Lewy i Mustafa

image

Robert Lewandowski i Mustafa

Tę rozmowę z Robertem Lewandowskim przeprowadziłam już prawie półtora roku temu dla „Zwierciadła”. Chodziło w niej o to, żeby trochę wytłumaczyć obecność Roberta w spocie Unicefu z małym Mustafą i wspomóc akcję na rzecz syryjskich uchodźców w obozach. Lewandowski, oprócz tego, że jest wielkim piłkarzem, jest naprawdę bardzo skromnym człowiekiem, który nie próbuje udawać kogoś innego niż jest. Był autentycznie przejęty losem małych  Syryjczyków. Teraz ten krótki wywiad jest bardziej aktualny niż kiedykolwiek.


Anna Gromnicka: Na pewno dostaje pan mnóstwo różnych propozycji – od reklamowych po udziału w akcjach charytatywnych. Dlaczego zgodził się pan zagrać w spocie promującym kampanię UNICEF na rzecz dzieci-uchodźców z Syrii?

Robert Lewandowski: Mam nadzieję, że to co powiem, nie zabrzmi cynicznie ani nikogo nie urazi. Wiele razy przedtem brałem udział w różnych akcjach charytatywnych, które przechodziły bez echa. Po prostu nie zawsze się o tym pisze. A opinia publiczna nie zwraca uwagi na działania tego rodzaju, które nie są odpowiednio nagłośnione w mediach. Ta akcja jest inna. Sporo się o niej mówi. Uważam, że to dobrze. Zgodziłem się wziąć udział w kampanii „Głos Dzieci”, ponieważ wcześniej znałem UNICEF, wiedziałem, jak działa i że pomaga głównie dzieciom, które są najbardziej bezbronnymi ofiarami, często wojen. Widziałem też, jaką siłę rażenia mają przygotowywane przez tę organizację akcje, że są skuteczne. Kiedy dostałem propozycję udziału w tej kampanii, uznałem, że nawet nie ma co się zastanawiać. Zgodziłem się z miejsca.

Krótkie wideo z panem i małym Mustafą, który opowiada o swoim koledze, bombardowaniu, grze w piłkę, chwyta za gardło. Jak powstawał film?

Pojechałem z żoną do Jordanii, gdzie mieści się obóz dla uchodźców z Syrii. Nie jest tak, że wcześniej nakręciliśmy moją kwestię, zanim tam przybyłem, o co czasem pytają różne osoby. Cały materiał powstał na miejscu, już po spotkaniu z dziećmi z obozu. Poznałem ich rodziców, bawiłem się z nimi. Z chłopcami graliśmy w piłkę. Może dlatego wszystko to wyszło bardzo naturalnie.

Kim są te dzieci? Kim jest Mustafa?

Mustafa to mały Syryjczyk, który, podobnie jak inne dzieci z obozu, uciekł wraz z rodziną przed ludobójczą wojną i znalazł schronienie w obozie dla uchodźców. Pierwotnie obóz w Jordanii był przeznaczony dla 20 tys. osób. Teraz jest tam już ponad 100 tys. ludzi i liczba ta pewnie wzrośnie. Dzieci i ich rodzice starają się prowadzić tam normalne życie: noszą baniaki z wodą, chodzą do szkoły, bawią się. Ale wciąż towarzyszy im strach przed tym, co je może jeszcze spotkać w kraju, po powrocie. Oni także tęsknią – za domem, za resztą rodzin, za kolegami, którzy nie mieli tyle szczęścia, by na czas uciec przed prześladowaniami, głodem, bombami. Musieli opuścić wszystko, czym do tej pory żyli, swoje podwórka, znane im miejsca, ludzi, zostawić za sobą dobytek. Nie mają właściwie niczego. Są bezbronni.

Rozmawiał pan sporo z uchodźcami?

