Lev Manovich: Historię tworzą dane

 

image

@Lev Manovich/Flickr.com

Problem z humanistyką jest taki, że ludzie za dużo czasu spędzają, zamartwiając się tym, czego zrobić nie potrafią – pomyłkami, problemami – zamiast po prostu iść i robić to, co muszą.”

 

Miałam niedawno okazję rozmawiać z Lvem Manovichem, najwybitniejszym znawcą współczesnej kultury (sieci i danych). Powyższy cytat z innego wywiadu z Manovichem, przeprowadzonego przez Jamesa Williforda dla http://www.neh.gov, jasno pokazuje, że tym, czego brakuje współczesnym naukom humanistycznym i ich przedstawicielom, jest pragmatyzm i pęd do działania – tu i teraz.

 

DZIŚ KAŻDY MOŻE BYĆ ARTYSTĄ”

Wywiad przeprowadzam dla FUTU, magazynu o dizajnie, ideach i nowych mediach. Z Lvem Manovichem spotykam się w Marriotcie, hotelu w Warszawie z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Od pierwszych minut widzę, że Lev ma nawyk fotografowania iPhonem wszystkiego, co mu wpadnie w ręce – gazet, magazynów, biletów, serwetek, ciekawych napisów i przedmiotów, przypominających o innych czasach i estetyce. Nie przeszkadza to nam w rozmowie, przeciwnie – tworzy do niej dobry kontrapunkt: w końcu rozmawiamy o przemianach w kulturze i otaczającej nas rzeczywistości, które najłatwiej uchwycić właśnie telefonem.
Anna Gromnicka: Miałeś już szansę rozejrzeć się po Warszawie?
Lev Manovich: Jeszcze nie, dopiero przyjechałem, ale wierz mi – zobaczę wszystko. Będę tu jeszcze dwa razy w ciągu następnych kilku miesięcy, więc na pewno będę zwiedzał.
To nie widziałeś jeszcze Muzeum Historii Żydów Polskich? To najbardziej spektakularny obiekt muzealny w Polsce.
Jeszcze nie miałem okazji, ale to będzie mój pierwszy przystanek w tym mieście. Tam jest część mojej historii. Mój ojciec był rosyjskim żydem, pochodzącym z Polski. Moja rodzina wywodzi się z dawnych kresów, więc to muzeum i ta chwila będą dla mnie szczególne.
Na twojej stronie na facebooku wyłapałam świetne zdjęcia i plansze niezrealizowanych projektów z Berlina Wschodniego, dokąd wybrałeś się na konferencję o modernistycznej – czy trafniej socrealistycznej – architekturze i urbanistyce Wschodnich Niemiec. Dawne tereny NRD mogą być wyzwaniem dla badacza?
Raczej dla osoby, której pasją jest dizajn i architektura. Jestem fanem modernizmu powojennych Niemiec, dlatego zachwyca mnie możliwość zwiedzania Berlina w takich detalach. Należę do tych, którzy skrupulatnie badają przestrzeń każdego miasta, w którym są, i ją dokumentują.
Widzisz ten rozświetlony kolorami tęczy budynek? To Pałac Kultury i Nauki. Symbol Warszawy, ale i komunizmu, czy raczej – socrealizmu. Dar od Stalina. Podoba ci się?
Może nie tyle podoba, co na pewno jest bardzo ciekawy. Komunizm to w ogóle interesujący architektonicznie okres. Pałac Kultury jest wyjątkowy w pewnym sensie, tak jak wyjątkowa jest Karl Marx Alee w Berlinie. Ona w zamyśle też miała być tworem modernistycznym, ale nie kapitalistycznym – choć przecież była i jest częścią wielkiej, europejskiej metropolii. Pałac Kultury, tak samo jak Karl Marx Alee, przeżył swój czas i nabrał nowego znaczenia w nowej, politycznej rzeczywistości. Oczywiście, są to różne miejsca, jeśli chodzi o pomysł i wykonanie, ale podobne, jeśli bierzemy pod uwagę zmianę dizajnu w przestrzeni i jego współczesny kontekst. Dla mnie te miejsca opowiadają pewną historię, która tworzy całość, bez potrzeby ujmowania jej w osobne rozdziały.
Przyjechałeś do Polski na konferencję NInA, gdzie rozmawialiście o kulturze cyfrowej i storytellingu, czyli opowiadaniu historii. Jak kultura cyfrowa wpłynie na naszą umiejętność opowiadania historii?
Ona już na nią wpływa! Moglibyśmy rozmawiać o tym godzinami, więc skupię się tylko na dwóch przypadkach. W pierwszym z nich rodzaj komunikacji, jaki tworzymy, opiera się na naszej kreatywności w sieci, która podlega kolosalnym zmianom w ostatnich latach. Ludzie używają blogów, komputerów, instagrama i robią to intuicyjnie, w oparciu o swoje potrzeby artystyczne i twórcze. Dla przykładu, ci, którzy wrzucają swoje zdjęcia i prace na instagrama, często stają się bardzo szybko mistrzami fotografii. Zmienia się także ujęcie tych prac: kiedyś artysta fotograf i jego odbiorca mieli do dyspozycji album fotograficzny, który uzupełniali latami. Dziś sekwencja zdjęć, które wrzucamy do internetu, tworzy tę historię w sposób natychmiastowy i dostępny dla milionów.
Ale instagram to nie rzeczywistość. Jak już kiedyś mówiłeś – instagram nawet nie odzwierciedla rzeczywistości. Więcej, on nawet nie potrafi jej uchwycić. A więc kryje się w tym pewien fałsz.
Z jednej strony tak. Ale spójrzmy na projekt „instagramowych” miast, który niedawno stworzyłem wspólnie z grupą badaczy danych. Zebraliśmy miliony zdjęć z instagrama, po to, by zbadać dokładnie ich użytkowników. Dzielą się zdjęciami non stop, mają potrzebę ciągłego wrzucania zdjęć w kanały mediów społecznościowych. Instytucje, które używają tych kanałów, też gromadzą dane o użytkownikach. Przez lata prowadzenia różnych projektów, związanych z aktywnością ludzi na instagramie, zdołaliśmy przeanalizować te milliony zdjęć i stworzyć z nich profil użytkownika instagrama. A więc jednak to medium odzwierciedla rzeczywistość, pokazując, kim naprawdę są ludzie, którzy go używają.
To prawda. A co zmieniło się od czasów wielkich wieszczów, którzy swoje historie pisali „analogowo”?
Wszystko – poza ciągłością narracji. To, o czym mówię wyżej, jest pierwszym z przykładów opowiadania historii, czyli storytellingu: robię zdjęcie, publikuję je, a ono, w połączeniu z innymi, które już są w sieci, tworzy historię. Moją historię. Co się zmieniło przez kilkadziesiąt, o ile nie kilkaset lat, które nas dzieli od tradycyjnych metod tworzenia historii? Pamiętajmy, że Balzac pisał powieści, oparte na wyraźnie zarysowanym wątku i kilku bohaterach. Współcześnie możemy pisać historię w oparciu o miliony postaci i bohaterów, a także miejsc. Oto jak kultura cyfrowa, a w szczególności dane, dają nam niewiarygodną możliwość odpowiadania na wyzwania estetyczne naszych czasów. Zauważ, że coraz rzadziej piszemy, kiedy tworzymy historie – głównie używamy danych i wizualizacji, żeby je opowiedzieć.
A ten drugi przykład?
W naszych projektach, związanych z fotografią i zdjęciami z instagrama z różnych stolic świata, tworzymy tzw.wyspy. W oparciu o kolory, miejsca, twarze, styl i przekaz zdjęć, jesteśmy w stanie stworzyć całe skupiska pokazujące, jak wygląda miasto i jego użytkownicy, oglądani z perspektywy danych, które generują. Dane tworzą przedziwne, piękne, kolorowe plamy, z których łatwo wywnioskować, jakim przemianom podlegają miejsca i ludzie w tych stolicach. Mogę opowiedzieć historię na podstawie 200 milionów zdjęć, które złożyły się na nasze projekty. W Warszawie wyspa będzie miała w przeważającej części kolor niebieski, w Sao Paulo czy innych stolicach inny. Dane mają więc wpływ na styl wizualny, zależnie od miasta. Wizualizując dane ze zdjęć, tworzę historię miejsca. Wyobraźmy sobie, że jestem przez dwa dni w Warszawie i robię zdjęcia, które publikuję. I wyobraźmy sobie, że ta historia dotyczy życia milionów ludzi w tym samym momencie i miejscu, zajmujących się 10 milionami rzeczy, publikujących zdjęcia lub zapisujących dowody swojej działalności. Ja zajmuję się tym drugim przypadkiem.
Instagram to także twoje narzędzie, jako artysty. Jaki jest dziś status sztuki z instagrama i sztuki współczesnej, na którą wpływ ma kultura cyfrowa?
Cóż, ludzie, którzy wrzucają zdjęcia do sieci, często mówią, że nie dbają o to, jak zostaną odebrani i co kto o nich powie. Artyści operujący klasyczną fotografią, mają do dyspozycji cały zestaw narzędzi i danych, których używają do obróbki zdjęć, na czele z Photoshopem, i bardzo dbają o odbiór swoich prac i środowisko, w jakim się pojawiają. Tymczasem na instagramie mamy zdjęcia, których nie wykonują wykształceni artyści. To „artyści instagrama”, działający na ulicy, w domu, w przestrzeni. Często te zdjęcia są o wiele lepsze, niż te, które robią zawodowi fotografowie. Jak widać, w tej dziedzinie liczy się przede wszystkim talent i zmysł obserwacji oraz refleks. Dlatego jak słyszę, że ktoś studiuje fotografię na jakiejś elitarnej uczelni, to zaczynam się śmiać. We współczesnym świecie, te studia do niczego się nie przydadzą – fotografia i w ogóle sztuka współczesna rządzi się już innymi prawami niż ta XX-wieczna.
Pisałem już o tym trochę w książce „Software Takes Command”. W mojej pracy skupiam się na decydującym przesunięciu narracji we współczesnej kulturze, z narracji analogowej ku cyfrowej. Software, czyli w potocznym rozumieniu – zbiór danych – zastąpił bardzo zróżnicowane spektrum tradycyjnych, czyli mechanicznych i elektronicznych technologii, używanych przed XXI wiekiem do tworzenia, przechowywania, dystrybucji i wymiany danych. To największa rewolucja kulturalna naszych czasów, prawdopodobnie równająca się tylko z wynalezieniem druku. Nie oceniam jakości tych przemian, interesuje mnie efekt, jaki ta rewolucja przyniosła i jej wpływ na artystów i sztukę. Dziś każdy może być artystą. To mnie także, jako artystę, bardzo cieszy.
Jak wspomniałeś, miejsce i jego historia to też dizajn. Zastanawia mnie, w jaki sposób kultura cyfrowa wpływa na niego i jak zmienia przestrzeń publiczną?
Od kilkunastu lat, gdy pierwszy raz podawałem przykłady takich miejsc w świecie, jak np. Muzeum Graz w Austrii (Kunsthaus Graz), zbudowane w 2003 roku, Żydowskie Muzeum w Berlinie, zaprojektowane przez Daniela Liebeskinda, czy Muzeum Guggenheima, sporo się zmieniło. Przede wszystkim wciąż zmienia się rola architekta, jako współuczestnika projektów, staje się on coraz czujniejszym obserwatorem rzeczywistości i dyskursów społecznych. Architektura jest tylko jednym z aspektów, w których uwidacznia się dizajn. Innym, ważniejszym, jest software. Dizajn software to bardzo pojemne pojęcie, w którym kryją się odpowiedzi na sposób funkcjonowania kultury danych i nas w tej kulturze. Pytałaś mnie o personalizację produkcji, czyli dostosowanie rynku do indywidualnych potrzeb klienta. Największy wpływ na nią będzie miała właśnie kultura cyfrowa, to w niej będą zachodziły najważniejsze zmiany dotyczące jednostki i sposobu jej bycia w świecie i w sieci.
Niechętnie mówisz o dizajnie w tradycyjnym pojęciu – jako o umiejętności projektowania pięknych rzeczy.
Kocham piękne przedmioty, ale wcale nie na tym polu będziemy doświadczać największych zmian jako konsumenci. Większe zmiany pod tym względem dotkną choćby architekturę. Jeśli o to chodzi, to szybko rozwijająca się technologia stworzyła mnóstwo możliwości architekturze w ostatnich latach, dając materiały, o jakich wcześniej architektom się nie śniło, jak choćby druk 3D. Albo nanotechnologia, czyli technologia zajmująca się produkcją nanomateriałów, to dziś osobna dziedzina. Budynki można dziś tworzyć praktycznie ze wszystkiego i wieloma metodami, co też poszerza pole działania projektantów. Dziś żaden kształt nie musi być do czegoś podobny, co także wyzwala kreatywność.
Kiedy wchodziłam na twój facebookowy profil, zastanowiło mnie, że jest otwarty dla każdego użytkownika… Pomyślałam, że w pewien przekorny sposób wpisuje się to w ideę otwartej kultury.
To dwie różne rzeczy: na facebooku żadne treści tak naprawdę nie są chronione, wszystko możesz znaleźć i zanalizować, niezależnie od stopnia ochrony prywatności. Media społecznościowe z zasady są otwarte. Bo przed czym chcesz się chronić, jeśli dobrowolnie wchodzisz do świata, gdzie ludzie na forum publicznym wymieniają się opiniami i dokumentują swoje codzienne życie, a nawet intymność? Natomiast otwarta kultura – cóż, nie wszystko w niej jest otwarte, a tak naprawdę większość zasobów w sieci jest zamknięta. Będę tego bronił. Bo jeśli otworzysz wszystko, to tak naprawdę stworzysz chaos prawny i informacyjny. Prawo do ochrony dóbr osobistych w sieci jest świętością. Dobrym przykładem jest google street view, czyli strona (i aplikacja), która pozwala dokładnie poznawać różne miejsca na ziemi. Użytkownicy robią zdjęcia, wrzucają je na stronę, a także na instagrama tworząc unikalną mapę miejsc – problem w tym, że nie wszystko możesz swobodnie upublicznić. Zgodziłabyś się na publikowanie adresu i zdjęcia swojego domu? Wątpię.
Rozmawiamy o dizajnie, architekturze wielkich miast, perspektywach, jakie artystom stworzyła kultura cyfrowa, a co z innymi dziedzinami sztuki? Muzyka?
Przyznam, że jestem mało obiektywny pod tym względem, ponieważ moja żona jest kompozytorką muzyki współczesnej i często chadzam z nią na koncerty. Uwielbiam muzykę współczesną i wszelkie eksperymenty. Na muzykę także ma wpływ kultura danych. Ale to już temat na inną rozmowę…

