80. i 90. początkujący malarz w trakcie studiów na Akademii Sztuk Pięknych. Z inteligenckiego, artystycznego środowiska – tata jest profesorem na ASP, wydaje się, że Mikołaj pójdzie w jego ślady. Ale on rzuca studia, żeby uczyć się grać jazz na saksofonie. Wiele lat później powie: – Wszyscy się wtedy ode mnie odwrócili, pytali: co ty wyprawiasz, wiesz, że niszczysz sobie życie? Leszek Możdżer to nieśmiały prymus, wychowany w konserwatywnej rodzinie. Student klasy fortepianu gdańskiej Akademii Muzycznej. I Tymon – chłopak z inżyniersko-nauczycielskiej rodziny, od zawsze na bakier ze wszystkimi, zawsze w awangardzie. – Byłem dominującym typem, który uważał, że ma wizję i muzyczną misję. Prowadziłem zespół młodych chłopaków, sam ucząc się na swoich niezliczonych błędach. Dopóki nikt mi nie zagrażał, wszystko się zgadzało – opowiada Tymon. Miłość powstała jako rezultat nasiąkania tych chłopaków twórczością Johna Coltrane’a, Erica Dolphy’ego, Archiego Shepa. Chcieli grać tak samo jak oni, tylko jeszcze bardziej dziko. Zamierzali muzyką rozwalić system, ale nie polityczny, tylko ten muzyczny. Przeszkadzał im uczesany polski jazz. – Myśmy po prostu żyli ze sobą razem, grali po osiem godzin dziennie. Wyjeżdżaliśmy razem, w pociągu chlaliśmy browary, paliliśmy jointy i braliśmy kwasy, byliśmy po prostu bandą skurwysynów, którzy wiesz, napierdalali, kurwa, nie mieli pytań. Naprawdę byliśmy przyjaciółmi – mówi Tymański w filmie.

Ważnym doświadczeniem dla rodzącej się grupy był wspólny dom Trzaski i Tymona. Zamieszkali razem w Gdańsku-Osowie w grudniu 1987 r. Dom należał do kapitana Langera – przyjaciela Andrzeja Trzaski, ojca Mikołaja. W lutym 1988 r. wprowadziła się do nich Ania Lasocka, ówczesna dziewczyna Mikołaja, a późniejsza żona Tymona. W maju dołączył do nich klarnecista Jerzy Mazzoll, starszy brat Wojtka Mazolewskiego (dziś Pink Freud). Dom kapitana Langera bez reszty opanował duch muzyki improwizowanej. – Graliśmy niekończące się próby, spraszaliśmy całe Trójmiasto na cosobotnie imprezy – opowiada Tymon.

BEZ JAZUZAZU

Pod koniec lat 80. Tymański już wiedział, co i jak chce grać. – 8 kwietnia 1988 r. wraz z Mikołajem oraz Piotrkiem Mertą i Bartkiem Szmitem, muzykami mojej nowofalowej formacji Sni Sredstvom Za Uklanianie, zagraliśmy pierwszy koncert jako Miłość w gdańskim klubie Pinezka – opowiada Tymański. – Zaczęliśmy grać dziki free jazz, czy się to komuś podobało, czy nie – śmieje się. Do tej formacji dołączył Jacek Olter – młodziutki perkusista.

Koncert w klubie Rudy Kot (marzec 1991) wstrząsnął trójmiejskim środowiskiem. Mówiono, że pojawili się muzycy, którzy grają zupełnie inny jazz, rozwalający ściany. – Do naszego miłościowego tria dołączył Lechu Możdżer, pojawiła się odpowiednia chemia. Zaczęliśmy grać próby i koncerty w Żaku, nieco później przenieśliśmy się do mieszkania państwa Możdżerów, rodziców Leszka, na Żabiance – wspomina Tymański. Chciał, żeby jego zespół był „elektryzujący”. – Nie zależało mi na graniu grzecznie jakiegoś tam „jazuzazu”, w którym jeżeli coś się tam nie podoba publiczności, to kładziemy uszy po sobie i gramy to głośniej, to ciszej. Ja w takim momencie kopałem kontrabas, bębny kopałem, Olter wkurwiony kopał mi kontrabas. Mówiłem: koniec szczękania sztućcami. Bo nie grałem jazzu po to, żeby grać jazz. Ja grałem jazz po to, żeby obudzić siebie i ludzi z marazmu, ze stagnacji.

Leszek Możdżer o ich pierwszym spotkaniu: – Na drugiej próbie kwartetu Emila Kowalskiego, w którym grałem, wkroczył nagle Tymon Tymański. Wtedy miał po sześć kolczyków w każdym uchu, wielki zielony prochowiec, w ogóle był ogromny. Rzucił nuty na pianino i powiedział: „Słuchaj, słyszałem, że ty fajnie grasz, byś może przyszedł na próbę do nas w czwartek?”. Ja przestraszony kompletnie powiedziałem: „Dobrze, przyjdę”. Ale wcale mi się to nie podobało.

PERWERSYJNA SZANSA

Co powiedziałby o ich ówczesnych relacjach psycholog? Możdżer jest zaskorupiałym samotnikiem („Wiesz, nie mam przyjaciół, ja chyba nie potrafię się zaprzyjaźniać”). Leczy kompleksy, mówi o afirmacji jako remedium na brak wiary w siebie. Tymon, który jest urodzonym samcem alfa i optymistą, powoli wydobywa z niego żywsze akcenty. Trzaska jest superwrażliwcem, któremu do szczęścia potrzebne są tylko saksofon i dużo przestrzeni. Olter potrafi zagrać wszystko. Jest genialnym muzykiem, ale odbiera aż w nadmiarze wszystkie bodźce, które płyną z jego własnego instrumentu i ze sceny. To, niestety, obciąża go psychicznie i ma swój tragiczny finał. W takim składzie grali przez dwa lata. Pojawiły się pierwsze wyróżnienia – wśród nich to na konkursie Jazz Juniors w Krakowie w 1992 r. Chłopcy udzielają wywiadu telewizyjnego, w którym widać, jak są rozemocjonowani i jeszcze nie zdają sobie do końca sprawy z sukcesu. Na pytanie dziennikarza, co będzie z nimi dalej, Tymon rzuca: – A dalej to się spotkamy z Dalajlamą.

Nagrodą na przeglądzie w Krakowie jest sesja w studiu w Szczecinie. Wiozą bębny Oltera i kontrabas Tymona maluchem. Z Gdańska to dziewięć godzin jazdy. Tylne fotele wyjęte, żeby instrumenty weszły. Tam powstała ich debiutancka płyta zatytułowana „Miłość” (1992). – Wiedziałem, że to moja życiowa szansa– mówi Tymon. – Co prawda to była sytuacja perwersyjna i szansa perwersyjna, ponieważ miałem nagrać godzinę muzyki jazzowej z zespołem jazzowym, a ja nie byłem jazzmanem. Ja byłem rockmanem, który po prostu niechcący znalazł się w świecie jazzu. To był jakiś odlot.

KONIEC Z MIŁOŚCIĄ

Płyta wyszła, ale Trzaska, przytłoczony dominującym charakterem Tymona, mówi w końcu „nie”. Wylatuje z zespołu, zastępuje go Maciek Sikała. – Pół roku później, w październiku 1993, mieliśmy zagrać na Dżemborce przed kapelą Ornette’a Colemana i Dona Cherry’ego – opowiada Tymon. – Olter wstawił się za Mikołajem, mówiąc, że wypadałoby go zaprosić choćby na dwa numery. „Jesteśmy mu to winni” – powiedział. – Po koncercie poczuliśmy, że to jest to – mówi Tymański. – Kwintet z dwoma saksofonami, mimo nieustannych tarć i różnic osobowościowo-backgroundowych, dawał nam wielkie możliwości rażenia muzycznym ogniem. Zaczął się najlepszy okres Miłości, który trwał do września 1996 r., czyli do początku choroby Jacka.