Tak. Oni obóz postrzegają trochę jak więzienie: mają spokój, jedzenie, bliskich koło siebie, ale wciąż nie mogą się ruszyć dalej i nie wiedzą, co się z nimi stanie, kiedy skończy się ich tułaczka. Jedno, co wszyscy powtarzają, jak mantrę, to to, że zaraz wrócą do domu i będą mogli normalnie żyć. Mają nadzieję, że zaraz ten koszmar się skończy. Może to ich trzyma przy życiu? Poza tym, życie tam, na wydzielonym skrawku przestrzeni, jest bardzo ciężkie. Wiele tysięcy ludzi zgrupowanych ciasno w prowizorycznych warunkach, na pustyni, gdzie poza obozowiskiem nie ma nic. Dzieciom musi być szczególnie trudno zrozumieć, dlaczego to się dzieje. Mimo wszystko one potrafią tam żyć i cieszyć się z małych rzeczy, które nam wydałyby się śmieszne albo zupełnie oczywiste. Jak mnie się wydawały.

Czy te dzieci wiedziały kim pan jest?

Trzeba pamiętać o tym, że to jest inny świat. W tamtych rejonach, szczególnie w czasie wojny, ludzie są odcięci od informacji. Nie interesują ich tak bardzo sprawy, które my na co dzień znajdujemy w gazetach i dziennikach telewizyjnych. Oni żyją z dnia na dzień. Na początku, gdy przywitałem się z dziećmi, były onieśmielone, bo ktoś im zapewne powiedział, że obóz odwiedzi sportowiec, piłkarz. Ale jak tylko wyciągnąłem piłkę i mogliśmy trochę razem pograć, od razu widać było szeroki uśmiech na ich twarzach. To było coś bezcennego – taka mała rzecz jak chwila wspólnego kopania piłki, a dało mu to mnóstwo radości.

Coś to w panu zostawiło?

To nie są łatwe momenty, nawet dla człowieka, który na co dzień, wykonując swój zawód, musi być twardy i odporny. Takie spotkania zawsze zmieniają perspektywę życiową. Zaczynasz widzieć problemy innych, które są naprawdę dramatyczne. Inaczej patrzysz na ważne momenty w życiu, zaczynasz dostrzegać jak są ważne drobne rzeczy – nie te wielkie słowa, pieniądze, kariera. Wiesz, że to wszystko zaraz może runąć. I cieszysz się zwykłymi sprawami, tym, że masz dom, że możesz swobodnie poruszać się po świecie, jesteś wolny. Myślę, że wolność to kluczowe słowo, które się wiąże z tym doświadczeniem w obozie.

Dzieci wszędzie są takie same?

Sytuacja uchodźców jest zupełnie inna. Nie można jej odnieść do żadnej innej. Myślę, że nie można porównywać życia tych dzieci do życia w normalnej rzeczywistości. To jest obóz. One myślą tylko o tym, jak najszybciej stamtąd wyjść. To ich motywacja do przetrwania. Z drugiej strony, one są nieświadome wszystkich zagrożeń. One po prostu nie wiedzą, co znaczy śmierć, nie przewidują, co może się wydarzyć. Tylko w tym mali uchodźcy są podobni do innych dzieci. Mały Mustafa mówi przecież, że obawia się, że po uderzeniu bomby zabraknie mu przyjaciela do gry w piłkę. I mówi prawdę, tak, jak czuje. Nie jest wprawdzie świadomy do końca, co oznacza wojna, ale gdzieś to wewnątrz wyczuwa. To zresztą widać na tym krótkim filmie UNICEF-u.

Myślał pan o tym, jakie szanse ma Mustafa w dorosłym życiu? Czy dałoby mu je właśnie szczęśliwe dzieciństwo, bez wojny? Czy dzięki temu mógłby zostać na przykład sławnym piłkarzem?