 

image

Światło nadziei

NICK CAVE FOT

Wierzcie lub nie, ale Nick Cave And The Bad Seeds nagrali najlepszą płytę w swojej karierze. O takiej płycie mówi się „klasyk” gdy już się pojawi i po latach, gdy nie ma się dość tej muzyki. Chociaż historia jej powstania jest tragiczna.

Śmierć dziecka – jakkolwiek by to nie brzmiało – od wieków była tematem pieśni i poezji. Nic innego nie przydarzyło się Cave’owi. W 2015 r. jego ukochany 15-letni syn Arthur spadł z klifu i zabił się. Nick był długo pogrążony w żałobie, efektem jej była płyta „Skeleton Tree” – mroczna, gniewna, pełna żalu. Dziś Cave ze swoim wyśmienitym zespołem wraca z „Ghosteen”, albumem, w którym obok smugi cienia widać strużkę światła.

„Skeleton Tree” zostało – wedle słów Cave’a – napisane w większości przed tragedią rodzinną. Ale i tak wiadomo było, że wpłynie ona na twórczość lubującego się w depresyjnych klimatach artysty. Stąd ten mrok. Gdy wydawało się, że nic bardziej osobistego Cave nie wyda już, pojawiła się ona – „Ghosteen”, z efektem porażającym.

Trudno jednak rozpatrywać tę płytę jako kontynuację „Skeleton Tree”. To zupełnie inny przypadek. Całość emanuje cieplejszym tonem niż poprzedni album. To tak jakby okres godzenia się ze stratą. Muzycznie jest jeszcze bardziej ambitnie. Inspiracje ambientem, minimal music i awangardą muzyczną są jeszcze głębsze niż na poprzedniej płycie, a osobisty ton autora nadaje jej specyficzną wymowę: na albumie co najmniej dwukrotnie Cave odnosi się do motywu Piety, śpiewając: „Jesus lying in his mother’s arms” (Jezus, leżący w ramionach swojej matki). To oczywiste odniesienie do śmierci syna i cierpienia rodzica.

Muzycznie ten album sytuuje się gdzieś (rzecz jasna odlegle, to wciąż stary dobry Nick Cave) między dokonaniami Scotta Walkera a Spiritualized. Ambitne środki wyrazu to nie tylko ambient i drony, są tu też kościelne dzwony, pełen zestaw podkładów elektronicznych, fortepian, puzon, smyczki i chóry. A w tym wszystkim – jak na żadnej dotąd płycie – Nick, raz melodeklamujący, raz śpiewający falsetem, jak na „Sun Forrest”. To jego głos jest tu bohaterem. Brzmi jak zmęczony walką wojownik. Ale ostatecznie jest to pierwszy album, na którym Cave odsłania się całkowicie, rozdziera przed nami swoją duszę. Jeszcze nigdy jego głos nie miał tak wielkiej głębi.

Już otwierające płytę „Bright Horses” przynosi zmianę klimatu z poprzedniej płyty na nową: światło nadziei przynosi fortepian i smyczki na tle chórów. Tworzą one zapętlony motyw w tle którego rozwija się wokal Nicka. Na tytułowym „Ghosteen” motywy ambientowe tworzą ścianę dźwięku dla murmuranda Cave’a, potem dołączają smyczki, by w finale dać głos dialogujący z elektroniką.

W najdłuższym utworze na płycie, bo 14 minutowym kończącym album „Hollywood” w symfonii dźwięków (fortepian i elektronika) wybija się głos Cave’a, dramatycznie nawołujący i płaczący w bardo: jak ojciec za zmarłym synem, choć tekst najeżony jest różnorodną symboliką. Przywołuje tu Nick opowieść o uczennicy Buddy, Kisy Gotami, której także zmarło dziecko. Ostatecznie następuje transpozycja tematu i buddyjskiej atmosfery na życie Cave’a. Śpiewa tu o tym, jak trudno jest odnaleźć spokój duszy. A potem o wierze, że jego czas na pogodzenie się ze stratą w końcu nadejdzie. To boli, ale jak pięknie boli – inaczej trudno opisać tę płytę.

Końcówka „Hollywood” to ni mniej, ni więcej tylko dialog z „Bright Horses” – post-rockową, momentami gospelową balladą rozpoczynającą „Ghosteen”, która rodzi światło nadziei. Z każdego pyłu może ono powstać. I tak dzieje się z tym albumem. Słuchajcie, bo to absolutny top tegorocznych podsumowań. Kto wie, czy nie najważniejsza płyta tego roku.

„Ghosteen”, Nick Cave And The Bad Seeds, Mystic Production 2019, 10/10.

 

 

Podsumowanie literackie 2018 roku

olga tokarczuk

Olga Tokarczuk

Wprawdzie 2018 już za nami, ale czas podsumowań jeszcze się nie zakończył, bo do ostatniej chwili ukazywały się książki ważne i ważniejsze. Wybrałam kilka, co do których jestem pewna, że dokonują pewnego wyłomu w naszym myśleniu o świecie i o nas samych. Jest w nich wszystko co być powinno w dobrej literaturze: miłość, śmierć, rozpacz, utrata, smutek, tęsknota, kawał historii, groteska, a nawet horror. Te, które ominęłam, też są świetne, ale prawdopodobnie nie na tyle, by nami wstrząsnąć. A te książki – wierzę w to – to potrafią. Kolejność przypadkowa – voila!

 

malgorzata rejmer

„Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii”, Małgorzata Rejmer, wyd. Czarne

Z niezwykłą, rzecz by można poetycką czułością opisuje Rejmer Albanię czasów Envera Hoxhy i Albańczyków – ludzi schwytanych w pułapkę reżimu. To właśnie o tym, trwającym niemal 50 lat okresie rządów Hoxhy, i o postępującej izolacji jego poddanych pisze Rejmer.

Ale myliłby się ten, kto by pomyślał, że to li-tylko książka historyczna. Małgorzata Rejmer daje w niej głos ofiarom tyranii komunistycznego przywódcy, którym w jakiś cudowny sposób, jak i innym zamkniętym za żelazną kurtyną, udało się pokonać obezwładniający izolacjonizm systemu i przetrwać prześladowania. To swoisty reportaż o bólu i cierpieniu tych, którzy bez momentów odwilży starali się przeżyć na co dzień w Albanii.