W dorocznej ankiecie „Jazz Forum”, już po słynnym koncercie na Jazz Jamboree, Miłość plasuje się w czołówce. Ani Tymański, ani Trzaska, Możdżer czy Olter nie wiedzą jeszcze, że piszą historię polskiego jazzu. Że dokonują rewolucji, której skutkiem miała być zmiana stylistyki młodych zespołów i połączenie – jak w ich grupie macierzystej i innych, w których się udzielali – punka, jazzu, eksperymentów harmonicznych, piosenek popowych, pastiszu i otwartej improwizacji. Że bez nich nie byłoby wielu innych formacji. Jeszcze przez moment są niewinni. Następne dwa lata to szczyt ich możliwości. Grają mnóstwo koncertów. Mają po dwadzieścia kilka lat. I kupę siły, żeby zmieniać wokół siebie wszystko i przeć naprzód.

Są praktycznie każdego dnia razem, nawet wolny czas jest czasem wspólnym. Oddychają muzyką. Artystycznie zespół jest gwiazdą. Ludzie już wiedzą, że w muzyce pojawiło się nowe, i chłoną to, a na ich występach kluby pękają w szwach. Do Polski przyjeżdża Lester Bowie, znakomity amerykański trębacz, z którym nagrywają dwie płyty – koncertową „Not Two” i „Talkin’ About Life And Death”. Po kolejnej – „Asthmatic” – która miała być wyzwaniem rzuconym najważniejszemu albumowi w historii polskiego jazzu – płycie „Astigmatic” Krzysztofa Komedy – pojawiają się pierwsze sygnały zmęczenia materiału.

– W sensie towarzyskim najlepszego okresu doświadczyliśmy, zanim wyrzuciłem Mikołaja z kapeli – mówi mi Tymon. – W sensie muzycznym zdecydowanie był to okres aktywności kwintetu. Najbardziej podobają mi się płyty Miłości do okresu „Asthmatic” oraz trasy z Lesterem Bowiem z lutego 1996 r. Później zaczął się powolny, energetyczny zjazd w dół i odcinanie kuponów.

Członkowie grupy są już zresztą wtedy zaangażowani w różne projekty córki Miłości. I swoje własne. Tymański zamienia kontrabas na gitarę, Możdżer nagrywa znakomicie przyjętą płytę „Chopin: impresje”. Robi zawrotną międzynarodową karierę. Zaczyna się depresja Oltera. Zespół coraz mniej gra razem. Punktem zwrotnym jest samobójcza śmierć Jacka, któremu koledzy nie byli w stanie pomóc. W filmie Filip Dzierżawski znakomicie pokazuje finisz Miłości. Rozwija się tu też i gaśnie muzyka, jako szósty, równorzędny bohater obrazu, a w jej tle pojawiają się kolejne konflikty. Chodzi o to, kto jak bardzo się sprzedał, ile pieniędzy zarobił. Trzaska w tonie przekąsu komentuje, że nie jest taki, jak pewni celebryci, którzy dają sobie malować pasemka we włosach, noszą markowe klapki, bluzeczki bez rękawków, kapturki (dotyczy to Leszka).

PIENIĄDZE I IDEAŁY

Jest rok 2009. Mija osiem lat od śmierci Jacka Oltera. Muzycy chcą jeszcze zagrać koncert na OFF-ie. Między Możdżerem a Tymonem toczy się w kuluarach festiwalu rozmowa. O pieniądzach i udziałach w dalszych projektach związanych z Miłością. Na koncert nie dociera Sikała. Na katowickiej scenie z dawnego składu pojawiają się tylko Leszek i Ryszard. Trzaska im odmawia: – Nigdy już z tym zespołem nie zagram, bo Miłość nie istnieje. Tłumaczy, że chłopaki zrobili ze swoim życiem coś, czego on nigdy by nie zrobił. – Nie rozumiem, dlaczego Tymon miałby się wstydzić, że zarabia pieniądze – komentuje Filip Dzierżawski, który w czasie kręcenia dokumentu zaprzyjaźnił się z muzykami Miłości. – To takie dziwne polskie myślenie.

– Słabo jest się wypowiadać pod swoim adresem za pośrednictwem mediów – odpowiada Tymon na zarzuty Trzaski. – Zabrakło nam może szczerych rozmów, ale Mikołaj na całe lata zamknął się w swoim małżeństwie jak w kokonie. Gdy spotykamy się na mieście, zawsze pojawia się klimat dawnej przyjaźni, po czym wraca ta dziwna obcość. Nigdy już nic nie będzie takie samo. Tymon uważa, że Trzaska trochę zazdrości jemu i Możdżerowi sławy i kasy. – A przecież tak naprawdę wszyscy jesteśmy biznesmenami, Miko robi to samo co my – mówi. – Najśmieszniejsze jest to, że gramy właściwie to samo – alternatywną muzykę dla społeczeństwa alternatywnego. Życzę Mikołajowi z całego serca, żeby był bardzo sławny i zarabiał mnóstwo kasy, żeby nie musiał nam niczego zazdrościć. Ja jakoś dziwnie nie zazdroszczę Lechowi niczego. Bardzo go lubię i podziwiam, ale czego mu mam zazdrościć? Przecież to mój brat, niech mu się szczęści na całego! Niech się zatem szczęści i mojemu kochanemu bratu Mikołajowi. Nie ma sensu się kwasić i wzajemnie oskarżać – dodaje.

Jednak Miłość umarła, chociaż reżyser filmu daje nam na moment nadzieję na jej reaktywację. Także Tymon twierdzi, że mimo różnic muzycznie nadal jest między nimi chemia. Dowodem na to mają być trzy dni prób udokumentowane w filmie Dzierżawskiego. – Oto dlaczego warto zagrać trasę, jeszcze nigdy nie graliśmy tak dobrze – mówi Tymański. – Może ktoś chciałby na żywo posłuchać zajebistego zespołu jazzowego? Większości jazzfanów nie obchodzą nasze małostkowe animozje, obchodzi ich nasza muzyka. A ta może być nadal wspaniała.

NA POGRANICZU MĘSKIEJ MIŁOŚCI

Dzierżawski opowiada o Miłości, idąc od najważniejszych wydarzeń, czyli spotkań i prób artystów, koncertów, przez pierwszy konkursowy sukces, nagrania w studiu, dramaty osobiste – samobójczą śmierć Oltera i rozpad grupy w 2002 r., aż po powrót na scenę OFF Festivalu w zaskakującym składzie. Charakterystyczna stylistyka wypowiedzi Tymona, brutalne dialogi, intymne zwierzenia – to wszystko tworzy spójną, z nerwem, kapitalnie opowiedzianą historię życia kilku przyjaciół. – Miałem gdzieś w głowie to, jak powinien wyglądać ten film – opowiada Dzierżawski. – Wiedziałem, że muszą się w nim pojawić różne głosy, a opowieść musi zostać przedstawiona z kilku różnych perspektyw. Nie chciałem rozstrzygać sporów, tylko je relacjonować. Nie spodziewałem się jednak, że film będzie tak mocno dyskutowany i publiczność będzie się identyfikowała z postawami muzyków. To dla mnie zaskakujące i cieszę się z tego.

W „Miłości” udało się też pokazać, jak przez całe życie siłujemy się z uczuciami. Także tymi najtrudniejszymi, które są poza naszą kontrolą. Jak miłość Trzaski i Tymona. Sami opowiadają, że to była miłość w sensie dosłownym. – Moja przyjaźń z Mikołajem była na pograniczu męskiej miłości, która oczywiście nie implikuje koniecznie jakichś tam relacji seksualnych. To raczej było takie coś, że byliśmy bardzo młodzi i po prostu gdzieś tam byliśmy otwarci na wszelkie rodzaje przekroczeń – tłumaczy Tymon. Trzaska wspomina, że potrzebował wtedy takiego mózgu jak ma Tymański. – A myślę, że on potrzebował mojej dzikości i też bezwarunkowego oddania, które ja mu zapewniałem. Wtedy. To głębokie uczucie, które było między Tymonem a mną, ono było naprawdę. Każdy dzień się zaczynał od telefonu, rozmów między nami. Zresztą dlatego zamieszkaliśmy razem – mówi Mikołaj. Kiedy do tego duetu dołączył Możdżer, zaczęło się dziać coś niedobrego. – Może dlatego, że po prostu Mikołaj Leszka postrzegał jako dystrakcję – jako kogoś, kto wszedł między nas klinem – zastanawia się Tymon.