Tak, myślałem o tym, kim mogłyby być te dzieci, gdyby nie wojna. Może piłkarzem? Może hydraulikiem, piekarzem? A może po prostu szczęśliwym człowiekiem? I pomyślałem, że jako cywile jesteśmy trochę bezradni w tej sytuacji. Ale to co możemy dać tym dzieciom, to chwile radości, zabawy, poczucie bezpieczeństwa. One pragną się przytulać, być blisko. To czasem ważniejsze niż wielkie słowa czy obietnice szybkiej zmiany sytuacji. Miejmy też nadzieję, że ona zaraz się zmieni. Dzieci wrócą do kraju, ludzie zaczną odbudowywać miasta, dzieciaki pójdą do szkół. Czasem dzieci po prostu chcą się spokojnie pobawić na podwórku, dostać prezent, wymarzoną zabawkę, pobiegać po ulicy – z tego się składa przecież szczęśliwe dzieciństwo, czyż nie?

W Syrii rządzi krwawy reżim. Takie akcje faktycznie pomogą uchodźcom, czy pan się może po prostu łudzi, że robi coś dobrego?

Nie mam złudzeń, że zatrzymamy wojnę. Ale głównym celem takich akcji jest przede wszystkim uświadomienie ludzi o powadze sytuacji i pokazanie, jak na co dzień wygląda życie uchodźców. Co naprawdę oznacza wojna. Pokazujemy, że jest problem. Może dzięki temu, że ja dałem głos Mustafie w tym filmie, ktoś zacznie o tym mówić? Kogoś to poruszy? Ktoś po raz pierwszy dowie się, że najgorsze żniwo wojna zbiera wśród dzieci? Nie zawsze jasno informuje się nas w mediach, jak straszna jest sytuacja w Syrii. Czasem też trudno jest epatować tym okrucieństwem. Może dzięki temu, że mały Mustafa powie, że słyszy w dzień i w nocy wybuchy bomb w swoim kraju, niedaleko przy granicy z Jordanią, da nam to wyobrażenie o tym, jakim koszmarem może być dziś wojna?

Wielu podróżników podkreśla, że ludzie na Wschodzie, szczególnie w momentach zagrożeń wojennych, są pełni uprzedzeń, że trzeba uważać na gesty, słowa. Pan miał takie wrażenie, będąc wśród uchodźców w Jordanii?

Znam dobrze różne kultury, bo często podróżuję po świecie. Ale sytuacja w obozie nie ma nic wspólnego z normalnym życiem, nawet jeśli dotyczy ludzi jednej narodowości. Jordania jest dość ustabilizowanym krajem, gdzie nie ma takich problemów. Obozowisko czy sam obóz jest czymś zupełnie innym. Krótko mówiąc: byliśmy z żoną w miejscu, gdzie właściwie non stop jest wojna, chociaż na pozór nie toczą się tam działania wojenne. W zamkniętym, ciasnym obozie, gdzie wszystko jest tymczasowe, wszystkie myśli krążą wokół wojny. Ona jest w ludziach.

Teraz skupia się pan na pracy w Bayernie. Przeprowadził się pan do Monachium, zaczyna pan grę na zupełnie innym poziomie. Pep Guardiola, trener Bayernu, był panem zachwycony po pierwszym treningu. Takie oceny pana mobilizują? Czy może przeszkadzają?

Szczerze? Już nie zwracam na takie doniesienia uwagi. Robię swoje, niezależnie od tego, czy przynosi to pochwały, czy nikt nic nie mówi, czy mnie ostro krytykuje. Nikt i nic tego nie zmienia. Uważam, że trzeba ciężko pracować, stawać się coraz lepszym piłkarzem, dążyć do tego ze wszystkich sił. Staram się bardzo mocno pracować nad sobą, nad swoją kondycją i techniką na treningach. I raczej to jest dla mnie najważniejsze. Oczywiście takie słowa są bardzo miłe, szczególnie jeśli padają z ust trenera zespołu, i to takiego trenera, jak trener Guardiola, ale nie wpływają na moją dyspozycję.