Jakiej prawdy uniwersalnej dowiadujemy się z tej książki? Ano takiej, że strach, krzywda i poczucie zagrożenia w różnych systemach politycznych mają jedno oblicze – właśnie takie, jak naszkicowała autorka tej poruszającej książki. Do tego dochodzi język – na poły poetycki, na poły reportażowy, pozbawiony zbędnego patosu, opisujący ból i strach w sposób, który musi zostać wysłuchany, choćby dzieliły nas od tamtejszej rzeczywistości tysiące kilometrów i lata świetlne doświadczeń. W tym literackim reportażu świetnie broni się właśnie język. Rejmer nie ukrywa, że pragnie zuniwersalizować opisywane doświadczenie. Pisze, że ocaleniem od zniewolenia może być tylko drugi człowiek i choćby skrawek jego solidarności. Czyż nie brzmi to nam znajomo?

 

 

tokarczuk_1

„Opowiadania bizarne”, „Bieguni” (Nagroda Bookera), Olga Tokarczuk, Wydawnictwo Literackie:

2018 r. to dla Olgi Tokarczuk przede wszystkim wielki triumf w postaci międzynarodowej nagrody Booker Prize i nominacji do National Book Award. Pierwszą z tych nagród Tokarczuk zdobyła dzięki przekładowi „Biegunów” czyli „Flights” w mistrzowskim tłumaczeniu Jennifer Croft. Wystarczy dodać, że tegoroczny polski nakład tej powieści, wydanej przecież przed 11 laty, przekroczył  już 100 tys. egzemplarzy – co oznacza wielki sukces.

Tokarczuk to obecnie jedyna polska pisarka tak znana na Zachodzie, która podejmuje w swoich książkach problematykę ucieczki do wolności i pęknięcia między powinnością bycia tu i teraz a oddawaniu się podróżom – wszystko jedno, czy tym rzeczywistym, czy tym w naszej głowie. Podróże stwarzają jedyną w swoim rodzaju potrzebę iluzji na prywatny użytek, bycia trochę bardziej na bakier ze sobą. Pisarka dołącza do grona tych pisarzy zachodnich, którzy poruszają tematykę wykluczenia i migracji – oczywiście na swój, poetycki sposób. Prawdopodobnie to stało się przyczyną, dla której Tokarczuk doceniono na niwie międzynarodowej.

Do takich książek jak „Bieguni” czy „Księgi Jakubowe” dołączyły w tym roku „Opowiadania bizarne”, czyli zbiór mniejszych form prozatorskich Tokarczuk, długo wyczekiwany. Czego tu nie ma! Jest fantastyka, zmiksowana z przeszłością i przyszłością, jest też pewna forma groteski i przerysowania. Nie sposób przykładać do tej książki miary normalności i zwykłości. Tokarczuk podróżuje po manowcach pewnych doświadczeń i strachów, przy czym wciąż pozostaje zakorzeniona we współczesności, w tym, co nas dopiero czeka. Naprawdę są to zaskakujące opowiadania, jak zapewnia wydawca, dzięki którym zupełnie inaczej patrzymy na to, co nas otacza.

 

ostrowska

„Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej”, Joanna Ostrowska, Wydawnictwo Marginesy

Książką tą mierzymy się z kolejnym tabu w naszej kulturze – pracą seksualną kobiet. Do tej pory nie było na nią miejsca w popularnym dyskursie. Milczała o nich prasa, brakowało wystaw i książek, które dotykałyby problematyki przymusowej pracy seksualnej. Jest z tym tematem trochę tak, jak z tematem słynnych comfort women – kobiet zmuszanych do świadczenia usług seksualnych Japończykom w czasie wojny. Japonia do dziś nie uporała się z tym problemem, oficjalne źródła rządowe próbują nawet zaprzeczać, że do takiej pracy dochodziło.

U nas temat ten podjęła Joanna Ostrowska, która z pasją naukowczyni, ale też i feministki odkrywa przed nami kolejne karty tej mrocznej historii. Rekonstruuje miarę opresji, a także system podległości, w które w czasie wojny zostały wplątane kobiety. Jedną z przyczyn, dla której wciąż pozostawało to tabu była ta, z powodu której uważano, że te kobiety były pozbawione wszelkiej moralności lub, że pochodziły z nizin społecznych.

Ostrowska umiejętnie prowadzi nas przez labirynty ucisku, bólu, strachu, wyparcia, pokazując, ze kobiety, zmuszane do pracy seksualnej skrzywdzono podwójnie – raz poprzez stworzenie systemu opresji, po raz kolejny zaś poprzez ich wyparcie ze świadomości społecznej. Udaje jej się zebrać skrawki wspomnień, zdań, nielicznych dokumentów, jakie zostały z tamtych czasów, udowadniając zarazem, że w ten sposób przefiltrowane, mają one wpływ na życie kobiet współczesnych.

Jej tytaniczna praca odsłania przed nami nieznane, mroczne historie, pokazując, że mamy wpływ na ich przyswajanie, na to, co z tą wiedzą zrobimy. Obyśmy dobrze spożytkowali ten dar.

­­

 

saunders

„Lincoln w Bardo”, George Saunders, wyd. Znak

Akcja ma miejsce 25 lutego 1862 roku na waszyngtońskim cmentarzu, gdzie dopiero co pochowano Williego Lincolna, zmarłego na tyfus jedenastoletniego syna Abrahama, prezydenta USA. Gdy chłopiec, a po nim jego ojciec, przybywa do tytułowego bardo, wokół niego zbierają się duchy umarłych i rozpoczynają dysputę, która potrwa całą noc.

Następuje wyparcie – duchy umarłych nie wierzą w to, że umarły. Sądzą, że są czymś w rodzaju na wpół zwiędnietych ciał, do których życie może jeszcze – wierzą w to – powrócić. Zamiast trumien mają więc szpitalne skrzynie, podobnie i cały cmentarz przeistacza się w ich opowieściach w gigantyczny szpital-lazaret. Monologi duchów to w istocie krótkie opowiadania, które skrzą się dowcipem i czarnym humorem. Jest w nich też mnóstwo bólu i cierpienia, tęsknoty za dotykiem ludzkiego ciała i za rozmową.

Podobnie rzecz ma się z synem prezydenta Lincolna, Williem. Willie nie chce wierzyć w swoją śmierć, czeka, aż przyjdzie do niego ukochany ojciec. By nie powielać losu współtowarzyszy, a co za tym idzie uciec przeznaczeniu, Willie musi zaaprobować fakt, że został oddzielony od ojca, czyli umarł. Dialogi te tworzą głosy bliskie naszym „Dziadom”.

A co nam pokazuje Saunders tą swoją pierwszą książką (bo to debiut jest, i jakże błyskotliwy!)? Pokazuje, że w pisaniu chodzi o to, żeby mierzyć się z prawdą, pisząc niewiarygodne historie niemanierycznie, ale z dużą dozą nieprawdopodobieństwa i w aurze niezwykłości. Pokazuje też, że najlepiej opowiada się fikcyjne historie, bazując na realizmie przedstawionych dialogów.

Bo jakże realne są przedstawione postaci: żołnierz, zhańbiony urzędnik, morderca, ofiara gwałtu, narzekający naukowiec, młody mężczyzna, który próbował się zabić po tym, jak został odtrącony przez innego mężczyznę, myśliwy, który zabijał niedźwiedzie i jelenie, matka trzech córek, starszy pan, którego uderzyła w głowę spadająca deska i zmarł zanim się przespał ze swoją młodą, piękną żoną. I Willie – ofiara tyfusu, cudowne dziecko, które odeszło za wcześnie.

Książką tą Saunders udowadnia, że potrafi też świetnie i czule pisać o miłości: z lekkim dotknięciem humoru, na niezłym spidzie, bez popadania w tanią nostalgię czy sentymentalizm. Najlepsza książka tego roku.

 

bielawski

Dom z dwiema wieżami, Maciej Zaremba Bielawski, Wydawnictwo Karakter

Książka polskiego emigranta jest wyjątkowa z trzech przyczyn: językowej (brawa dla wirtuozerskiego przekładu ze szwedzkiego autorstwa Mariusza Kalinowskiego), konstrukcyjnej i tematycznej – opowiada o polskim antysemityzmie. Zaremba Bielawski musiał wyemigrować z Polski po 1968 r. wraz rodzicami, dwójką psychiatrów żydowskiego pochodzenia.

Miał wówczas 18 lat i do tej pory nie przetrawił tej historii w sobie. Okazją stał się dopiero „Dom z dwiema wieżami” – monumentalna, głęboko prywatna powieść o historii bohatera, jak i polskiej historii. W książce tej reporter składa bowiem ze sobą kilka równoległych opowieści, które razem dają obraz samego siebie – samego Zarembę Bielawskiego.

Fikcja miesza się tu z dokumentami, przeszłość i fakty z niej utkane oraz domysły pokazują jak w soczewce historię Polski, którą przecież tak dobrze znamy. Ale autor kontrapunktycznie uzupełnia tę historię o prywatną i tę polskiego antysemityzmu.

Niczym rasowy śledczy odsłania karty mrocznej historii, praktycznie palcem pokazując winowajców – antysemicką nagonkę, która niczym za dotknięciem magicznej różdżki przeistacza się w ponurą rzeczywistość. Plus jak to jest napisane! Ukłony dla autora.

 

szczygiel

„Nie ma”, Mariusz Szczygieł, wyd. Fundacja Instytut Reportażu (Dowody na Istnienie)

Reportaże, eseje, opowiadania i zwierzenia. Czyli niemal – autobiografia! Według Szczygła już sam wybór tematu mówi coś o reportażyście, nie da się tego przykryć żadnymi innymi faktami. Co mówi o Szczygle wybór tematu? Że miał nieprzepracowaną traumę? Możliwe.

Ale najciekawsze jest to, jak „Nie ma” traktuje pewne tematy u Szczygła od dawna  obecne – jak choćby prywatne związki autora, czy pewne skłonności samolubne, fakt samego pisania i jego mocy terapeutycznych, czy najważniejsze – związku prawdy z fikcją w książkach. Szczygieł po raz pierwszy od dawna w tej właśnie książce zadaje proste pytania o prawdę w literaturze. Już wcześniej się do tego przymierzał, czego dowodem była książka „Projekt:Prawda”.

Ale tu wybrzmiewa to z całą mocą, deklasując wszystkie wcześniejsze problemy jakie sceptyczni czytelnicy mogli mieć z książkami Szczygła. A o czym jest to książka? O nie ma – o tym momencie kiedy zostajemy sami, bez ukochanych osób, i odczuwamy dojmującą pustkę. Pięknie autor pisze o śmierci. Ludzi zmarłych nie ma i nie możemy nic na to poradzić. Oprócz tego jednak „Nie ma” opowiada o ma – czyli o tym, co nam zostaje.

Najważniejsze jest zaś to, że jest to też książka o miłości i o tęsknocie. Być może jest to też najlepsza książka Mariusza Szczygła i bez wątpienia – jego wielki sukces, nakierowany na zwykłego, szarego, zjadacza liter, który między wierszami, między dobrego rodzaju literackim napięciem i autobiograficznymi tropami będzie, myślę, potrafił uszczknąć z tego coś dla siebie.