Jak to się stało, że z przyjaźni, która była spoiwem Miłości, zrobiło się coś strasznego? Do dziś Tymon podkreśla, że zespół warto reaktywować: – Owszem, jesteśmy grupą przyjaciół, których wysepki oddaliły się od siebie. Jednak nie na tyle, żeby się nie kochać i nie szanować. Mikołaj, Jacek, Leszek, Maciek – to są moi bracia, to moja rodzina. Nigdy się tego nie wyprę. Tymański, mimo zdecydowanej postawy Trzaski, nie przestaje mówić o kolejnych trasach. Tylko raz się w tym gubi. Gdy mówi o zespole „byliśmy najważniejszą jazzową kapelą lat 90.”. – To były kapitalne czasy – podsumowuje sentymentalnie. I słychać, że do końca chyba sam nie wierzy, że można drugi raz wejść do tej samej rzeki. ■

Fantomy dźwięków

Cezary Duchnowski

W cyklu, który poniżej opiszę, otrzymujemy cztery płyty – Cezarego Duchnowskiego „phonoPhantomatics”, Marcina Stańczyka „MosaÏque”, Aleksandry Gryki „Interialcell”, Wojciecha Błażejczyka „General Theory of Relativity”. Najmocniejsze wrażenie pozostawiła na mnie ta pierwsza płyta, prawdopodobnie dlatego, że Duchnowskiemu udała się w sposób wyjątkowy sztuka łączenia instrumentarium współczesnego z głosem i słowem.

Możliwe, że jest tak, jak sam mówił kompozytor w jednym z  wywiadów, że „prawdziwe komponowanie oznacza kształtowanie elementarnych cząstek muzyki, czyli brzmienia”. Jemu nie wystarcza żywe instrumentarium, co jest oczywiste, jako, że jest twórcą eksplorującym rejony muzyki absolutnej i elektroakustycznej. Ale co ciekawe, potrafi w tak subtelny i delikatny sposób połączyć elektronikę z tradycyjnym instrumentarium, że utwór może być odczuwany i pojmowany jako żywa, pulsująca całość, zmienna dynamicznie i brzmieniowo. Zwarta, o jasno zbudowanej strukturze, dążąca do świadomie skonstruowanego momentum, aż ku wyciszeniu – jak w tytułowym phonoPhantomatics. Słuchając tej muzyki miałam wrażenie niezwykle świadomego jej wykonawstwa. I nic dziwnego – Duchnowski ma kilku ulubionych wykonawców, których świetnie rozumie i wplata ich dokonania w meandry swoich brzmieniowych poszukiwań.

Tu dołączył do nich – i zarazem splata on całość cyklu – znakomity zespół wirtuozów Klangforum Wien. Partię głosu w „WELOVELIVE” z powodzeniem niesie Agata Zubel. Jeśli więc szukać jakiejś metafizyki w tych utworach, to byłaby nią paradoksalnie właśnie głęboka świadomość muzyki, jaka powstaje. W tym upatrywałabym tajemnicy twórczości Duchnowskiego. Kolejną byłaby umiejętność sprawienia, że muzyka, niczym teatr, słowo, gest, obraz – przemawia do nas żywym językiem, mimo pozornej hermetyczności, która jest jej nadawana przez słowo „współczesna”.

Aleksandra Gryka to z pewnością jedna z naszych najbardziej fascynujących postaci polskiej muzyki nowej. Słuchając „Youmec” na klawesyn i zespół doskonale można zrozumieć, dlaczego – jak sama o sobie napisała dość autoironicznie – jej dzieła są jak planety z własną, unikatową atmosferą i prawami, którymi się rządzą. Jeśli miałabym wskazać sens jej muzyki i cel kompozytorki to byłoby faktycznie nim pozostawienie odbiorcy z niedosytem. Operuje ona nagłymi skokami agogiki, dynamika jest porwana, narracja niespodziewanie rwie się i dzieli. Doskonałe, tytułowe „Interialcell” na zespół daje odpowiedź na pytanie, skąd jest ta muzyka – z kosmosu. To autonomiczna, pełna wewnętrznych napięć wypowiedź osoby, która nie daje się tak łatwo zinterpretować jako twórca.

Można oczywiście sięgnąć do biografii kompozytorki, gdzie czytamy, że jedną z jej fascynacji jest fizyka kwantowa i literatura science-fiction. Ale tym, co uderza w jej muzyce najbardziej jest swoboda w operowaniu wolumenem i wirtuozerska umiejętność niemalże symfonicznego kształtowania masy brzmieniowej. Potężne bloki dźwięków zderzają się z samotnymi głosami instrumentów, pauzami, wreszcie – totalną ciszą. To przynosi nam „Emtyloop”, świetna, piękna, pełna werwy kompozycja na zespół. Jakie to dobre!

O Marcinie Stańczyku napisano już wiele, jako choćby o laureacie prestiżowej Toru Takemitsu Award za „Sighs”, które także znalazło się na płycie „MosaÏque”. To wybitny utwór. Co stanowi o jego walorach? Bogata tekstura i mistrzowskie operowanie napięciem. Jasność, klarowność wypowiedzi, wyrazistość i umiejętność kształtowania napięć – przykryte co prawda ciągłymi zmianami agogiki i dynamiki, ale wypełnione sensem i znaczeniami. Jakimi? Choćby takim, że jest to komentarz do zmieniających się czasów, w których romantyzm ustępuje miejsca brutalności, skrótowości i szybkości relacji międzyludzkich XXI w.

Moim ulubionym pozostaje „Geysir-Grisey”, wyprzedzający „Sighs” o sześć lat. Może z uwagi na mniejszy skład niż symfoniczny, bardziej kameralny – skrzypce, viola, kontrabas i dwa fortepiany. To niecodzienne instrumentarium, ale może dlatego łatwiejsze w interpretacji i przystępniejsze. „Afterhearings” na flet, klarnet, wiolonczelę, gitarę i fortepian przynosi pewne ukojenie, odpoczynek po gęstych, wymagających skupienia brzmieniach poprzednich utworów. Ale tylko pozornie, bowiem kompozycja aż skrzy się  od naprzemiennie statycznych i dynamicznych motywów.

Wiele jest tu dialogowania między instrumentami, kontrastów i napięć, gry między instrumentalistami – jakże czytelne oddanie idei, zapisanej przez kompozytora w jednej z notek: „Muzyka jest do słuchania przede wszystkim”. Ale sytuacja z koncertów gdy muzycy stroją się czy patrzą sobie w oczy, a my na to patrzymy i słuchamy tego zyskuje szerszy kontekst. Właśnie z ilustracją takiej sytuacji mamy do czynienia tutaj.

Marcin Stańczyk „Sighs”

Muzyka Wojciecha Błażejczyka karmi się internetowymi streamami, urywkami teorii naukowych, czy innymi cywilizacyjnymi śmieciami, które nas otaczają, a na które pozornie nie zwracamy już uwagi. To zapis swoistej audycji społecznej, wypełnionej ścinkami rzeczywistości, informacjami ze świata i z lokalnego otoczenia. Stanowią oczywisty komentarz autora do tego, co nas otacza, czy raczej są nerwowym zapisem jego i naszych doświadczeń. Kompozycje biorą swój początek w tym, że zanim Błażejczyk stał się pełnoprawnym kompozytorem spędził dekadę w zespole prog-rockowym. Przedmioty zrobione ze śmieci czy nieużytków są częstym gościem z jego utworach. Tutaj, jak wyjaśnia choćby przy okazji „Aether” postanowił zebrać głosy otoczenia, spacerując po centrach handlowych, metrze, ulicach, biurach. Nagrania zostały potem przełożone na język elektroniki, wraz z żywymi instrumentami. Ten utwór zaczyna się falą hałasu, mikrotonów i zniekształceń – i zmierza aż ku uspokojeniu.

Jak cała ta płyta. Bardzo polecam cały ten cykl, wydany przez KAIROS (2021 r.), przy współudziale MKiDN oraz Instytutu Adama Mickiewicza.

