Wszystko, co najważniejsze

image

Justin Vernon

Ten rok upłynął tak szybko, że nie zdołałam zarejestrować wszystkiego w muzyce, co dla mnie ważne. Po krótkim zastanowieniu wybrałam sobie jednak kilka płyt, z tego i zeszłego roku, których chciałabym słuchać częściej, i takich, których styl i brzmienie są mi szczególnie bliskie. Oto one:

Bon Iver, „22, A Million”.

Krytycy narzekają, że Justin Vernon wykonał krok w tył od czasu „For Emma, Forever Ago”. Nic bardziej mylnego. Korzystając z różnych cudów brzmieniowych folkatroniki i własnych, świetnych pomysłów na kompozycje, stworzył krótki, intymny album o rozpoznawalnym języku. Cała, dość różnorodna płyta dobrze oddaje też podejście Vernona do bycia za pan brat z publicznością: sławę znosi jako tako, niemal pod przymusem, a kluczowa jest dla niego właściwie treść i brzmienie własnych piosenek. Album do odsłuchania tu:

 

Frank Ocean „Blonde”.

Jest to tak fantastyczna rzecz, że jej pojawienie się momentalnie odesłało do narożnika całe rapersko-soulowe towarzystwo zza oceanu. Frank ma w tym roku ostrą konkurencję w postaci Tylera The Creatora czy J. Cole’a (jego płyta „4Your Eyes Only” ukaże się dopiero za kilka dni). Ale w zasadzie żadna z tych płyt nie da się porównać z „Blonde”, bardzo szczerym, świetnym muzycznie albumem (zaraz po nim Frank wydał płytę wizualną zatytułowaną  „Endless”)Słuchając „Siegfrieda” z „Blonde” ma się wrażenie, jakby tekst i wokal pisane i śpiewane były osobno, a podkład i basy osobno. Idzie to w dwóch różnych kierunkach, a jednak razem. Niesamowite nagranie, które jasno pokazuje, jak długą drogę pokonał Frank Ocean w ciągu zaledwie 3-4 lat od czasu wydania poprzedniego albumu „Channel ORANGE”: od chłopaka z przedmieścia, geniusza hip hopu, R&B i neosoulu, który ma koncie sporo eklektycznych przebojów do dojrzałego artysty.

„Nikes” z  albumu „Blonde”:

 

Tu dla porównania Frank Ocean sprzed 4 lat w programie Saturday Night Live:

 

Ten Typ Mes „Ała”:

O Piotrze Szmidcie czyli Ten Typ Mesie napisano już wiele poematów po wydaniu tego albumu. Dodam więc tylko, że najlepszy polski raper, prócz tego, że w swoich tekstach dorósł i jest zaangażowanym publicystą, to potrafi do tego pisać i śpiewać o samym sobie samym i swoich problemach tak, jak niewielu tekściarzy w kraju. Na przykład tu:

Póki nikt nie sprawia, ze sie śmiejesz,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz, tak jak on,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz, tak, jak ona

Ciebie mogę słuchać godzinami,
Wiem, to miłe, nie dziękuj.

 

 

A muzyka? Intrygujący splot elektroniki, lekko jazzujących brzmień, trapu, żywych instrumentów (nowa zajawka Ten Typ Mesa), ciekawych beatów i oldschoolowych klawiszy. Wszystko w kontrze do każdego materiału rapowego, jaki słyszeliście w Polsce. Jak tu:

 

Na sam koniec – duuużo stylistycznego eklektyzmu, czyli neofolk w wykonie najlepszego polskiego gitarzysty Raphaela Rogińskiego i śpiewaczki kurpiowskiej Genowefy Lenarcik w projekcie Żywizna na płycie „Zaświeć niesiącku”, a także wspólny album Adama Struga i  kwartetu grającego muzykę współczesną Kwadrofonik pt. „Requiem ludowe” (ukazał się w kwietniu zeszłego roku). Nie potrafię wybrać, który projekt zabrałabym w odtwarzaczu na bezludną wyspę, bo oba są nieskończenie doskonałe. Raphaelowi i pani Genowefie udała się rzadka sztuka przemienienia czasu, dziejącego się na płycie, w czas mityczny, który nie ma wiele wspólnego z tym rzeczywistym. Zupełnie jakbyśmy się zaczytali w prozie Bruno Schulza i nie mogli się wyrwać z tego transowego tekstu (tu brzmienia).