 

grzebalkowska

„Komeda”, Magdalena Grzebałkowska, wyd. Znak

Znacie to uczucie, gdy już prawie wyobraziliście sobie coś w sposób doskonały, a nagle wam to umyka? Otóż Grzebałkowska sprawia, że nie umyka. Autorka zebrała gigantyczny „materiał dowodowy” o jednym z najwybitniejszych polskich jazzmanów, legendzie swojego czasu, co imponuje, ale też imponuje sposób podania tego materiału.

Pochodząca ze znakomitej szkoły reportażu „Gazety Wyborczej” i „Dużego Formatu” Grzebałkowska potrafi pokazywać zdaniami całe obrazy, ogląda je przed podaniem nam z każdej strony, unikając tworzenia fikcji, patosu i całej masy zbędnych metafor. Unika kiczu, unika opowiadania o niczym, unika zbędnego przyczynkarstwa, sprawiając, ze historia o Komedzie dzieje się tu i teraz, w naszym mieszkaniu, w dodatku tak świetnie opowiedziana, jakbyśmy sami mieli za chwilę wziąć udział w pochodzie pierwszomajowym w 1956 roku, albo uczestniczyć w ostatnich chwilach życia Komedy.

I tu myśl prywatna o bohaterze tej historii – widocznie tak mamy w żyłach, my Polacy, że tracimy co najważniejszych naszych artystów przedwcześnie. Ile jeszcze ścieżek, takich jak ta do „Dziecka Rosemary” mógłby napisać Komeda, ile zespołów mógłby poprowadzić, ilu jazzmanów rozkwitłoby jeszcze pod jego batutą, tak, jak rozkwitł np. Tomasz Stańko, gdyby nie głupi wypadek – śmierć najbanalniejsza z możliwych. Lektura obowiązkowa dla każdego dobrego Polaka.

 

devi

„Zielone sari”, Ananda Devi, wyd. W Podwórku

Ta książka to przykre i bolesne świadectwo odmawiania kobiecie podmiotowości w patriarchalnym świecie. I rozprawa z różnymi rodzajami przemocy.

Dom w samym środku Mauritiusa. Na łożu śmierci – stary doktor. Wokół niego trzy kobiety: córka wnuczka i duch żony. Śmierć tej ostatniej przed laty stała się skrzętnie przemilczaną tajemnicą. Doktor przez całe życie był rodzinnym tyranem. Teraz, umierając, próbuje podjąć i odtworzyć dawną uprzywilejowaną rolę patriarchalnego despoty. Dzieje się to poprzez wspomnienia, rozmowy i monologi starca.

W tej mrocznej historii chodzi o szowinizm, o pokazanie konstrukcji mentalnej pogardy i o to, że tuż przed śmiercią starego role nagle się odwracają. Nagle z tyrana doktor przemienia się w pionka w grze zemsty. To też symboliczna opowieść o tym, jak tracimy swoje ego w momencie pożegnania się z życiem. Devi daje nam opcję: nienawidzimy tego chorobliwego tyrana, ale jednocześnie zastanawiamy się nad tym, czy mamy prawo nienawidzić człowieka, czy tylko jego ukształtowanej w różnych okolicznościach natury.

Bohater książki jest rozpaczliwie starającym się trzymać swoich twardych zasad egocentrykiem, który nie okazuje empatii nikomu, nawet tym, z którymi przyszło mu się zetknąć na swojej zawodowej drodze. Nie okazał jej też zmarłej żonie. Przez swój upór nie jest w stanie zmierzyć się, skonfrontować z gotowymi do tego córką i wnuczką. W traumie tej rodziny nie ma miejsca na ucieczkę od tych zasad, ustanowionych przez doktora. Nie ma też możliwości porozumienia, bo zasady te ustanawiały twarde rządy męskiej ręki.

Każdego dnia kobiety, coraz bardziej oddalające się od tyrana, doznawały jego dominacji i przemocy z jego strony. „Zielone sari” to też rozprawa z samą patriarchalną kulturą Mauritiusa, które tło społeczne i historyczne wyspy nakłada się na tę oryginalną narrację i daje nam do zrozumienia, że w korzeniach chodzi też o symbole, które występują w książce.

Autorka pisze o tym, jak iluzyjne może być człowieczeństwo, gdy w sytuacji totalnego poniżenia można uznać się za kogoś lepszego od innych. I jak opresyjna jest kultura, która pozwala na to, by krzywdzić tych, których powinniśmy kochać najbardziej. Absolutne mistrzostwo pod względem języka i lektura obowiązkowa, niemal jak książki Coetzeego.

„Zielone sari” jest pierwszą powieścią Anandy Devi, przełożoną na polski. Zalicza się ją do najważniejszych utworów maurytyjskiej pisarki. W 2010 r. dostałą nagrodę Prix Louis-Guilloux. Polecam!

 

 

 

 

 

 

Sztuka nie znosi letniości

wojciech_malajkat_fot_bartek_warzecha

Wojciech Malajkat

Postanowiłam zaprosić do współpracy Bartłomieja Malika, studenta wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej im. Zelwerowicza. Przeprowadził dla nas wywiad z Wojciechem Malajkatem o Jerzym Grzegorzewskim, trudach w pracy aktora na scenie i o własnych, czyli Wojciecha Malajkata, ograniczeniach w zawodzie. Oto ten wywiad: 

Bartłomiej Malik: Czym według pana artystycznych doświadczeń jest talent aktora w sztuce teatralnej?

Wojciech Malajkat: Jest umiejętnością korzystania z wyobraźni. Co do tego nie mam wątpliwości. Jeśli ktoś mnie pyta co to jest talent, czego pewnie nazwać się i tak do końca nie da, to zawsze wskazuję na wyobraźnię. Gdy ktoś ją ma, najlepiej nieograniczoną to pewnie jest człowiekiem utalentowanym. Oczywiście potem trzeba nad wyobraźnią pracować, poszerzać wyobraźnię,  aby móc z niej korzystać świadomie i mieć w związku z tym pewien warsztat. Warsztat Witkacy pewnie miał, tak jak miał go Wyspiański czy Matejko. Umieli postawić pewną kreskę i nadać jej właściwy kolor, to właśnie nazywamy warsztatem.
Ale żeby stworzyć niezwykłą serię portretów, tak jak je stworzył Witkacy,  to już do tego trzeba talentu. Trzeba mieć też wyobraźnie. Talent  w sztuce to wyobraźnia. Nie tylko w sztuce. Utalentowany prawnik, to taki który ma wyobraźnię.  Wyobraźnię mają także utalentowany kierowca, stolarz czy magazynier. Ludzie z wyobraźnią są ludźmi utalentowanymi, niezależnie od tego jaki zawód wykonują.

W „Skrywanej obecności”, dokumencie o Jerzym Grzegorzewskim mówił pan, że jego twórczość wypływa z wewnętrznego rozdarcia, z mądrej niewiedzy i poszukiwania prawdy. W jaki sposób odróżnić mądrą niewiedzę, wynikającą z pokory, od niekompetencji i nieświadomości?

Wojciech Malajkat: Najłatwiej to sprawdzić w momencie, gdy ktoś się przyznaje, że czegoś nie wie. Jeżeli się upiera, albo coś udaje, to natychmiast widać, że nie wie, a głupio mu się do tego przyznać. W Grzegorzewskim była wielka przestrzeń na sprzeczność i to było wspaniałe. Sztuka moim zdaniem powstaje ze sprzeczności, z pewnego konfliktu, albo wewnętrznego, albo zewnętrznego, konfliktu płci, albo miłości, nienawiści. W nim była zapisana potrzeba sprzeczności.  Na coś się decydował i natychmiast to sam negował. Stąd ta wspaniała, cudowna, dziecięca, mądra niewiedza. To było najbardziej podniecające dla mnie we współpracy z Jerzym, że oglądał każdy swój wybór artystyczny ze wszystkich stron, a przynajmniej z wielu i to było zachwycające. Człowieka niewiedzącego łatwo rozpoznać i wtedy trzeba tę niewiedzę docenić i wspólnie z niej korzystać. W przeciwnym razie trafia się na głupi upór.

Ciężko przyznać się do niewiedzy, zwykle zarzucamy sobie, że czegoś nie wiemy.

Moim zdaniem sztuka powstaje tylko z niewiedzy. Pewność, że teraz trzeba użyć takiego koloru, czy takiej emocji jest pewnością idioty. Jest pewnością człowieka, który działa odruchowo, instynktownie. Na odruch i instynkt w sztuce miejsca nie ma. Można sobie na to pozwolić na początku jakiegoś procesu, ale potem wszystkie elementy trzeba wnikliwie przeanalizować, zbadać i wybrać rozwiązanie, które być może w pierwszym odruchu w ogóle nam nie przychodziło do głowy.

Skąd sprzeczności u Jerzego Grzegorzewskiego? Czy były one wrodzone, zapisane w naturze?

Tego do końca nie powiem, być może nigdy się już tego nie dowiemy. Raczej bym się cieszył, że taki był, niż dociekał, skąd jego nadwrażliwość. Niewiedzę, takie jego rozedrganie wewnętrzne nazywałbym właśnie nadwrażliwością, która u artysty jest nie do przecenienia. To była wrażliwość sejsmografu, najczulszego jaki istnieje na ziemi, a myślę, że jeszcze czulsza. Wrażliwa na cień, który przemykał w oku. On pracował fenomenalnie. Obserwował swoich aktorów. Był natychmiast gotów zareagować, gdy drgnął nam muskuł, albo odwróciliśmy głowę, w którąś stronę, zupełnie nie wiedząc dlaczego. On to natychmiast  wychwytywał  i  albo z tego korzystał albo nie. Cieszę się, że taki był. Jeśli życie go tego nauczyło, albo dostał to w genach to świetnie. Mimo, że jak wiemy nie miał ani łatwego dzieciństwa, ani też życia.

Los pisze zadziwiające scenariusze. Jeśli uzna pan, że można już o tym mówić, wszak minęło już trzynaście lat od śmierci Jerzego Grzegorzewskiego, chciałbym spytać na ile choroba alkoholowa Grzegorzewskiego wpłynęła na Jego twórczość?

Pewne jest to, że choroba, która zabrała go zbyt wcześnie, wyniszczała go bardzo. Myśmy widzieli, że to jest coś, co go trawi i niszczy. Nigdy nie ośmieliłbym się powiedzieć, że dzięki temu, że nadużywał alkoholu był tak wrażliwy i widział coś, czego człowiek trzeźwy nie byłby w stanie zobaczyć. Był wielkim artystą zanim choroba go dopadła, więc tego w ogóle bym ze sobą nie wiązał. A do tego, że go nie ma, że umarł tak wcześnie, alkohol na pewno się przyczynił.

imgres

Jerzy Grzegorzewski podczas pracy

Mówił pan o niezwykłej wrażliwości i kruchości Jerzego Grzegorzewskiego. Czy mogło być tak, że nie umiał sobie z nią poradzić i szukał ujścia w alkoholu?