Wojciech Błażejczyk „Angels of Peace”

Podsumowanie muzyczne 2019

nick cave_3

To był bardzo dobry rok, głównie pod kątem zagranicznych albumów, z których aż ciężko wybrać ten jeden. Dlatego zamieszczam tu tylko kilka płyt, które zrobiły na mnie wrażenie. Nie chciałam tego nazywać żadnym podsumowaniem, to raczej subiektywny wybór muzyki, bez której ciężko się obyć, która coś znaczyła w tym roku, która wnosi powiew, nowość, świeżość i urodę brzmienia. Kolejność przypadkowa:

„Ghosteen” Nick Cave And The Bad Seeds:

 

„When We All Fall Asleep, Where Do We Go?” Billie Eilish:

 

„Norman Fucking Rockwell” Lana Del Rey:

 

„Magdalene” FKA Twigs:

 

„Radical Polish Ansambl” Radical Polish Ansambl:

 

„Młodość” Ralph Kamiński:

 

„Nieumiarkowania” Król:

 

„The best of moje getto” Piernikowski:

Sztuczne – znaczy prawdziwe

stockhausen

Karlheinz Stockhausen (1928 – 2007)

Dziś dwie perełki, które dostałam od niezrównanego wydawnictwa Bółt Records: „Stimmung” Karlheinza Stockhausena i „Birthday party”, poświęcone Włodzimierzowi Kotońskiemu, a raczej jednemu z jego utworów w rocznicę powstania: „Etiuda na jedno uderzenie w talerz”.

Pierwsze wydawnictwo zachwyca bogactwem głosów, użytych w tej skrajnie minimalistycznej muzyce. I nic dziwnego, bo w tytule chowa się niemieckie słowo „Stimme”, które oznacza głos. Stockhausen napisał „Stimmung” w lutym i marcu 1968 r. na Long Island. Erotyczne wersy powstały rok wcześniej i były następstwem płomiennego romansu kompozytora z Mary Bauermeister, Niemką, kojarzoną z nurtem Fluxus. To jej, już jako żonie, zadedykował Stockhausen utwór. Kompozycja została rozpisana na 6 głosów i wymagała specjalnej techniki wokalnej (śpiewu podtonowego), jak również totalnego zjednoczenia głosów. Autor przedstawił nawet precyzyjną instrukcję obsługi partytury. Każdy z artystów mógł sobie wybrać z ośmiu (kobiety) lub dziewięciu (mężczyźni) rytmicznych modeli wokalnych. Każdy mógł sobie także wybrać jedną z magicznych kart z nazwami bóstw z różnych religii. A wszystko to by stworzyć sekwencję płynnych 51 formuł (sekcji), a każda z nich była prowadzona przez innego wokalistę – koryfeusza chóru. Dzięki tym zabiegom i dzięki użytym tu alikwotom, obraz wokalny utworu co prawda zmienia się i zyskuje z czasem na intensywności, ale daje wrażenie, jakby jakaś nieznana siła wciągała nas w trans i pochłaniała. Ma się wrażenie obcowania z czasem mitycznym, zawieszonym w próżni, jak u Bruno Schulza czy Franza Kafki. Stockhausen lubił komentować własne utwory, nie stronił także od tego, by opisać „Stimmung” takimi słowami: „Stimmung” to z pewnością muzyka medytacyjna. Czas jest w niej zawieszony. Słuchacz słucha wnętrza muzyki, wsłuchuje się w harmoniczne spektrum dźwięków, we wnętrze głoski, we wnętrze po prostu”.

Mimo, że utwór wymaga specyficznej techniki wokalnej, akustycznej aury i szczególnego rodzaju filozofii, słucha się tego wspaniale. Miałam wrażenie absolutnego wyobcowania z czasu, splecenia się z aurą dźwiękową, poszukiwania i słuchania głosu w sobie i w otoczeniu. To wrażenie wewnętrznej i zewnętrznej harmonii. Klasyk sam w sobie. Warto podkreślić doskonałe wykonanie, które dostarczyli muzycy polskiego zespołu proMODERN. Ich wokalista, Piotr Pieron napisał o „Stimmung” w książeczce dołączonej do płyty: „To delikatna, naturalna kompozycja. Muzyka Mozarta jest bardziej wymagająca”. Poniżej duńskie wykonanie Theatre of Voices pod dyrekcją Paula Hillera:

 

Druga z płyt jest właśnie taką bardziej wymagającą propozycją. To zapis koncertu.  Wszystkie kompozycje tworzą wariację na temat „Etiudy na jedno uderzenie w talerz” W. Kotońskiego z 1959 r. Uderzające jest to, że wszystkie wykorzystują sztuczne procesy powstawania dźwięków na równi z tymi naturalnymi. Sam Kotoński połączył tutaj technikę konkretną z serializmem. Wówczas ten utwór, prezentowany podczas Warszawskiej Jesieni, stał się zarzewiem nowego ruchu w muzyce elektronicznej i otworzył nowe ścieżki w polskiej muzyce współczesnej. Kompozycja ta wynika z fascynacji Kotońskiego technologią, nie inaczej jest z kompozytorami, którzy nagrali swoje utwory w hołdzie Kotońskiemu na tej płycie. Przykładem może być utwór Teoniki Rożynek, zatytułowany „Etiuda na mechanizm klamki i jedną sprężynę”, w której wykorzystywany jest mechanizm otwierania drzwi. „To historia otwierania drzwi, pewien voyeryzm, uprawiany przez dziurkę od klucza i odpowiedzialność jaką ponosimy, kiedy decydujemy się przez nią zajrzeć”, opowiada kompozytorka w książeczce do płyty Jackowi Hawrylukowi (rozmowa zarejestrowana dla Polskiego Radia w styczniu 2019 r.). Swoistym prezentem na 60. urodziny utworu dla wybitnego kompozytora może być dzieło Cezarego Duchnowskiego z 2016 r. zatytułowane „Etiuda na drugie uderzenie w talerz”, które kończy się wersją tego utworu wykonywaną przez Małe Instrumenty na akustycznych zabawkach i bez uderzania w talerz. Bo małe rzeczy są piękne – kończy swój wpis w książeczce Jacek Hawryluk. Zaiste, to prawda. Małe formy, takie jak te, zaprezentowane na tej płycie, mogą przywoływać określone sentymenty i chęć współuczestniczenia w tych niewielkich, przeznaczonych na określoną grupę instrumentów i ich sztucznych odpowiednikach utworów.

Bardzo przypadła mi do gustu kompozycja Huberta Zemlera „Kołysanka o B20”. Pomysł polega na przetwarzaniu pojedynczego uderzenia w talerz i organizowaniu całego utworu wokół tego uderzenia. I oczywiście wersja „Etiudy na drugie uderzenie w talerz” Małych Instrumentów – niewielkie cacko, a brzmiące szalenie oryginalnie, właśnie dzięki koncepcji użycia takich, a nie innych instrumentów. Jak widać po tej płycie, w perkusjonaliach, czy to generowanych naturalnie, czy sztucznie, tkwi wielka siła, o czym świadczy fascynujący utwór Tomka Mirta „Disintegration of Artificial Idiophones”, w którym świat brzmień analogowych i cyfrowych został sobie przeciwstawiony. Warto posłuchać i wyrobić sobie opinię o tych brzmieniach.

 

wlodzimierz_kotonski_fot_andrzej_zborski_fotonova

Włodzimierz Kotoński (1925 – 2014) 

Zapominanie

brzoska_gaw

Pisałam już wcześniej o płytach Wojtka Brzoski i Dominika Gawrońskiego – wtedy występowali w osobnych składach, jeden z Łukaszem Marciniakiem i Marcinem „Cozerem” Markiewiczem, drugi z Piotrem Figlem, a teraz powracają do dawnej współpracy. A przecież katowicki projekt poety Brzoski i producenta i muzyka Gawrońskiego ma już na koncie dwa albumy: „Nunatak” (2013) i „Słońce, lupa i mrówki” (2015).

Po czteroletniej przerwie powracają znakomitą płytą zatytułowaną „Zapominanie”. Katowiczanie nie udają kogoś innego niż są: Brzoska – eksperymentującym ze skojarzeniami poetą, który nie usiłuje nam wmówić, że potrafi czy chce śpiewać, a Gawroński – eksperymentującym z elektroniką producentem. Całość robi zdumiewające wrażenie. Nikt z fanów Gawrońskiego nie musi być fanem współczesnej poezji, a fani Brzoski niekoniecznie są tymi, którzy tłumnie nawiedzają festiwale takie jak Tauron.