Jest pan impregnowany na komplementy?

Myślę, że tak.

Powiedział pan niedawno, że dojście do Bayernu kosztowało pana wiele wyrzeczeń. Skąd w panu ta determinacja?

Trudno to ocenić jednym zdaniem, ale może po prostu bierze się to stąd, że ja naprawdę ciężko trenuję od małego. Już jako dziecko musiałem poświęcać po kilka godzin dziennie na treningi. Wiadomo, że niektórzy koledzy w tym czasie szli na imprezy, albo na podwórko.

Trudno się z tego rezygnowało?

Chwilami bardzo trudno. Wówczas jeszcze nie potrafiłem przewidzieć, jak się ułoży moje życie zawodowe, ale czułem, że cały czas muszę nad sobą pracować, niezależnie od miejsca, w którym jestem. Nie miałem żadnej presji nad sobą, po prostu wiedziałem, że ciężka, całodzienna praca jest konieczna, żeby utrzymać formę i być coraz lepszym. Teraz też tak jest. Chcę cały czas iść do przodu, doskonalić swoje umiejętności, poszerzać horyzonty. Wiem dobrze, z czego rezygnuję teraz. To też nie jest łatwe, tak, jak nie było łatwe w dzieciństwie. Ale też wiem, że robię to dla czegoś, co kocham, lubię. Gdybym tego nie kochał, trudno byłoby mi być tam, gdzie jestem i robić to, co robię teraz. Zawodowo i w życiu, piłka jest dla mnie wszystkim. No, prawie wszystkim.

Zrobić w konia śmierć

Ale jak? Opowiedziała mi o tym aktorka Anna Dymna, która sens życia odnalazła w pomaganiu innym – nieuleczalnie chorym i upośledzonym umysłowo. Rozmawiałyśmy też o miłości, nienawiści, internetowym hejcie i uśmiechaniu się do siebie. A, no i o przeklinaniu – Dymna zna najbardziej wyrafinowane przekleństwa, nauczył ją tego reżyser Kazimierz Kutz. Jeszcze nie dotarłam do 500-stronnicowej biografii mojej ulubionej polskiej aktorki, autorstwa Elżbiety Baniewicz, ale to dobra okazja, żeby przypomnieć mój wywiad sprzed dwóch lat. 

DYMNA_FOT

Anna Gromnicka: Zacznijmy od miłości. I nienawiści. 

Anna Dymna: Zgoda. To jest bardzo palący temat teraz – mocno kochać i równie mocno nienawidzić.

Pani ma w sobie dużo miłości? 

Myślę, że jestem z niej zrobiona. Cała. I to od urodzenia. Ja o tym w ogóle nie wiedziałam. Dopiero, gdy zaczęłam czytać więcej, głównie poezji, dowiedziałam się, że to, co w sobie noszę, to jest miłość. Szekspir w Sonecie 116 napisał: „Miłość jest silniejsza od śmierci”. Jak się to czyta, to się myśli: „ładnie powiedziane, piękne słowa”. Ale się nie zastanawiamy nad tym, co to znaczy, bo większość z nas tego nie przeżyła. Dziś wiem, że jest taka energia, która może sprawić, że nawet jak będziesz umierać, będziesz szczęśliwy, bo przeżyłeś miłość tak wielką, że nic już nie ma znaczenia oprócz niej.

Od kiedy pani wie, że nosi pani w sobie miłość – a nie po prostu radość życia, optymizm? 