Sposobów, żeby radzić sobie w życiu z tym czym nas obarcza, z dzieciństwem, z tym z czym przychodzimy na świat, jest wiele. Znamy też przypadki podobne do tego, o którym teraz mówimy, że ktoś szuka pomocy w sposób, że się tak wyrażę: mechaniczny. Nie chciałbym, żeby nasza rozmowa sprowadziła się do tego. Na pewno ja nie mam prawa go oceniać.

Teraz, ze względu na upływ lat, możemy przyjrzeć się z dystansu okolicznościom śmierci Jerzego Grzegorzewskiego…

Cóż tu więcej powiedzieć. Miał wielki problem. To go niszczyło i w końcu go zniszczyło. Ale niszczyło go również to, że nie chciano zaakceptować jego wizji Teatru Narodowego jako Domu Wyspiańskiego i w ogóle, jako domu jego autorskiej sztuki. Oczekiwano od niego wyrobnictwa w Teatrze Narodowym, pewnej służebności. I świetnie, Teatr Narodowy taki powinien być, powinien spełniać swoje zadanie, powinien pokazywać sztukę we wszystkich jej wymiarach. Żeby każdy, kto przyjedzie do Teatru Narodowego mógł zobaczyć teatr francuski, amerykański, polski, romantyczny, pozytywistyczny, wszystko jedno jaki. Grzegorzewski owszem, robił to, ale równocześnie chciał sam powiedzieć bardzo wiele  jako artysta w Teatrze Narodowym. Tego mu odmawiano. Była nagonka na to, co robił w Teatrze Narodowym. Nie sądzę, żeby tylko choroba go zniszczyła. Zniszczyli go też ludzie, którzy postanowili wiedzieć lepiej jak się prowadzi Teatr Narodowy i do czego on jest.  Nie chcieli, żeby to był Dom Sztuki, tylko żeby to był dom, gdzie się odbywa jakiś przegląd sztuki. Do dzisiaj nie zgadzam się z taką propozycją.

Ostatnią premierą Jerzego Grzegorzewskiego był On. Drugi powrót Odysa. W momencie śmierci Grzegorzewski miał już umówione próby do Czarodziejskiej Góry. Spektakl na podstawie powieści Thomasa Manna zrealizował pan po latach w Teatrze Syrena. Znajdują się tam liczne odniesienia do Grzegorzewskiego.

W spektaklu pojawił się fortepian oraz uwielbiane przez Grzegorzewskiego seryjne dekoracje, coś, co nadaje scenie rytm. Pojawiła się także połowa kurtyny, którą dzięki Grzegorzewskiemu ja również pokochałem. Rodzaj migawki od aparatu, nie kurtyna, która spada i zasłania całe okno sceny, lecz pół-kurtyny zasłaniające tylko część sceny. To daje wrażenie, że nic się nie kończy, świat jaki za tą kurtyną jest, nadal trwa. Pół-kurtyna obiecuje, że za chwilę do tego wrócimy. Cały czas staram się pamiętać to, czego się
od Jerzego nauczyłem, nie tylko przy tym przedstawieniu. Oczywistość, banał, jednoznaczność w sztuce to śmierć. Każda odruchowa decyzja jest decyzją ogółu, wszyscy odruchowo byśmy prawdopodobnie coś tak skonstruowali. Trzeba natychmiast uświadamiać sobie, fakt, że zachodzi odruch, który wywołuje w nas pewne emocje i inspiruje do pewnego działania. Trzeba natychmiast się temu odruchowi przyjrzeć, żeby go nie powielać. Moim zdaniem odruch to plagiat. Jak mówił Van Gogh – w sztuce jest albo plagiat albo rewolucja.
To co nam przychodzi do głowy odruchowo, na pewno jest plagiatem, kalką, rozwiązaniem podejrzanym gdzieś wcześniej. Tego trzeba się bardzo starannie wystrzegać.

W wywiadzie rzece O gust walczę. Rozmowy o życiu i teatrze, który przeprowadziła z panem Katarzyna Suchcicka zwrócił moją uwagę pewien fragment, w którym stwierdza pan: „Zasadniczo nie chcę robić przedstawień o śmietniku emocjonalnym, jaki jest w człowieku, wolę robić sztuki, o tym, że warto żyć.” Czy taki pozytywny wybór w konfrontacji ze światem to także dziedzictwo Jerzego Grzegorzewskiego w pana twórczości?

On kochał żyć. To co spadło na Niego, było nieszczęściem osobistym. Był piekielnie inteligentnym człowiekiem. Bardzo wrażliwym. Zdawał sobie sprawę, że ta choroba go niszczy i walczył tak, jak potrafił. Tak, dość rozpaczliwie chwytał się życia. Co do przytoczonego przez Pana cytatu to trzeba sprawiedliwie przyznać, że potrzebna jest różna sztuka, i taka i taka. Sam bardzo chętnie zagrałbym u Jana Klaty. Muszę, także dodać, że to uogólnienie, że świat teatru Grzegorzewskiego polegał na podglądaniu rozpadu i przyglądaniu się mu, nie jest prawomocne. Grzegorzewski zrobił fenomenalne przedstawienie „Usta milczą, dusza śpiewa”, w którym jego poczucie humoru i pogoda jaką miał, dały o sobie znać w sposób nadzwyczajny. Ani przez chwilę nie widziałem tam rozpaczy czy degrengolady. Był tam owszem pokazany idiotyzm świata, pewna groteska, któremu przygląda się operetka. To wszystko zostało przekrzywione, wybałuszone i on to niezwykle dowcipnie komentował. Jeśli bym teraz się zastanawiał z panem, to powiem, że w jego sztukach  na pewno była nadzieja.

Uderzyło mnie kiedyś stwierdzenie Gustawa Holoubka, że Witkacy nie miał talentu, był jedynie inteligentnym człowiekiem, który parodiował świat. Parodia nie wymaga talentu, a jedynie inteligencji. Na ile poznał Pan Witkacego podczas pracy z Grzegorzewskim?

Wiemy, że Witkacyzm polega na pewnym przekrzywieniu, przeglądaniu się w zwierciadle, które nie jest kryształowe i precyzyjne. Pewnie trzeba by się skontaktować z mistrzem Holoubkiem i dowiedzieć się co dla niego oznaczał talent.  Do  skonstruowania takiego  zwierciadła jakie stworzył Witkacy pewien talent jest potrzebny. Nie każdy potrafi parodiować rzeczywistość tak udolnie jak to robił Witkacy, więc do końca bym się nie zgodził z Gustawem Holoubkiem,  że Witkacy to było beztalencie.

Powiedział pan przed chwilą, że „Grzegorzewski kochał życie”. Czy w sposobie bycia Grzegorzewskiego na co dzień, również był element autokreacji? W roli Pigwy w „Śnie nocy letniej” niezwykle umiejętnie sportretował pan cechy fizyczne Jerzego Grzegorzewskiego, przemienił się w niego.

Na podstawie doświadczenia jakie mam,  gdyż  od 30 lat przebywam w świecie sztuki i przyglądam się ludziom, wydaje mi się, że jest to nieuniknione. Każdy artysta ma w sobie ten pierwiastek i potrzebę kreowania, nie tylko rzeczywistości tej sztuki, której jest przedstawicielem, ale i kreowania samego siebie. Nie bez kozery, gdy myślimy „malarz” – to wyobrażamy sobie człowieka w szaliku, w kapeluszu z szerokim rondem i wysokich butach. To oczywiście stereotyp, kalka. Wynikająca z tego, że każdy z nas artystów, poruszając się w świecie kreacji, popada również w autokreację. To jest odruchowe, ale i nie do uniknięcia.  Każdego artystę mógłbym podejrzeć i o kogo by pan nie spytał, jestem w stanie co najmniej jeden taki element autokreacji wypatrzeć.

Jaki element dostrzegł Pan w Jerzym Grzegorzewskim?

W Grzegorzewskim autokreacją była moim zdaniem pewna fizyczność. Przygarbienie odruchowe, czyli wykreowane poprawianie okularów. Stwarzanie siebie jako człowieka nie do końca pewnego wyborów. Taki był jako artysta. Trochę schowany za okularami. Choćby w tym zakresie to była autokreacja.  Umarł młodo, 65 lat – cóż to za wiek dla artysty, a z tego co pamiętam zawsze był przygarbionym człowiekiem, zwartym w sobie jak ślimak. Od fizyczności począwszy, a potem przez cień uśmiechu, który błąkał mu się zawsze na twarzy i lekką kpinę w oku. To wszystko było wykreowane. Nie mówię, że wymyślone, czyli sztuczne, ale wykreowane. Ta forma była maksymalnie wypełniona jego indywidualnością, osobowością, dlatego wspaniałym  uczuciem było go tak podglądać.

Aktorzy współpracujący z Grzegorzewskim podkreślają, że nie można mówić, że traktował aktora jak przedmiot na scenie. Jednak niewątpliwie Grzegorzewski zaczynał pracę od konstrukcji scenografii, tworzenia plastycznej wizji. Jak Pan próbował się odnaleźć na scenie zawalonej różnymi  dziwnymi urządzeniami?

Przede wszystkim to nieprawda, że od tego zaczynał. To nie było tak, że znosił wszystko na scenę, a potem my aktorzy musieliśmy się w tym labiryncie odnaleźć, co więcej, robić wszystko aby nas dostrzeżono, pokazać, że mimo wszystko część tych przedmiotów jest żywa, to znaczy my aktorzy. To nieprawda. Do gorącego czasu przed premierą nie było całych fragmentów scenografii. To było tak wspaniałe i podniecające w pracy z Grzegorzewskim, dowcipne wielokrotnie.

Pamięta pan jakieś szczególne momenty z tej współpracy?