A jednak „Zapominanie” się broni, właśnie dlatego, że serwuje słuchaczom tak zróżnicowane bodźce. Z jednej strony mamy trudną w odbiorze, badającą meandry ludzkiej natury poezję Wojtka Brzoski i jego beznamiętną melodeklamację, z drugiej –  electropop i downtempo w wykonaniu Gawrońskiego. I nawet jeśli jest to dość dalekie od klasycznych brzmień Detroit soundu, to trudno sobie wyobrazić odleglejsze skojarzenia niż z werbalnym studium rozkładu duszy i ciała w wykonaniu Brzoski. A zarazem gra to znakomicie!

Gawroński jest chłodny, stonowany i precyzyjny do bólu. Chłód tej nowoczesnej muzyki kapitalnie koresponduje z filozoficznymi pytaniami Brzoski.

Brzoska z płyty na płytę zresztą pisze coraz lepsze wiersze, coraz to intensywniej badające naturę wszechrzeczy i coraz głębiej wchodzące pod podszewkę świata. Jego melodeklamacje są też coraz lepsze, coraz bardziej intymne.

Jest skupiony i precyzyjny, bardzo świadomie odmierza metrum wiersza, czasem dla lepszego efektu zmieniając składnię. Może właśnie ta precyzja jest łącznikiem między nim a Gawrońskim? Brzoska jest też coraz śmielszy i dojrzalszy w tych swoich poszukiwaniach egzystencjalnych i w opisywaniu miłości, o czym niech zaświadczy ten wiersz, zamieszczony na płycie:

droga

 

            kiedy wywołujesz moje imię

w ciemni snu

 

ono wywołuje twój uśmiech

na samo wspomnienie.

 

i kiedy oddalenie

nie ma żadnego znaczenia

 

bo kiedy zasypiasz na ekranie

i tak zaraz mam ten film pod powiekami

 

kiedy znaczysz mi  „światy”

pozornie bez znaczenia

 

i kiedy uciekasz w „dobranoc”,

a ja cię wyławiam z odmętów ekranu.

 

i kiedy się zbliżasz i jesteś

tak bardzo niecierpliwa.

 

i kiedy się oddalasz, a ja podróżuję za tobą

wszystkimi możliwymi

 

drogami.

W innym utworze, „Katzenspielzeug”, Brzoska ustępuje miejsca Gawrońskiemu, któremu udało się utrzymać ten numer w stylistyce electro-popu lat 90. To jedyny utwór, w którym Wojtek próbuje śpiewać, powtarzając jak mantrę refren – „Katzenspielzeug, katzenspielzeug”. W odrealnionym muzycznie „Kapłani i androgyni” twórcy składają hołd Davidowi Bowiemu. Mój ulubiony kawałek to „Szyfry”, w których Wojtek deklamuje tak:

 

dzięki krzyżówkom

wiemy więcej niż

 

bóg.

 

na krzyżu

musimy o tym milczeć

 

aż po grób.

 

rozpięci na ramionach

liczb nie powiemy

 

już nic.

 

początkiem szyfru jest

miłość, niespokojna

jak wojna

 

cyfr.

I jeszcze tytułowe „Zapominanie”, w którym okrutny czas każe nam zbyt szybko dorosnąć i potknąć się o zimną, niewypitą kawę. Każe znaleźć odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzieć nie sposób. Tak, jak nie odpowiada na nie Brzoska. On tylko zadaje te pytania i robi to po mistrzowsku. Polecam Państwu tę niezwykłą płytę.

Poniżej utwór z płyty „Słońce, lupa i mrówki” katowickiego duetu, zatytułowany „Annie Leibovitz fotografuje niebo dla Susan Sontag” (z udziałem klarnetu basowego Mikołaja Trzaski) – brak mi jeszcze materiału z nowego albumu „Zapominanie”, który będzie dostępny w sklepach w drugiej połowie lipca.

 

Brzoska i Gawroński „Zapominanie”, 8/10

 

 

 

 

Gitarowa efemeryda

imgres-1

Mateusz Franczak nagrał bardzo ładną płytę. W „Night-night” słyszymy wszystko, co najważniejsze, żeby obwołać album mianem małego objawienia. Minimalistyczne, introwertyczne, nieco nawet apokaliptyczne w klimacie piosenki przerywają krótkie, rwane zaśpiewy Mateusza. Dla spragnionych etykietek – „Night-night” brzmi trochę tak, jakby ktoś wsadził do miksera Bon Iver, The Antlers i Sufjana Stevensa, przy czym tworzy ją jednak spora dawka indywidualizmu autora i współautorów. Bo na płycie słyszymy prócz Mateusza także m.in. Adama Podniesińskiego (elektronika), Patryka Zakrockiego (altówka, mbira), Pawła Szamburskiego (klarnet) i Huberta Zemlera (perkusja). „Night-night” została nagrana w warszawskim Teatrze Syrena, co miało kolosalny wpływ na zapis dźwiękowy.

Atmosfera teatru zachęciła twórców do eksperymentów z brzmieniem i głosem, co świetnie słychać choćby w otwierającym płytę, monumentalnym „Hold Your Fire”, gdzie w smyczkowe tło wtapiają się dźwięki gitary akustycznej, a potem i elektrycznej. Dopiero potem wchodzą bębny i wysoki głos Mateusza, melodia postępuje, a z nią oniryczna opowieść. Nie inaczej jest w „Over”, które rozpoczyna genialne fortepianowe intro. Na jego tle rozwija się wokal. W „Defy”, podobnie jak w „All About” Mateusz Franczak rozpoczyna od gitary elektrycznej, do której dochodzi głos. Charakterystyczny, powtarzający się motyw gitary zmienia dopiero pojawienie się perkusji. Czasem głosy pojawiają się w chórkach, jak w „Little Town”. W dużej mierze ma ten album charakter performatywny i bardzo konceptualny. Szalenie odpowiada mi delikatna, smętna i efemeryczna atmosfera tych piosenek i utworów instrumentalnych. Ujęła mnie też umiejętność przemiany Mateusza w coraz to inne postaci w każdej z piosenek.

Mateusz Franczak jest multiinstrumentalistą, wokalistą, improwizatorem, związanym m.in. z zespołami HOW HOW i Daktari. Występował na wielu ważnych festiwalach muzycznych i artystycznych w Polsce i zagranicą, m.in. OFF Festival, Enea Spring Break, JazzFest Berlin, Zandari Festa, Open’er Festival czy na Festiwalu Nowa Muzyka Żydowska. Zadebiutował doskonale przyjętym „long story short”. „Night-night” to jego drugi album.

 

 

image

Mateusz Franczak, „Night-night”, too may fireworks 2018,

9/10

imgres

Elektroniczna nostalgia

krakowitz658

Dominik Gawroński i Piotr Figiel tworzą wspólnie krakowsko-katowicki duet producencki Krakowitz. Poznali się i polubili na festiwalu Audioriver w 2009 roku. Tak zaczęła się ich muzyczna przygoda. Dominik Gawroński znany jest szerzej z  The Hmmms z Marcinem Żyskim oraz z wcześniejszej współpracy z Wojciechem Brzoską, z którą nagrali szalenie ciekawą płytę „Nunatak”.

Teraz, już z Piotrem Figlem, postanowił wrócić do swoich elektronicznych korzeni i zrobić nowy album – instrumentalno-elektroniczny. Nie ma już mowy o łączeniu słów z dźwiękiem. O swoim projekcie mówią, że w głębi duszy wciąż są nastolatkami, grającymi patykami. Ale teraz patyczki wymienili na syntezatory. I tak samo entuzjastycznie, jak kiedyś budowali zamki z piasku, tak teraz spotykają się w studiu i próbują zbudować parę dźwięków na bazie tych wspomnień z dzieciństwa. Zachęcają nas, żebyśmy wspólnie pobiegli przez łąkę, zbierając po drodze dmuchawce i puszczając samolociki z papieru. Próbują nas namówić na nostalgiczną podróż  do czasów, gdy słońce przyjemnie świeciło, a pod łóżkiem czaiły się potwory. I szczerze mówiąc udaje im się to w stu procentach.