Oto przykład:

Zaś „Requiem ludowe” to udane nawiązanie do szlachetnej ludowości i treści sakralnych, przypominające trochę aranżacją dzieła kameralne Henryka Mikołaja Góreckiego, a trochę Pawła Łukaszewskiego. Pieśni z XIX-wiecznego śpiewnika ubrano w niepokojący neotonalizm, a nawet miejscami muzykę konkretną, z jednej strony, a z drugiej – w ujmującą prostotę, żałobny charakter fraz, rozciągniętych w czasie, sprawiających wrażenie, jakby ich zadaniem było napiąć a następnie rozluźnić wszystkie nerwy słuchacza. Wszystko to, plus fantastyczny głos Struga sprawia, że album ten zasługuje na miano jednego z najważniejszych z polską muzyką współczesną ostatnich lat, w pełni zasługującego na ubiegłorocznego Fryderyka. A tak się tego słucha (utwór „Wieczność”):

 

Dopiszę na szybko jeszcze tę perełkę w postaci Childish Gambino i jego płyty „Awaken, My Love!”. Jedna z płyt roku, ktory sie nie zakończył, więc jeszcze nic nie jest przesądzone. Oto zaledwie mały, przepiękny fragment z tego albumu:

Piękny krzyk Syren

image

Trevor Powers

„Straszny jest krzyk syren” – śpiewa na swojej najnowszej płycie, i to na samym jej początku, Trevor Powers (Youth Lagoon). Zresztą cała jest jak ten krzyk. 28-latek z Idaho, obdarzony niesamowitym głosem, napisał ją po tragicznej śmierci bliskiego przyjaciela, nic więc dziwnego, że pełno w tej muzyce ostatecznego smutku. Ale też poszukiwania i znajdowania drogi – do siebie, do domu, do bliskich ludzi. Na kawałek stałego lądu. Podobno te wydarzenia pozwoliły Trevorowi w końcu odzyskać równowagę w życiu i muzyce (o ile może ją do końca odzyskać ktoś, kogo zżera poczucie wyobcowania i zaburzenia obsesyjno-kompulsywne). A tytuł? „Savage Hills Ballroom”? To taka wyimaginowana, wielka, luksusowa samotnia – coś jak klatka ze złota, której potrzebował dla ochrony swojej artystycznej wrażliwości i skanalizowania różnych lęków w czasie pisania i nagrywania tej muzyki.

Po dzisiejszym dniu nie mam specjalnie motywacji, by rozkładać płytę na czynniki pierwsze, ale myślę, że słuchać jej trzeba z co najmniej dwóch powodów: deklarowanych przez samego Trevora, subtelnych i z wszech miar ciekawych (piano!) odniesień do albumu kompozytora Davida Axelroda „Songs of Experience” (z 1969 roku, napisanego w hołdzie dla renesansowego poety Williama Blake’a), odjechanych połączeń falsetu, balladowego fortepianu, smyczków, rogu, dubstepu, automatu perkusyjnego i kosmicznej elektroniki – i z tej przyczyny, że po prostu jest to piękna płyta. Jedna z najładniejszych w tym roku, no i najlepsza Youth Lagoon. Ja zapominam na moment o ukochanych Perfume Genius i Devendrze i „przewijam” do początku.

Zdaje się, że śmierć jest najlepszą inspiracją – jakkolwiek beznadziejnie banalnie to brzmi.

A tu cała płyta. Tylko 36 minut 🙂

image