Pamiętam taką sytuację ze Snu nocy letniej. W scenie finałowej rzemieślnicy pokazują swoją wizję teatru.  Ta scena powstała na parę godzin przed premierą, ponieważ wspaniała niewiedza Grzegorzewskiego dotrwała aż do tego momentu. On w pewnym momencie zniknął za kulisami, słyszeliśmy jak tam buszuje i wywraca sprzęty. Zobaczyliśmy go, jak  wraca z leżakiem plażowym, który długo oglądał i poruszał nim. Wszystko jest kwestią wyobraźni. Okazało się, że rzemieślnicy grają całą scenę finałową z leżakami, które raz są ścianą, raz zamieniają się w paszczę lwa. To powstało w dniu premiery, zresztą ku naszej uciesze, bo dało scenie niezwykłą świeżość. Rozedrganie niepewności tego, co z tym zrobimy i co z tego wyniknie. Wielokrotnie mówiłem, że jeśli ktoś twierdzi, że Grzegorzewski używał aktorów jako przedmiotów jest to oszczerstwem, kłamstwem i haniebnym pomówieniem. To jest nieprawda, kompletnie niepotrzebna nikomu próba, aby zaszufladkować twórczość Jerzego Grzegorzewskiego. Jeśli Pan pyta o moje doświadczenia aktorskie to były one takie, że do ostatniej chwili nie było wiadomo, co chodzi reżyserowi po głowie. To nie była niewiedza indolenta, niewiedza człowieka, który nie ma talentu i dlatego nie wie. To była niewiedza cudownego artysty, który nie chciał wiedzieć, a jeśli już chciał, to chciał się dowiedzieć, tylko nie sam, ale ze swoimi aktorami, którzy jego dekoracje i świat emocji wypełniali. I oczywiście ze swoją dekoracją, to ustawianą, to poprzesuwaną tysiące razy.

Co w panu zostało z Grzegorzewskiego?

Uwielbiałem ten jego sposób szukania napięć i sam też nie umiem inaczej pracować. Aktorskie przebywanie na scenie to ponoszenie kosztów, to ciągła niepewność, ale również napięcie. Bez napięcia i bez kosztów mamy do czynienia z relacjonowaniem. Relacje mamy w gazetach, w wiadomościach oraz programach informacyjnych. Sztuka nie znosi letniości, nie znosi obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość. Sztuka musi być subiektywna, musi być  zaangażowana, wszystko musi wynikać z napięcia, a napięcie ze sprzeczności – i tak koło nam się zamyka.

 

634823529694742324_468x264_21

Wojciech Malajkat na scenie

Fletowisko Bjork

Screen-Shot-2017-10-31-at-14.45.51-588x440

 

Na dziewiąty album Bjork, „Utopię”, trudno patrzeć inaczej niż jako na głos pełen nadziei, wyłaniający się z mroków poprzedniej płyty, „Vulnicury”.

Tam mieliśmy do czynienia z emocjonalnym mrokiem, podbitym chóralną polifonią – tu z jasnością, którą wieszczą aranżacje (rozpisane na 12-osobowy zespół flecistek islandzkich). Przez lata Bjork przyzwyczaiła nas do wysokiego poziomu swoich płyt, z których tylko nieliczne bym sobie darowała. Tak samo jest z „Utopią”. Bjork bawi się na niej nietypowymi harmoniami i rytmiką, w czym wydatnie pomaga jej elektroniczny producent i DJ Arca (Wenezuelczyk Alejandro Ghersi), a także wręcz uwielbia eksperymenty z instrumentarium i aranżami.

Zresztą dowód na to, że kocha eksperymentowanie dała choćby na „Volcie” czy gorzej od „Utopii” przyjętej „Vulnicurze”. Tym, co mnie przy niej trzyma, jako wiernej fance, jest umiętność burzenia zastanego ładu, głównie we własnej muzyce. I czy robi to za pomocą współczesnych chórów, czy harf, czy cięższych muzykologicznie argumentów, w postaci niemal cytatów ze Steve’a Reicha lub Oliviera Messiaena, jak w tym wypadku, zawsze wychodzi na tym dobrze. Nie inaczej jest tym razem. „Arisen My Senses”, rozpoczynające płytę, to dobry przykład na to, dlaczego Bjork wciąż jest jedną z najbardziej znacznych postaci w świecie popkultury. Utwór rozpoczyna się śliczną melodią,w  tle której słyszymy harfy i fortepian, ale już po chwili wokal zaczyna się multiplikować, a rytmy i wątki nakładać na siebie. To zresztą jedna z jej najlepszych piosenek od lat.

Nawet najbardziej popowy utwór na płycie, „Courtship”, tak jak fletowe „Tabula Rasa” czy tytułowa „Utopia”, pokazują, że Bjork zawsze nagrywa płyty tematyczne, zawsze chce mieć coś więcej do powiedzenia niż reszta mniej zaangażowanych artystów. I tak „Tabula Rasa” mówi nam o – jak to ujęła w wywiadzie – jej najskrytszych pragnieniach: umiejętności wymazania grzechów naszych przodków, głównie – mężczyzn. “Tabula rasa for my children/ Not repeating the fuck-ups of the fathers/ For us women to rise and not just take it lying down.”, śpiewa, mając na myśli także swoją prywatną wojnę z facetami. Tytułowa „Utopia”, na której słuchamy odgłosów egzotycznych ptaków z Wenezueli, to świat, w którym jest miejsce tylko dla kobiet i ich dzieci, dalekie od dręczących nas problemów. Wątki swoistego matriarchatu, scalające kilka tekstów z tej płyty, to znak rozpoznawczy obecnej Bjork i tego albumu. Ale jest on przede wszystkim wielką pieśnią o odradzającej się na nowo miłości i jej sile.

W „Blissing Me” Bjork śpiewa właśnie o niej – o esemesowaniu do siebie, o dotykaniu się, o pożądaniu. O tym, że ma ją mieć właśnie ten mężczyzna, którego kocha i który jeszcze jeden raz będzie chciał ją mieć. Z drugiej strony, „Utopia” to album o miłości lekkiej, bez konsekwencji i konwenansów. Nie bez przyczyny Bjork zasugerowała, że ta płyta to jej „Tinder-album”, jak słyszymy na „Courtship”. Bjork kocha na tym albumie tak bardzo, że miłość staje się osią (jej) wszechświata. Nie przeszkadza jej nawet stechnologizowanie miłości. Niektórzy będą wybrzydzali na to, ale mam wrażenie, że tylko dzięki temu wzmożeniu emocjonalnemu powstały utwory takie, jak przepiękna, futurystyczna ballada „The Gate”, w którym tytułowe wrota otwierają się na nowe uczucie, zamykając mrok dawnych.

Bjork nie byłaby też sobą, gdyby nie wróciła też do miłości do natury i nieuchronności przemijania – to też jeden z symboli obecnych w jej muzyce. Tu głównie w utworze „Body Memory”, gdzie śpiewa: „I’ve been wrestling with my fate/ Do I accept thing ending? Will I accept my death?” Blisko 10 minutowa piosenka przynosi dosłownie wszystko – biblijne wezwania chórów, futuryzm, odrealniony głos Bjork, awangardowe eksperymenty z aranżacjami.

Wady? Długość albumu – 72 minuty – i powtarzalność niektórych motywów, jak np. tych bjorko-centrycznych wątków o ojcu własnego dziecka („Sue Me”) czy tych, które, jak we „Future Forever” zaburzają idealną lirykę, z jakiej znamy artystkę z innych płyt. Końcówka albumu jest już nużąca, ale w sumie jak na taką ilość materiału Bjork i tak dzięki tej płycie pozostaje dla mnie uosobieniem artyzmu we współczesnej popkulturze.

„Utopia”, Bjork, Mystic Production, 7/10

Tylko miłość

z22469989IH,Proba--Mojej-walki-

Esej o życiu czy opowieść o przemijaniu? Pieśń o miłości czy ujęcie psychologii bohatera? Jak podejść do sześciotomowej powieści „Moja walka” Karla Ove Knausgarda, gdy się ją przenosi na teatralne deski? Z tym pytaniem zmierzył się reżyser spektaklu na podstawie gigantycznej powieści pisarza, Michał Borczuch. Odpowiedź jest niejednoznaczna, ale też nie o jednoznaczność tu chodzi, ani nawet nie o wierność książce. Chodzi o prawdę o człowieku, a z tym najlepszy reżyser może mieć problemy.

Zacznijmy od tego, że agent Knausgarda pozwolił Borczuchowi na dodanie zaledwie 7 proc. tekstu ponad to, co jest w książce. To sprawia, że wyzwanie, jakie stanęło przed reżyserem było karkołomne. Jak w czterech godzinach spektaklu streścić sześć tomów, wychodząc zarazem jednak poza niebanalną treść, za sprawą środków teatralnych?  I jak uchwycić atmosferę książki – pisarską walkę o byt? W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Borczuch mówił: –

– Chcemy złapać ją przez mnożenie poziomów opowieści, startując od sytuacji psychologicznych, poprzez sytuacje abstrakcyjne, włączając w to materiały dokumentalne, sfabrykowane dokumenty, osobiste perspektywy aktorów, czyli tworząc jakiegoś rodzaju palimpsest. Pracujemy, nadpisując swoją opowieść na tej książce – oczywiście nie robimy tego dosłownie[…], ale teatr jako sztuka daje narzędzia, żeby dołożyć kolejne znaczenia i odskoczyć od literatury.

Reżyser zdecydował, że wybierze fragmenty z każdego tomu, pokaże życie rodziny, na scenie pojawi się Karl, jego brat, matka, żona, jej rodzice, jego przyjaciel. I tak się stało. Spektakl, który odbywał się w hali ATM Studio w Warszawie, od samego początku był skonstruowany na różnych planach materialnych i czasowych. Mamy kilku bohaterów, którzy stykają się ze sobą w mniej lub bardziej klaustrofobicznych przestrzeniach. Jest Knausgard, który po informacji o śmierci ojca, zaczyna pisać swoją biografię, jest jego brat, z którym sprząta po śmierci ojca dom, matka i kobieta, którą pokochał. Dzięki zabiegowi reżyserskiemu, jesteśmy w kilku momentach tej historii jednocześnie, towarzysząc pisarzowi naraz w różnych chwilach życia.

Jaki wybór podejmuje główny bohater? Wybiera skok w przeszłość, której chwyta się kurczowo, jak tonący brzytwy. Wciąż od nowa zastanawia się nad tokiem wydarzeń z przeszłości oraz nad jego relacjami z ludźmi. Rozmyśla o tym z perspektywy metafizycznej, jak i czysto biologicznej, związanymi z przemijaniem. Odejście ojca naznaczyło cieniem życie Knausgarda (granego przez Jana Dravnela i Sebastiana Pawlaka), ale też zmusiło go do rozważań egzystencjalnych: kim jestem, co robię/zrobiłem, dokąd zmierzam?