Dominik Gawroński mówi: – Razem z Piotrkiem uwielbiamy syntezatory, a jeszcze bardziej lubimy robić na nich muzykę. I to opętanie syntezatorami słychać w tych dźwiękach z pogranicza ambientu i electro. Album udanie plasuje się w dokonaniach tuzów z Moderata, a chłopcy uwielbiają też Boards of Canada, Jori Hulkkonena, Molly Nilsson, Kelly Lee Owens czy Slowdive. Album co prawda ukazał się w streamie 24 stycznia tego roku, ale wersja kasetowa dopiero niedawno. Jak sami twierdzą, nie są dobrzy w podziałach gatunkowych, ale to akurat dobrze. Może właśnie dzięki temu „Cirrus”, rozpoczynający płytę, faktycznie przenosi nas w erę dzieciństwa, gdy wszystko było dużo prostsze, podobnie jak zamykający ten krótki album utwór „Blank Slate”. Ale cała przygoda zaczęła się od „Little Sisters”, w którym znalazł sie sampel z nagrań głosu siostry Dominika i jej koleżanek. – Ten sampel wylądował w intro do tego utworu i tak naprawdę zdeterminował cały kształt późniejszych działań – powiedział Dominik w wywiadzie dla muno.pl. – Lubię muzykę, w której są dalsze plany, głębia i klarowność brzmienia, stąd też starałem się to uzyskać w naszym materiale.

Syntezatory mają dwojakie pochodzenie tutaj: część dźwięków powstaje analogowo, a część to w całości software’owe rozwiązania. Dużo pasteli, rozmytych, ambientowych brzmień, progresji akordowych, ciekawie użytych IDM’owych bitów i wszędobylskich, zsamplowanych klawiszy – aż żal, że tak ambitny i piękny projekt nie został dostrzeżony przez media głównego nurtu.

Brodzenie

 

imgres

Podoba mi się ta płyta niezmiernie, choćby dlatego, że stanowi moją ulubioną formułę łączenia poezji z muzyką. Trio Brzoska/Marciniak/Markiewicz to swoisty eksperyment, w którym głos zyskuje pełnoprawną funkcję z gitarą elektryczną i trąbką. Kompozycje Łukasza Marciniaka są otwarte i improwizowane, zostawiają spore pole do popisu Brzosce – jednemu z głównych poetów środowiska śląskiego i polskiego. Wojciech Brzoska ma zresztą tutaj swoje dokonania: wcześniej zabłysnął znakomitymi płytami „Nunatak” oraz „Słońce, lupa i mrówki”, nagranymi z Dominikiem Gawrońskim.

„Mosty” z płyty „Brodzenie” Brzoski, Marciniaka i Markiewicza

W tym albumie podoba mi się sposób na poszukiwanie współbrzmień słowa i dźwięku, tworzący oryginalne plamy brzmieniowe. Swoboda, z jaką muzycy przechodzą od stylu do stylu, od tematu do tematu (perspektywa zagraniczna, czyli utwór o Joan Miró czy ten o Patti Smith, i ta bliska życiu, jak badania medyczne) jest imponująca. Brzoska umiejętnie podsyca atmosferę niedopowiedzenia, jak w „Drun drun”, czy „Mostach”. Moi faworyci to utwór o Patti Smith i Robercie Mapplethorpie oraz „Klepsydra”, w których pojawia się gitara preparowana Łukasza Marciniaka, świetnego instrumentalisty. W tym pierwszym słyszymy Brzoskę, jak mówi:

„to była dziwna noc

w hotelu chelsea

mamy po niej pamiątki na całe życie

– księżyc i błyskawice.

na naszych rękach

i nogach

– tatuaże z marzeń […]”

Niepokojący dźwięk trąbki Marcina „Cozera” Markiewicza w „Mostach” podkreśla klimat wyobcowania, a gitara Marciniaka dopełnia całości. Mimo, że tempo tych słowno-muzycznych zmagań siada pod koniec płyty, to i tak słodko-gorzkie rozważania Brzoski utrzymują tę poezję w ryzach do końca. Jego umiejętności dają sie poznać choćby w świetnym „Od pierwszego wejrzenia”, które opowiada o tajemniczym miłosnym wyznaniu, kończącym się śmieszną puentą. Brakuje mi trochę na tej płycie miłości takiej, jak z albumu „Słońce, lupa i mrówki”, gdzie –  jak rozumiem – mowa była o klasycznym związku, w którym ma cię mieć tylko ten mężczyzna, który cię kocha. Ale i tak, nikt inny, może prócz  Marcina Świetlickiego, Raphaela Rogińskiego i Grzegorza Kaźmierczaka z Variete, wśród której to ligi plasuje się to wydawnictwo, nie zrobił mi tak pięknego dnia. Polecam.

imgres-1

„Brodzenie”,  Brzoska/Marciniak/Markiewicz,

Fundacja Kaisera Soze, 2018

8/10

Chodźcie tu

ZCTktkqTURBXy85MDU4MDEyMTJiNGJjMTgwZDQ4NTBlZDFhNTA1OGNkNC5qcGVnkpUDAM0BCc0Cus0BiJMFzQMgzQHC

Od prawie dwudziestu lat była twarzą i głosem takich projektów, jak Sistars (wspólnie z siostrą Natalią), Pinnawela, Rita Pax czy Archeo. Wreszcie przyszedł czas na solowy album, w którym jej ulubiona czarna muza wybrzmiewa z pełną siłą i na własny rachunek. Paulina Przybysz i jej płyta „Chodź tu”.

Wokalnie Paulina jest tu jak ów pył, który ma się na wietrze mienić z jej piosenki „Pirx” –  jest liryczna, ale i zabawna. Upodabnia się w tym trochę do Janelle Monae,  a rytmicznie do najciekawszych artystów współczesnego soulu i R&B.

Ma też wiele do powiedzenia. Słychać w słowach jej piosenek feministyczne przesłanie do wszystkich kobiet i do świata. Ale nie tylko. Śpiewa też o miłości („Drewno” – „dzisiaj czuję w brzuchu twoje tętno, chodź tu, no chodź tu”). A wychodzi jej to trochę w duchu newjazzu, trochę hip-hopu, a trochę soulful, jak w „Pirxie”, gdzie szczerze (a szczerość to słowo-klucz) śpiewa o tym, że ma wrócić do miłości człowieka, którego już raz kiedyś pokochała, i o tym, że znów mają się mieć.

Rymami wywija też tak, że nie powstydziłby się żaden amerykański raper („ja jestem Przybysz z kosmosu” w „Pirxie”). Elektronika, tłuste bity, werble stoją tu w jednym rzędzie z samplami, brzmieniami wiolonczeli, fortepianu czy odgłosami natury (za produkcję odpowiada m.in. Night Marks Electric Trio i Zamilska). To dzięki nim (i samej Przybysz) znajdziecie tu i dub i dubstep („Saliva”,„Papadamy”), jak i hip-hop („Buy me a song”), dancehall („Dzielne kobiety”), chórki soulowe w „Chokin”, fascynującą zabawę słowem i muzyką w „Pirxie”, „System” i „Dzielne kobiety” („palą się stosy zwęglonej rozkoszy”), rasowe R’n’B w „Drewno”, i niepokojące, szerokie frazowanie – „Kumoi”.

Szkoda, że w pewnym momencie płytę przełamują stylistyczne zabawy, w których piękne melodie zaczynają ginąć w gąszczu muzyki. Odważne produkcje, wspomożone soulowym wokalem, nie zyskują na tym („No Entrance”, „Chokin”).

Ale sam fakt, że Paulina zdecydowała się postawić na własne nazwisko i nagrać tak mainstreamową i udaną płytę, jest znaczący. W końcu daje się poznać jako artystka w 100 procentach wykorzystująca swoje możliwości.

maxresdefault

Paulina Przybysz, „Chodź tu”, Kayax Music, 2017, 7/10

Angielska muzyka, polska miłość

z14478858qraphael-roginski 

Raphael Rogiński, gitarzysta

Nowy album Raphaela Rogińskiego, tym razem poświęcony barokowemu kompozytorowi Henry’emu Purcellowi, to nie tylko dowód na to, że muzyka dawna w każdej postaci fascynuje wielu muzyków. Jest to płyta tak niedoskonale doskonała, że wciąż muszę do niej wracać. Uwiera mnie jej delikatność i zwiewność, ale jej ulegam każdego dnia na nowo. Przyciąga mnie jej smutek i obietnica czegoś niedopowiedzianego, wciąga jej mrok i żałość wyśpiewanych przez Olgę Mysłowską motywów. To teraz mój ukochany album.