Ja byłam tak wychowywana. Moja mama mnie uczyła zachwytu dla wszystkiego, co jest wokół. Ona nigdy nie mówiła wzniośle: „kochaj świat i człowieka”. Pokazywała dziecku, czyli mnie,  – „o popatrz, tu masz robaczka ślicznego z kropką pośrodku pancerza, motylka, który wie, gdzie ma lecieć”. Mówiła, że wszystko jest po coś. Że nic nie istnieje samo dla siebie. Myślę, że jeśli w dzieciństwie w człowieku uruchomi się taki zachwyt światem, to tego się nigdy nie straci. I ja nigdy tej miłości w świat nie straciłam. Może dlatego, że zawsze byłam otoczona dobrymi ludźmi, którzy tego we mnie nie zniszczyli, tylko pomogli tej miłości rozkwitnąć. To brzmi banalnie, ale taka jest prawda.

Nigdy nikt pani tej ufności nie próbował odebrać? 

A nawet jeśli? To co mi pozostaje, prócz okazywania miłości do ludzi? Nic nie zyskam jako podejrzliwa, zgorzkniała, pełna obaw. W Biblii jest napisane bardzo mądrze, że człowiekowi pozostaje cieszyć się z pracy swojej. I ja się cieszę swoją pracą. Bo jeżeli robisz coś tylko dla zysku, albo nie lubisz swojej roboty i to okazujesz na każdym kroku, to ta praca się na tobie zemści. Tak się zdarzyło, że mój zawód jest moją miłością. Nie wiem, może byłam głupia i naiwna, jak szłam na te studia aktorskie, ale wyszło na to, że moja praca jest moją pasją. Nigdy nie miałam dylematu, że powinnam mieć taką stawkę a nie inną. Cieszyłam się, że dostaję te role, i zapominałam, że za to się dostaje w ogóle pieniądze. Nigdy nie myślałam kasą, korzyściami. Nie potrafię. Jeśli przeżywałam w życiu tragedie, to liczyło się to, że mam wokół siebie kochanych ludzi, którzy mnie nie zostawiali w potrzebie. To było najważniejsze. Mój mąż Wiesiu Dymny, który był wielką moją miłością, miał podobny stosunek do życia. Nigdy nie kalkulowaliśmy, czy nam się to opłaca. Cokolwiek się działo, wiedziałam, że on postąpi podobnie i że będzie przy mnie stał. To daje taką siłę, dzięki której możesz wejść na każdy szczyt. Wszystko możesz zrobić.

Wciąż pani czuje tę miłość? 

Wiesiek nie żyje od 25 lat. A ja wiem, że jest wciąż przy mnie. Mówię serio. Wie pani, jestem normalna, nie wierzę w żadne duchy. Po prostu wiem, że on stoi wciąż przy mnie. Nasza miłość pokonała jego śmierć. Był ode mnie 15 lat starszy i krótko żyliśmy ze sobą, lecz mnóstwo się od niego nauczyłam. Dlatego, gdy ktoś taki odchodzi, trzeba wielkiej woli, żeby nie zwariować. Ale zaraz potem się otrząsasz, dostajesz kopa, zastrzyk siły do życia, bo wiesz, że ten ktoś, kto odszedł, wierzył w ciebie. I nadal wierzy. Nie możesz go zawieść. Żyjesz tak, żeby on był z ciebie dumny. I przekazujesz tę siłę do życia innym.

Jak? 

Teraz, gdy w moim życiu pojawiło się tak strasznie dużo ludzi, którzy potwornie cierpią, obserwuję, jak może się zmienić człowiek pod wpływem dobrych uczuć, słów. Ciężko sobie wyobrazić, jak ci ludzie cierpią. I zawsze tak się składa, że po 15 minutach rozmowy z nimi, zamiast mówić o tym cierpieniu i o czekającej ich śmierci, mówimy tylko o miłości, przyjaźni i spełnieniu. Ci okaleczeni i umierający od wielu lat potrafią być o niebo piękniejsi i szczęśliwsi niż ci młodzi, śliczni i bogaci, którym brakuje najczęściej miłości.

A nienawiść? 