Pomagają mu w tym żona Linda (Agnieszka Podsiadlik/Justyna Wasilewska) i przyjaciel (Paweł Smagała). Powoli wsiąkamy w atmosferę spektaklu, którą tak świetnie udało się stworzyć Borczuchowi, a tak kapitalnie podtrzymać doskonałemu aktorsko zespołowi TR Warszawa. Tylko pozornie jest to atmosfera-nic, a postacie bez sensu potykają się o siebie. W rzeczywistości każda z tych osób rozpaczliwie stara się przedrzeć przez barierę inności tego drugiego i samych siebie w sytuacji, gdy pozostaje nam już tylko martwy świat, nieożywiona materia. Tęsknimy za prawdziwym życiem, ale co to dla nas oznacza? Fikcję – zdaje się mówić reżyser. Dobrze to pokazuje pierwsza scena, gdy chłopcy sprzątają dom po ojcu, a wszystko, z czym mają do czynienia to kupa śmierdzących szmat i brudne meble. Albo ta, w której Knausgard zakochuje się w Lindzie. Jak w tej sytuacji obudzić w sobie litość lub zrozumienie i dotrzeć do innego człowieka? Reżyser pokazuje, że czasem to niemożliwe.

 

01-BIEL4399

@TR Warszawa

Jedyne, co jest możliwe, to określenie siebie na nowo. I to się bohaterowi udaje. Wiele miejsca Borczuch pozostawia tekstowi – odczytywanym dialogom, mówionym kwestiom, a nawet próbom obśmiania ich dłużyzn (komentowanych przez samych aktorów). Pozornie słowo jest ważne, i dla głównego bohatera i dla innych postaci, bo jest przecież pisarzem. Bez słowa nie istnieją, tak się przynajmniej wydaje, sądząc choćby z dialogu między Marią Maj a Lechem Łotockim, przeciwstawionym scenie z nagraniem roześmianych, rozgadanych dzieci. Potem jednak widzimy, że słowo jest też materią nieożywioną, nie sposób nim wypełnić pustki po stracie drugiej osoby albo zapełnić uczuć, jakie mamy w stosunku do ukochanej.

Postacie mówią często w pustkę, ich słowa giną lub są jak sparodiowane. Gdzie więc szukać sensu? Tylko miłość jest w stanie nas uratować w obliczu bezradności, chaosu świata czy bezprzyczynowości. Tylko miłość wypełnia nasze życie czymś. Słowa przegrywają z miłością, nie potrafią jej sprostać, ani wyrazić wystarczająco dobrze, by oddać pełnię uczucia (co obrazuje świetna scena z nagim Dravnelem i Justyną Wasilewską w drugiej części spektaklu). Taki też jest sens twórczości Knausgarda – oddać pełnię miłości do świata, do życia, do kobiety, do mężczyzny, do tych jedynych i wyjątkowych osób w naszym życiu, o których możemy powiedzieć, jak on (tu Dravnel): „i że wiem, że zawsze będę cię kochał”.

W tym wymiarze pierwszą część sztuki można uznać za znakomitą. Udane są także momenty, w których miłosne zauroczenie idzie w parze ze zwykłymi, nużącymi czynnościami, tak, żeby pokazać stopień komplikacji uczuć Knausgarda do Lindy. Szczególnie sceny, gdy na ekranie pokazywane są jednocześnie nagrania z warsztatów na temat twórczości Norwega, stają się głównym środkiem wyrazu. Wielowątkowość i chłód wypowiedzi postaci są podobne do charakteru artystycznej wypowiedzi pisarza i jego samego, co sprawia, że zaczynamy patrzeć na jego bohatera jak na kogoś wypranego z uczuć. Doskonale pasuje to do nagrań z warsztatów i tych z roześmianymi dziećmi, a także tych ujęć, które pokazują bohaterów na ekranie grających na bieżąco.

Kłopot mam z drugą częścią, która jest już bardziej rwanym monologiem Knausgarda z samym sobą i o sobie, a to nie było zamierzeniem pisarza. Przegadane dialogi bohatera z jego przyjacielem, zastanawianie się nad tym, czy wydanie książki będzie zgodne z prawem i własnymi intencjami, czy nie, nieskończone rozmowy telefoniczne – to wszystko nuży. Teatralna bańka pryska w zderzeniu z „trzeźwymi” monologami i dłużyznami w sztuce, napięcie siada, klimat nieco rozmywa się. Ale za to ukłony za dobór scen należą się Borczuchowi i dramaturgowi Tomaszowi Śpiewakowi, bo jest tych fragmentów masa: śmierć ojca, kolejne dziewczyny, muzyka, praca, pisanie, pojawienie się dzieci, dialogi z przyjacielem, matką. Wszystkie je łączy wspomniana wyżej pasja życia pisarza: chęć pokazania całej miłości do świata oraz prawdy o sobie i o innych, jaką ta miłość narzuca. I to się reżyserowi udało.

W połączeniu z piękną muzyką (zbliżony prawie do teledysku motyw z „Wicked Games” Chrisa Isaaka powala!) i grą świateł, spektakl przekazuje prawdę o człowieku naszych czasów: miotającym się w poszukiwaniu autentyczności i łaknącym akceptacji samotniku, który jest skazany i sam się skazuje na ciągłą walkę o siebie samego. To, co dominuje przez ponad dwie godziny trwania spektaklu gaśnie w momencie, gdy na scenę wchodzi Knausgard-pisarz (druga część spektaklu). Jego pisarskie rozterki nie dźwigają sztuki wyżej, a szkoda, bo przykryło to nieco świetne wrażenie z pierwszej części. Dziękuję Borczuchowi za pokazanie Knausgarda-człowieka, żałuję, że nie udało się tak dobrze pokazać Knausgarda-pisarza.

Zachęcam do obejrzenia tego znakomitego spektaklu, bo Michał Borczuch znów pokazał w nim klasę jednego z najlepszych polskich reżyserów.

 

635402612224191734

Karl Ove Knausgard

„Moja walka”, reż. Michał Borczuch na podstawie „Min Kamp” Karla Ove Knausgarda, premiera 6 października TR Warszawa/ATM Studio. 8/10

 

zdjęcie na początku strony (spektakl): @Jacek Marczewski/Agencja Gazeta

Kulturalne salto mortale

Maslowska _ Jak przejac kontrole nad swiatem_m

@Wydawnictwo Literackie

Trochę późno zabrałam się za nową Masłowską, ale to wszystko przez początek wakacji: okazuje się, że wypoczynek strasznie męczy. Jak się okazuje, w tym czasie Masłowska wykonała salto mortale w głębinach naszej popkultury, i to w iście mistrzowskim stylu.

Książka zatytułowana „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to już drugi Masłowskiej tom, w całości złożony z felietonów, jakie autorka pisała od kilku lat dla strony dwutygodnik.com. Dla nas bada rewiry świata porzuconego na marginesach popkultury. Ze skrawków i wycinków kultury niskiej, śmieciowej albo wręcz zapomnianej buduje jej całkiem zręczny pomnik, nie zapominając o sobie – narratorze tego śmietnika. Udaje jej się ukuć spójną historię o własnych uprzedzeniach i widzeniu tego świata, bez tracenia (ani na minutę) wrodzonego poczucia humoru i co cenniejsze – poczucia obciachu. Taplając się w tym śmietnikowisku kultury zawsze zauważa coś, czego być może postronny obserwator by nie zauważył (lub coś, co ktoś przepatrzył).

z21771026Q,Zabrano-mi-ojczyzne--Przechwycono-jej-symbole--fla

Dorota Masłowska

Obiera sobie za cel pozornie łatwe, zastygłe już w czasie i na małym ekranie legendy, miejsca, ludzi: serial „W labiryncie”, „Big Brothera”, Magdę Gessler, program „Azja Express”, discopolo, zespół Bajm, film „Szamanka”, serial „Dynastia”… Ale przede wszystkim podsłuchuje: ludzi, zdarzenia, ruch uliczny, strzępy rozmów w autobusach, dając nam celną obserwację nas samych, biednych, upozorowanych na uładzonych, „ą-ę” konsumentów tego ścieku popkultury. A słuch Masłowska-pisarka i wokalistka ma świetny. Doskonałe obserwacje natury psychologicznej wykwitają tu jak kwiat szkarłatny na bagnie, opisywanym przez nią z lubością. Czyta się to leciutko, z podziwem dla umiejętności językowych Masłowskiej, która przy całej tej lekkości nie rezygnuje z brawury intelektualnej. Zaskakuje przy tym śmiesznymi metaforami, co nie znaczy, że my wyłącznie rechoczemy: to czasem śmiech przez łzy. I żeby nie było, że Masłowska obwieszcza śmierć popkultury – wręcz przeciwnie, to, że się dobrze bawi, pisząc o niej, świadczy o tym, że ma się ona świetnie.

Czego jeszcze nie wiemy, czego byśmy się  nie mogli dowiedzieć o ostatnich trzydziestu latach życia w Polsce od Masłowskiej? Pisarka jest dzieckiem lat 90. i je głównie opisuje, ale także z zapierającą dech w piersiach dezynwolturą tłumaczy fenomeny popkultury lat ostatnich, wkładając na nie zielony garnitur prezesa PSL-u, Pawlaka, czy wnioski społeczno-polityczne. Pokazuje, że myśmy się tak naprawdę na przełomie tysiącleci i dekad wcale nie zmienili. Że politycznie parliśmy do przodu, a jako społeczeństwo przebieraliśmy się w odświętne ciuchy, ale gdzieś tam w nas wciąż została ta przaśna kultura, której się trochę wstydzimy, a trochę za nią tęsknimy. Ona się z nami zrosła, jak huba z dębem, i nic się na to nie da poradzić.

 

27116_c

kadr z filmu „Szamanka” Andrzeja Żuławskiego

Aż żal, że w takiej książce zabrakło historii na miarę tej z debiutu, jakiegoś zdrowego romansu, który pozwalałby nam trochę przełamać śmietnik romantycznym salonem. Na przykład takiego, w którym pewna dziewczyna wie, że będzie tylko z mężczyzną, którego pokochała i miała go mieć. I że jeszcze będą mogli się znów zobaczyć. Nawet gdyby u Masłowskiej, jak to u niej, historia ta wybrzmiała kampowo albo egzystencjalnie, to i tak byłaby dobrym epilogiem dla tej książki. A dlaczego ta książka, czyli ten zbiór felietonów jest tak dobry? Bo Masłowska już wie, że nic jej nie ogranicza: ani język, ani estetyka, ani target, czyli czytelnik. Jest ona zjawiskiem osobnym, z czego zdaje sobie sprawę doskonale, dlatego zalecam Państwu serdecznie czytać ten tom i jeszcze raz czytać.

Ostatnia rodzina

ostatnia-rodzina-foto-hubert-komerski-1

 Andrzej Seweryn w roli Zdzisława Beksińskiego, @foto: Hubert Komerski

Tym filmem już się wszyscy nazachwycali. I jest czym. Po pokazie „Ostatniej rodziny” Jana P. Matuszyńskiego wiem, dlaczego. Opowiada o miłości, a raczej tęsknocie za nią. O śmierci i jej twórczym okiełznaniu. O życiu i życia przekleństwie lub błogosławieństwie – zależy, jak na nie patrzymy.