Intymna – tak nazywa swój związek z muzyką znad Tamizy Raphael. W wywiadach tłumaczy, że odnajduje wciąż te same rzeczy w muzyce Dead Can Dance i Joy Division, Berta Janscha i Led Zeppelin, PJ Harvey i Traffic, ale też i Henry’ego Purcella i Johna Dowlanda i Williama Byrda. Zapewne wzięło to swój początek w jego zafascynowaniu latami 60., ale nie tylko. „Brzmienie” angielskiej poezji i muzyki jest podobne, słowa i muzyka prowadzą nas gdzieś między mroczne bagna, leśne ostępy i neolityczne kurhany. Słusznie zauważa Rogiński, że współczesnym Anglikom to brzmienie może być obce, ale nie szkodzi, bo kulturowa ciągłość zostaje w nim jakoś przedziwnie zachowana, m.in. dzięki takim właśnie nagraniom, jak to – „Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebastian Witkowski)”.

Co różni ten album z muzyką Purcella od innych? Współczesne podejście wykonawców do barokowych melodii. W przeciwieństwie do klasycznych, ortodoksyjnych nagrań nie chodzi w nim w ogóle o cyzelowanie, pieszczenie fraz czy wyrafinowane techniki gry czy śpiewu. Chodzi za to o oddanie zwyczajnych, ludzkich, głęboko skrytych emocji w bardzo indywidualny sposób. Miłość, żal, tęsknota konkretyzują się tu w jedną lejącą się rzekę współbrzmień („Music for a While”). Odległy i zdystansowany, mantryczny śpiew Olgi Mysłowskiej tworzy piękny kontrapunkt do gitary Raphaela, a klawisze, na których zagrał Sebastian Witkowski, dodają tej muzyce gotyckiego mroku. Purcell przetransponowany na gotycko-współczesny teren ma głęboki sens. Jest nim wydobywanie na wierzch i odkurzanie uczuć, które wcale nie są dziś czymś tak bardzo innym niż były kiedyś. Tylko my zapomnieliśmy je naprawdę przeżywać i o nich mówić prawdziwie i szczerze. Jak mówi Rogiński – dziś są one spłaszczone, a za czasów Purcella były owiane mgłą cudów i magii, pożądania i tęsknoty. To myśmy zrobili z nich produkty spożywcze, a Purcell i jemu współcześni pojmowali je naturalnie, takimi, jakimi naprawdę są.

ar-160709436

Olga Mysłowska, wokalistka

Dlatego dźwięki gitary Rogińskiego brzmią tutaj jak próba przywrócenia magii tej muzyce. Bardzo udana próba. Piętnaście „kawałków”, od pavany, przez menuety, arie, po sarabandy, wcale się nie dłuży, wręcz przeciwnie. Każdy z kolejnych utworów wciąga głębiej w świat dekadenckich przeżyć miłosnych mistrza znad Tamizy. Całość dzielą trzy pavany Alfonso Ferrabosco, jedna zaczyna cykl, druga dzieli go w połowie, trzecia kończy. Są tutaj oczywiście i „Lament Dydony” i „What a Sad Fate” i „Charon the Peaceful Shade Invites”. Bardzo ciekawie brzmią te z nich, zaśpiewane przez bardzo utalentowaną wokalistkę Olgę Mysłowską (dawniej Polpo Motel), którą interesują wszelkie projekty scalające śpiew barokowy i muzykę współczesną, np. elektronikę. Na pewno jest to jedna z najważniejszych płyt wydanych w tym roku, zaraz zresztą po nagranym przez Rogińskiego i Genowefę Lenarcik projekcie Żywizna, będącym hołdem dla kurpiowszczyzny, „Zaświeć, Niesiącku…”. O, na marginesie – na albumie z Lenarcik też śpiewa się i gra dużo o miłości absolutnej. Chapeau bas, Raphaelu!

„Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebastian Witkowski)”, wyd. Bołt Records, 2017.

Wszystko, co najważniejsze

image

Justin Vernon

Ten rok upłynął tak szybko, że nie zdołałam zarejestrować wszystkiego w muzyce, co dla mnie ważne. Po krótkim zastanowieniu wybrałam sobie jednak kilka płyt, z tego i zeszłego roku, których chciałabym słuchać częściej, i takich, których styl i brzmienie są mi szczególnie bliskie. Oto one:

Bon Iver, „22, A Million”.

Krytycy narzekają, że Justin Vernon wykonał krok w tył od czasu „For Emma, Forever Ago”. Nic bardziej mylnego. Korzystając z różnych cudów brzmieniowych folkatroniki i własnych, świetnych pomysłów na kompozycje, stworzył krótki, intymny album o rozpoznawalnym języku. Cała, dość różnorodna płyta dobrze oddaje też podejście Vernona do bycia za pan brat z publicznością: sławę znosi jako tako, niemal pod przymusem, a kluczowa jest dla niego właściwie treść i brzmienie własnych piosenek. Album do odsłuchania tu:

 

Frank Ocean „Blonde”.

Jest to tak fantastyczna rzecz, że jej pojawienie się momentalnie odesłało do narożnika całe rapersko-soulowe towarzystwo zza oceanu. Frank ma w tym roku ostrą konkurencję w postaci Tylera The Creatora czy J. Cole’a (jego płyta „4Your Eyes Only” ukaże się dopiero za kilka dni). Ale w zasadzie żadna z tych płyt nie da się porównać z „Blonde”, bardzo szczerym, świetnym muzycznie albumem (zaraz po nim Frank wydał płytę wizualną zatytułowaną  „Endless”)Słuchając „Siegfrieda” z „Blonde” ma się wrażenie, jakby tekst i wokal pisane i śpiewane były osobno, a podkład i basy osobno. Idzie to w dwóch różnych kierunkach, a jednak razem. Niesamowite nagranie, które jasno pokazuje, jak długą drogę pokonał Frank Ocean w ciągu zaledwie 3-4 lat od czasu wydania poprzedniego albumu „Channel ORANGE”: od chłopaka z przedmieścia, geniusza hip hopu, R&B i neosoulu, który ma koncie sporo eklektycznych przebojów do dojrzałego artysty.

„Nikes” z  albumu „Blonde”:

 

Tu dla porównania Frank Ocean sprzed 4 lat w programie Saturday Night Live:

 

Ten Typ Mes „Ała”:

O Piotrze Szmidcie czyli Ten Typ Mesie napisano już wiele poematów po wydaniu tego albumu. Dodam więc tylko, że najlepszy polski raper, prócz tego, że w swoich tekstach dorósł i jest zaangażowanym publicystą, to potrafi do tego pisać i śpiewać o samym sobie samym i swoich problemach tak, jak niewielu tekściarzy w kraju. Na przykład tu:

Póki nikt nie sprawia, ze sie śmiejesz,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz, tak jak on,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz, tak, jak ona

Ciebie mogę słuchać godzinami,
Wiem, to miłe, nie dziękuj.

 

 

A muzyka? Intrygujący splot elektroniki, lekko jazzujących brzmień, trapu, żywych instrumentów (nowa zajawka Ten Typ Mesa), ciekawych beatów i oldschoolowych klawiszy. Wszystko w kontrze do każdego materiału rapowego, jaki słyszeliście w Polsce. Jak tu:

 

Na sam koniec – duuużo stylistycznego eklektyzmu, czyli neofolk w wykonie najlepszego polskiego gitarzysty Raphaela Rogińskiego i śpiewaczki kurpiowskiej Genowefy Lenarcik w projekcie Żywizna na płycie „Zaświeć niesiącku”, a także wspólny album Adama Struga i  kwartetu grającego muzykę współczesną Kwadrofonik pt. „Requiem ludowe” (ukazał się w kwietniu zeszłego roku). Nie potrafię wybrać, który projekt zabrałabym w odtwarzaczu na bezludną wyspę, bo oba są nieskończenie doskonałe. Raphaelowi i pani Genowefie udała się rzadka sztuka przemienienia czasu, dziejącego się na płycie, w czas mityczny, który nie ma wiele wspólnego z tym rzeczywistym. Zupełnie jakbyśmy się zaczytali w prozie Bruno Schulza i nie mogli się wyrwać z tego transowego tekstu (tu brzmienia).