O niej pięknie napisała Szymborska: „Nienawiść czuje się dobrze w każdych czasach”. Zawsze jest przyczajona. Jest piękna, szybka i kreatywna. To taka siła, którą ktoś specjalnie rozbudza, bo ona potrafi uruchomić bardzo wiele różnych, pozornie od siebie niezależnych działań na świecie. Wojny? Jest ruch w interesie, broń się sprzedaje, ludzie giną, trzeba zorganizować całą infrastrukturę wokół tego. Stoi za tymi działaniami mnóstwo wzniosłych słów, ale czujemy się z nimi tak, jakby miłość, którą deklarują ci ludzie, była w rzeczywistości manipulowana, źle ukierunkowana. Nienawiść pozwala ci nawet przez długi czas wygrywać, wejść na szczyt. Dostajesz w twarz, budzi się w tobie potworna siła, żeby oddać w dwójnasób, uderzasz, myślisz: wygrałem, jestem silniejszy. Ale tak naprawdę ta nienawiść cię pokonuje. Ona się zapętla wokół ciebie tak, że przestajesz odróżniać wrogów i przyjaciół. Dusisz się. Józef Tischner dobrze ją opisał: „spirala nienawiści”.

Mówiła pani tyle o miłości, ale Polacy się nie kochają. Oni się nienawidzą właśnie. 

Tak, teraz nienawiść rządzi. Wystarczy popatrzeć na media. Co się sprzedaje? Zło. Prowokacje, intrygujące losy, piękni i wygładzeni do bólu ludzie. Nie chcę nawoływać do bojkotowania współczesnych mediów, ale w nich właśnie wszelkiego rodzaju zło jest najpiękniejsze. Jest kontrowersyjne, fascynujące, podniecające, kręci nas. Usłyszałam ostatnio opinię o nieżyjącym polityku, że szkoda, że nie żyje, bo był dobry w jątrzeniu. Pluł, wywoływał nienawiść i kontrowersje. W dyskusjach polityków w telewizji wszyscy krzyczą z nienawiścią. 90 proc. czasu i pieniędzy w polskich mediach i polityce pochłania nienawiść, działania, w których liczy się tylko, żeby komuś przywalić, pokonać, zniszczyć.

Pani mówi o politykach. Ale co się z nami dzieje, z Polakami?  

Nie do końca się zgodzę, że się gremialnie nienawidzimy, chociaż jest w nas dużo więcej nienawiści niż kiedyś. Jestem z tego pokolenia, dla którego liczyła się rozmowa z kimś ważnym – nie chcę używać słowa autorytet, ale dla mnie to były autorytety. Kiedy było mi źle, wiedziałam, że mogę zadzwonić do Tischnera, do Czesława Miłosza, do innych ludzi, którzy potrafili zawsze powiedzieć coś takiego, że chciało się żyć. Dziś nie rozmawiamy ze sobą, a autorytety nie są nam już potrzebne. One topnieją na naszych oczach. Każdego ważnego, wielkiego człowieka można skopać, można podważyć jego słowa, można wyciągnąć sto innych słów przeciwko ich słowu. Debata publiczna polega na tym, żeby zabić kogoś, kto inaczej myśli. Nie mamy żadnego szacunku dla rozmówców, a przykład idzie właściwie z góry. Polacy słyszą, jak ktoś w mediach znieważa ich prezydenta, premiera, pisarza. I robią to samo. Uczą się kopać inaczej myślących. Dla pokolenia internetu najważniejsze jest móc wygłosić własne zdanie – nie usłyszeć cudze.

To co, jesteśmy judzeni przez polityków? 