Na początku świetnej książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, w rozdziale „Po wojnie”, pada zdanie Zdzisława Beksińskiego:

Tajemnica, transcendent, rzeczy niewyjaśnione, wszelkiej maści mętniactwo jest to coś, na dźwięk i widok czego dostaję dreszczu podniecenia. Nic na to nie poradzę. Dziady Mickiewicza tak długo podobały mi się w szkole, dopóki nauczyciel nie wyjaśnił nam, co to jest i do czego. Na całe szczęście nie potrafił wyjaśnić wszystkiego.

A na początku filmu o Beksińskich patrzymy na Zdzisława (Andrzej Seweryn), który w rozmowie z przyjacielem opowiada o swojej częstej fantazji. To jest klamra spinająca film. W końcówce filmu bohaterowie wracają do tej rozmowy i Beksiński tłumaczy, że każdy z nas ma przecież swoje ukryte pragnienia.

I ojciec i syn borykają się tu z tajemnicą bytu i transcendencją. W tym są bardzo podobni. Dla każdego z nich śmierć jest swoistą obsesją, otaczają ich ciągły lęk i fascynacja śmiercią (przemijanie to zresztą leitmotiv filmu). Tomek reaguje na to zaburzeniami depresyjnymi, a jego ojciec sprawia sobie kamerę i wciąż filmuje to, co się dzieje wokół niego. Ale „Ostatnia rodzina” genialnie pokazuje różnicę między Zdzisławem, światowej sławy malarzem apokaliptycznych obrazów, a wycofanym i trudnym synem Tomaszem, kultowym dziennikarzem. Ten pierwszy dostał i wykorzystał narzędzia do radzenia sobie z lękami – pędzel, płótno, muzykę, studio, kamerę, troskliwą żonę. A w obliczu nadmiaru zobojętnienie na bodźce.

Ten drugi w sferze uczuć zachowywał się tak, jakby nie dostał prawie nic (w rzeczywistości rodzice dbali bardzo o jedynaka). Miłości ukochanej kobiety też nie. Miłości idealnej, o której wciąż marzył, też nie. Nie potrafił dostrzec w bliskich żadnego dobra, żadnego sensu życia. Śmierć dopadła go na przełomie wieków, bo nie potrafił żyć w świecie prawdziwych uczuć, wszystko rozgrywał w swojej wyobraźni. Nie wiedząc, że sam był – jak opowiadała w książce Grzebałkowskiej Nadkobieta, czyli narzeczona Tomasza – dużym, rozwydrzonym dzieckiem. Reżyser filmu nie idzie jednak tak daleko w przypuszczeniach, co zabiło Tomka.

0004nrb19mcu8nly-c122

Rodzina Beksińskich: Zdzisław, Tomasz, Zofia

Jest w filmie scena, którą rozgrywają obaj, ojciec i syn, każdy na swój sposób. Na podłodze leży martwa już Zofia Beksińska. Beksiński dzwoni do syna, ale nawet nie usiłuje wezwać pogotowia. Tomek rozpacza, chce się przytulić do ojca, który go odrzuca. Widać, że chłód i dystans ojca nie jest tu przypadkowy i nie pierwszy raz Tomaszowi brakuje wsparcia obojętnego taty. Śmierć, która zbiera w „Ostatniej rodzinie” obfite żniwo, wyznacza kolejne etapy tragedii. Kończą ją samobójstwo Tomka, a potem konanie Zdzisława od serii morderczych uderzeń nożem w tors. 

Czym jest ta śmierć tutaj? Czymś między próbą oswojenia przemijania w naszym życiu, a opanowaniem lęku przed nią. Tak, jakby bohaterowie uczyli się głaskać groźnego psa. Radzą sobie z tym różnie, i widać, że najlepiej z nich wypada w tym tańcu ze śmiercią Zdzisław (nawet lepiej od żony), który na płótna przelewa i lęk, i fascynację ciemną stroną nas samych, i śmiercią, omijając rzeczywistych ludzi. Zamyka się w swojej sztuce jak w bańce, broniąc innym dostępu do swoich głębszych uczuć. Jest tak, jak mówił dziennikarzom w 1966 roku: „Jestem typem emocjonalnym, interesują mnie wzruszenia”.

Dla mnie jedna z ważnych scen w filmie to ta, gdzie Beksińscy, mama i tata, rozmawiają bardzo łagodnie z synem o sensie życia i o miłości, której Tomaszowi brakuje. Opowiada matce o problemach z dziewczyną. Tomasz „Nosferatu” Beksiński (który na drzwiach pokoju ma własną klepsydrę-żart oznajmiającą o jego śmierci w wieku 18 lat) mówi tu o sobie złowróżbnie: „Mnie tu już chyba w ogóle nie ma, ja jestem jak swój własny trup”. Zofia tłumaczy, że nie ma miłości idealnej, że synek niepotrzebnie się denerwuje, że do miłości to jest długa, długa droga. Ale Tomek nie słucha. Wyzywa matkę, zionie nienawiścią do świata.

Nie bez przyczyny mówi się o nim: Dr Jekyll i Mr Hyde. To jest jego drugie, gorsze oblicze. Pierwsze jest zarezerwowane dla radia, w którym błyszczy intelektem. Dawid Ogrodnik, który zagrał młodego Beksińskiego, pokazał tutaj, że jego bohater był postacią nie do uratowania. Rozpieszczony dzieciak, szantażujący starych swoimi samobójstwami i demolowaniem mieszkania, do tego pokomplikowany emocjonalnie. Ale reżyser nie pozwala nam się nawet domyślać, że być może niskie poczucie wartości Tomasz Beksiński odziedziczył po surowo i oschle wychowywanej matce Zofii (to teza Zdzisława).

xxuktkpturbxy8yzmfmnjhkztblmdlinja2ytlkowuyy2yzmwvhyzgwoc5qcgeslqmanc0gam0dyjmfzqmgzqhc

Tomasz Beksiński

Tomek, dziennikarz radiowy i ważna postać polskiej popkultury, autor legendarnych felietonów „Opowieści z krypty”, ściągał do Polski lat 80. masę dobrych trendów muzycznych i filmowych. Żył tym, fascynował go świat wyobraźni i wzorców kulturowych, które miał na wyciągnięcie ręki. Nie potrafił jednak poradzić sobie ze sobą i ze swoimi miłościami.„Dawałeś za dużo” – to słowa jednej z dziewczyn Tomasza, które rzuciła mu na odchodnym.  Już wiosną 1976 pisze przecież do przyjaciela list: „Stałem się bardzo ponurą osobą, napisałem masę pesymistycznych piosenek przez lato, momenty depresji powtórzyły się. Chciałem skończyć ze wszystkim”. Fascynowały go kobiety w typie femme fatal. Ma o kobietach specyficzne zdanie:

„Kobieta jest bublem genetycznym, a dobry (?) Bóg w chwili jej stwarzania był chyba mocno pijany lub tak podniecony wizualnym efektem swoich mocy twórczych, że resztę kompletnie schrzanił”.

Od tego momentu datują się kolejne epizody jego depresji i próby samobójcze, które rejestruje z zadziwiającą skrupulatnością także Zdzisław. A to gaz, a to leki, aż do tragicznego końca. I wszystko popijane wszędobylską Coca-Colą, bez której nie może się też obejść żaden pospiesznie zjadany posiłek Beksińskich.

2c279ec8d5500808d4b951a68b6cb394641000

Zofia i Zdzisław Beksińscy

Jest i Zofia Beksińska (Aleksandra Konieczna). Do tego błyskotliwego debiutu reżyserskiego Matuszyńskiego trzeba wracać, żeby zrozumieć, że nasze życie naprawdę nie jest próbą. Dostajemy szansę naprawy siebie i innych. A to, że z niej nie korzystamy? Beksińska powiedziałaby nam tak, jak wtedy, gdy w chwilach rzadkiego odpoczynku od pracy w domu, mawiała: „To grzech tak siedzieć darmo”. Żona wybitnego malarza, główna modelka, kochająca go i oddana mu kobieta i muza. Jak pisze Grzebałkowska, Zofia pozwala robić z sobą wszystko, co wymyśli mąż, fotografujący z zapałem wszystko wokół: twarz zaklejona na biało, nagi korpus, fragment piersi, podbródka, krzyczące usta. Kobieta w 100 proc. poświęcona ukochanemu mężczyźnie.

Kamera w „Ostatniej rodzinie” prowadzi nas w gąszczu pokoi mieszkania Beksińskich i mieszkanka Tomka. PRL-owskie drzwi ze sklejki i meble są jak zasłony dla kolejnych scen z życia pozornie zwykłej rodziny. Nie padają tu informacje (prócz rozmów z marszandem Piotrem Dmochowskim, którego gra Andrzej Chyra) o klasie malarstwa Beksińskiego, o tym, jak wypadał w Polsce na wystawach, że wykręcał się, jak mógł od galerii. Trochę żałuję, że nie mogło zmieścić się w tym filmie (ale nie o tym jest on) zdanie z dziennika fonicznego Beksińskich z 19 lipca 1984 roku: „Zdzisław Beksiński:

”Już tylokrotnie słyszałem w Polsce: „Nie powiesiłbym tego na ścianie”. „Piękne, ale nie chciałbym mieć tego u siebie.” (…) Są paranoiczne układy , w których ludzie kupują, a później mówią, że musieli to powiesić w pracowni czy gdzieś, bo dzieci w domu. Pamiętam, że przy okazji wystawy u Alicji Wahl chyba Nasierowska się wypowiadała w ten sposób. (…) Ja w ogóle od ludzi nie żądam, żeby im się koniecznie musiało podobać. (…) Takie straszne są pana obrazy – mówią dziennikarze. To raczej oglądający przypisują im pewne treści (…). Mój stosunek do nich jest chyba autystyczny i uważam, że ich treści są po prostu nieprzekazywalne. Dla mnie wartość moich obrazów tkwi w tym, co one sobą reprezentują z punktu widzenia malarskiego, ale oczywiście chodzi mi też o atmosferę, którą usiłuję wyrazić, którą czuję, ale której nie umiem nazwać.”

I kamera jedzie dalej, pokonując kolejne zasłony, jakby obierała cebulę i dokopywała się do sedna rzeczy. Jest po drodze zwykła kuchnia, są obiady, weki, papierosy, gospodyni, matka, babcie, nieco ekscentryczny syn i dość uporządkowana pracownia ojca. I umieranie, odmierzane kolejnymi pogrzebami. Ale pod spodem skrywają się maksymalnie poplątane i unerwione relacje: genetyczna tęsknota za miłością, obcość i lęk przed odrzuceniem. Ostatnia rodzina skupia te tęsknoty i lęki jak w soczewce. Trzeba się jej przyjrzeć uważnie.