Oto przykład:

Zaś „Requiem ludowe” to udane nawiązanie do szlachetnej ludowości i treści sakralnych, przypominające trochę aranżacją dzieła kameralne Henryka Mikołaja Góreckiego, a trochę Pawła Łukaszewskiego. Pieśni z XIX-wiecznego śpiewnika ubrano w niepokojący neotonalizm, a nawet miejscami muzykę konkretną, z jednej strony, a z drugiej – w ujmującą prostotę, żałobny charakter fraz, rozciągniętych w czasie, sprawiających wrażenie, jakby ich zadaniem było napiąć a następnie rozluźnić wszystkie nerwy słuchacza. Wszystko to, plus fantastyczny głos Struga sprawia, że album ten zasługuje na miano jednego z najważniejszych z polską muzyką współczesną ostatnich lat, w pełni zasługującego na ubiegłorocznego Fryderyka. A tak się tego słucha (utwór „Wieczność”):

 

Dopiszę na szybko jeszcze tę perełkę w postaci Childish Gambino i jego płyty „Awaken, My Love!”. Jedna z płyt roku, ktory sie nie zakończył, więc jeszcze nic nie jest przesądzone. Oto zaledwie mały, przepiękny fragment z tego albumu:

Strzelmy sobie selfie…

image

…. zanim ktoś to za nas zrobi – ostrzega na najnowszej płycie Beneficjentów Splendoru zatytułowanej „Sellfie”, założyciel zespołu, Marcin Staniszewski. Na pewno wielu zdziwi tak mocny skręt autora „Dziewczynki z ulotkami” w stronę rapu, czy raczej hip-hopu, ale właściwie jako mistrz słowa nie miał wyjścia: dobry rap to przecież poezja, korzenie rymu i rytmu. Jednak nie należy spodziewać się po tym albumie typowej poezji blokersów, których zajmuje zbyt często problematyka ziomali, chlania i jarania. Elektronika tu też kłania się rytmom i bitom i na moment schodzi na plan dalszy, choć oczywiście nie do końca. Pojawiają się też gitary, piana, saksofon… Przesmaczne.

Mnie to nie dziwi. Staniszewski ma niestety (niestety dla bohaterów jego tekstów) wybitny dar do zabawy słowem i skojarzeń z najwyższej półki – pierwszy atak paniki porównuje do zanurzenia się pod wodę, aż po dno, a w „Sztuczkach”, „Autodissie” i „Nic mnie nie jara” jedzie dokładnie i bardzo równiutko po wszystkich – po naiwnych Polkach i Polakach-bufonach, jak również po mediach społecznościowych, wielbicielach Instagrama i po branży muzycznej:

(„Za dużo, za łatwo, zabierz to, nie cieszy mnie opcji miliard sto”). 

Talent do przypieprzania każdemu jest oczywiście cenną umiejętnością w sztuce, szczególnie w polskiej rzeczywistości. Dlatego Staniszewski bez zbędnych ceregieli kopniakami wyznacza miejsce alternatywne politykom, klerowi, natchnionym dewotom, ogłupiałemu ciemnemu ludowi, no i sobie trochę też. A wszystko tak zabawnie się tu rymuje, nawet jak śpiewa czule o kwestiach damsko-męskich (niżej „Wściekły maj”, świetna piosenka do słów poety i dziennikarza Bartka Sadulskiego):

 

 

Ale myślę, że i tak miarą tekściarza, a w tym i muzyka, jest sytuacja, kiedy otwiera się całkowicie, a przy tym robi to tak błyskotliwie i totalnie, jak Marcin, właśnie tu, niżej, kiedy pisze (śpiewa) o swoim pierwszym ataku paniki:

„Mój pierwszy atak paniki, podobno od tej pory już zawsze będę czuł zera absolutnego na plecach łagodny powiew”.

Towarzyszy mu w tym niezwykle uzdolniona Basia Wrońska z Pustek i mroczne echo bitu, który zstępuje w głąb, bardzo powoli, jeszcze niżej, nisko, jak ten lęk, o którym tutaj mowa:

już nic nie bedzie takie jak dawniej,

jak teraz gdy jestem już duży,

bo strach ma nie tylko wielkie oczy,

lecz serce co szybko zastawki mruży/

zimne ręce, drżące myśli

poniżej poziomu morza

zjeżdżam swym małym batyskafem

głęboko jak tylko można

Oddycham za to bardzo płytko

i płytkie są moje sny

[…]

 

 

 

.

 

 

 

 

 

Winterreise

Franz Schubert / Batt
Franz Schubert / Batt Schubert

 

Lubię bardzo wydawnictwo Bôłt Records Michała Mendyka. Każda ich propozycja bardzo przyjemnie podważa to, co się u nas powszechnie kojarzy z muzyką współczesną i klasyką awangardy XX w. Pomijam już genialną płytę „Unchained” z ciekawie zestawionymi nagraniami utworów Juliusa Eastmana i Tomasza Sikorskiego, która w pełni zasłużenie zbiera laury od międzynarodowego grona krytyków (klaszczę tu Lutosławski Piano Duo, Mischy Kozłowskiemu i Joannie Dudzie).

Ale to, co niżej, jednak w większym stopniu wprowadza zamęt w nasz świat klasyki. Na płycie z serii „Populista B-Sides” zatytułowanej „Joanna Halszka Sokołowska plays Franz Schubert „Winterreise”” Joanna Halszka Sokołowska bierze się za słynny cykl pieśni Franza Schuberta. Joanna jest wokalistką i kompozytorką, którą w sztuce interesuje eksperyment, a w dziele – refleksja o teraźniejszości, czyli kontekst popkulturowy, różne formuły i rytuały popkultury. Jak się o tym pamięta, to nie dziwi jej wersja klasycznego romantycznego songbooka, jakim jest „Podróż zimowa”.

Pamiętam wciąż własne zmagania z innym schubertowskim cyklem, „Piękną młynarką”, więc tym większe wrażenie robi na mnie jej głęboko przemyślana i uduchowiona interpretacja „Winterreise”. Nagrana nocą w teatrze, na „setkę”, bez poprawek, bez akompaniamentu, w przestrzennym tle odsłania całą metafizykę muzyki na głos, pisanej przez ciężko już chorego Schuberta do poezji Müllera.

I to jest naprawdę przez Sokołowską zaśpiewane w absolutnie wstrząsający sposób. Niesamowicie „cieleśnie”, intuicyjnie i empatycznie. Ona ma zresztą do tej liryki wyjątkowy wokal, którego wysokość i jasna barwa obłędnie podkreśla wyobcowanie głównego bohatera. Ale tak naprawdę wszystko ukryte jest tu między słowami. Dlatego tak nieźle kopie.

Joanna podporządkowuje się tym słowom po swojemu. Śpiewa, a kiedy przerywa lub powtarza jakiś motyw, to każda pauza w tej ciszy ogołoconej z fortepianu ma faktycznie wagę kamienia. A właściwie nie tyle śpiewa, co jest tą muzyką, i staje się nią coraz bardziej z każdym taktem. No, i dzięki temu nareszcie mogę zobaczyć na przykład owego udręczonego gościa w jednej z pieśni cyklu, który odkrywa, że jest skazany na kontynuowanie życia – a raczej czegoś na kształt żyjącej śmierci – w roli śpiewaka–poety, frustrującego się gdzieś samotnie, z dala od ludzi. Słynna fraza z Müllera:

“Fremd bin ich eingezogen, Fremd zieh’ ich wieder aus”/

„Obcy tu przyszedłem, i obcy stąd odchodzę”

 

lub ta o podążaniu ulicą, z której nie ma już odwrotu, właśnie dzięki takim fragmentom, jak ten z trailera płyty, może nabrać wreszcie nowego sensu:

 

 

 

Ktoś kiedyś powiedział, że trzeba dać się totalnie uwieść tej muzyce i być przez nią opętanym, żeby „Winterreise” móc zaśpiewać. Tak, jak uwiedziony był przez nią Schubert. Sokołowska jest opętana podwójnie – duchem Schuberta i swoją wizją.

W muzyce klasycznej, dla wokalistów, ten utwór to z różnych powodów waga superciężka. A zarazem, jakoś dziwnie, dzięki interpretacji Joanny – staje się nagle superlekką. Będziemy do tego zdecydowanie wracać, nawet jak się ta zima skończy. Tak czuję.

Joanna Halszka Sokołowska plays Franz Schubert’s „Winterreise””, Bôłt Records. Premiera 25 stycznia 2016 r.

 

winterreise