Nie wiem, ja czasem współczuję politykom, bo widzę, ze oni też są poddawani presji czasu. Żyjemy cholernie szybko – pstryk, zdjęcie, cytat. Nie wiem, jak oni to wytrzymują,  ale nie wnikam w to. Może dlatego, że mnie polityka strasznie rozczarowała w ostatnich latach. Przez całe życie żyłam w romantycznym przekonaniu, że polityka służy dążeniu do wspólnego, dobrego dla wszystkich celu – budowaniu państwa. Wydawało mi się, że to wszystko jedno, czy jestem zielona, czerwona czy niebieska. A teraz  – gówno, figa z makiem, jeden buduje różowy most, drugi go burzy, buduje pół zielonego, i koniec, a my, zwykli ludzie ciągle musimy chodzić wpław. Mit patriotyzmu pryska jak bańka mydlana. Najbardziej mnie boli, że w nasze życie społeczne niepostrzeżenie wkradł się brak szacunku człowieka dla człowieka. Kiedyś, jak ktoś komuś publicznie powiedział „pan kłamie” – no to był pojedynek, sąd, śmierć. A dziś? Siedzi jedna pani profesor obok drugiej i ta pierwsza mówi: „pani się mija z prawdą”, na co ta druga: „a pani bezczelnie kłamie”. I tak dwie panie na wysokich stanowiskach uczelnianych rozmawiają sobie przy kamerach. I nic z tego nie wynika. Lawina słów, która zabija. Nie pamiętamy chyba już, ze słowem można zabić człowieka, ale można też go uratować. Tę lawinę słów mamy codziennie w telewizorze i komputerze, widzimy twarze tych boksujących się słowami. Za to w internecie jesteśmy bezkarni. To daje nam siłę. Nie ponosimy za nic odpowiedzialności. Idziemy wylać tam po prostu brud, który się w nas nazbierał.

Nie lubi pani internetu? 

Może nie, że nie lubię. Wiem, że internet uwolnił niestety wszystkich tych biednych frustratów, ludzi z kompleksami i nienawiścią do świata, którym nikt nigdy nie powiedział: „jesteś fajny”. Znam masę cudownych młodych ludzi, którzy nie wiedzą o tym, że tacy są, bo nikt im tego nie mówi. Wychowywani byli tak, że nikt z nimi nie rozmawiał. Dostawali szmal do ręki i to wszystko. Poznałam też ludzi, którzy nie wiedzą, co jest dobre, a co złe. Rodzice im tego nie powiedzieli. Nie byli w ogóle wychowywani, po prostu mieszkali z rodziną. Jak mają reagować na okazywanie uczuć? Niezrozumieniem. Siedzą przed komputerem i co ich drażni? Na Naszej Klasie koledzy zrobili mi kiedyś takiego „śledzika”. Mogłam wpisywać, co chciałam, a ludzie komentowali. Napisałam dużo dobrych słów, dziękowałam za udział w Ecco Walkathonie dla moich podopiecznych. Ktoś z kolegów to czyścił, te wpisy, żebym nie widziała wszystkich świństw, ale ja swoje poczytałam. „Co się tak cieszysz, stara kurwo?”, „Kto ci pozwolił do mnie mówić „przyjacielu?””, „Ty weź sie lepiej zobacz w lustrze, jak wyglądasz!” Ale to było 10 proc.wpisów. 50 proc. z nich było pozytywnych, choć reprezentowała też inną skrajność – ludzi samotnych, nie znających świata, którzy uważali, że jestem Matką Boską.

A nie jest pani trochę jak Matka Boska? 

A skąd! Ja jestem normalny człowiek, słaby, płaczący czasem po nocach do kota i poduszki. Potrzebowałam mojej fundacji, bo widocznie uruchomiła się we mnie jakaś energia, żeby się przeciwstawić ciężkiemu życiu. Bo ja miałam dość ciężkie życie. Ale nie każdy musi o tym wiedzieć. Bo po co ludziom mój smutek i zmartwienia? Przecież narzekanie, opowiadanie, że i mnie jest ciężko, nikomu nie pomoże. Ludziom jest potrzebne wsparcie i uśmiech – nawet jeśli się nie chcą do tego przyznać. Dlatego po przeczytaniu tych wpisów odpisałam wtedy, że jeśli im to daje ulgę, to mogą mnie wyzywać, ja to zniosę. Na mnie przekleństwa wrażenia nie robią, ja proszę pani, z Kazimierzem Kutzem pracowałam, więc już wszystko słyszałam, potrafię nawet lepiej przeklinać. Wtedy pomyślałam, że tym hejterom też jest potrzebna akceptacja. Przecież nawet jak z przestępcą pogadasz jak z człowiekiem, to w nim się coś obudzi. Moja mama zawsze mi mówiła, że nie ma ludzi złych, są tylko nieszczęśliwi. Albo tacy, którzy nie wiedzą, ze mogą być dobrzy. I ja się na tym opieram w życiu. Nigdy nie odpowiadam agresją na agresję. Po co? Jak oddam, to mi jeszcze bardziej przyłożą, i będę leżeć. Dlatego uśmiecham się nawet do ludzi, którzy na ulicy mówią: „co się kurwa tak uśmiechasz?” Czasem nawet jak mówię „proszę się uspokoić, uśmiecham się, bo lubię ludzi”, to dostaję po łbie. Ale nie szkodzi. Potem sie okazuje, że i w tym kimś jest dużo dobrego. Ja akurat wiem, że internet to tylko wycinek społeczeństwa i że tak naprawdę Polacy są inni – nieufni i nie wierzący w siebie, ale dobrzy.

Ma pani już dość pytań, po co pani to robi? Po co pani ta fundacja?

Trochę tak, szczególnie wtedy, kiedy dziennikarz pyta: „Po co pani pomaga tym debilom? Nie lepiej inwestować w zdrowe dzieci, sieroty?” Ręce mi wtedy opadają, ale wtedy sobie uzmysławiam, że w gruncie rzeczy często ludzie nie czują, że w bezinteresownym pomaganiu nie ma rachunku zysków i strat. Pomagasz tam, gdzie możesz i chcesz, gdzie widzisz sens w pomaganiu. Przecież nie uratujesz całego świata. Dlatego odpowiadam, że robię to właściwie dla siebie. Bo to mi daje taką siłę, jakiej nie da mi nic.

Ludzie się wstydzą być dobrzy? 

Czasem tak. Wstydzą się uśmiechać nawet – widać takie mają życie, że się go wstydzą. Wstyd, że nam nie wyszło, że jest nam źle, jest silniejszy niż chęć bycia dobrym. A dobro jest nam potrzebne jak tlen. Ono powinno być normalne, tak jak normalne jest oddychanie. A tymczasem ono dziś siedzi w kącie i piszczy. Trzeba je stamtąd wyciągać, nawet na siłę, i prowadzić za rękę między ludzi.

Jak je tam doprowadzić? 

Zwykłymi słowami. Leszek Kołakowski, którego uwielbiałam, powiedział kiedyś, że ludziom jak tlen, jak chleb są potrzebne dziś proste słowa. Dowiedziałam się o tym, jak organizowałam teraz w fundacji wspólną wystawę prac moich niepełnosprawnych podopiecznych i polityków, dziennikarzy, naukowców, sportowców dla podopiecznych, pt. „Choinki Jedynki” dla Polskiego Radia. Ten przykleił choinkę, tamten dał jakąś ozdobę. Aż się rwali do pomocy. Ale często mówili: „ale to jest brzydkie”, „skąd, jest super” – mówiłam, „to jest piękne”, „ale ty tego nie kupisz”, odpowiadali zażenowani, „kupię”, mówiłam, „bo wiesz, z tego są pieniądze dla potrzebujących”. I tak wyciągałam z nich to piękno i dobro. Zaczynali wierzyć w siebie, inaczej patrzeć na to, co zrobili. Nie pod kątem, jaką to ma wartość estetyczną, tylko ile z siebie dają, że robią coś wspólnie. W ludziach trzeba uruchomić myślenie o innych – a nie oczekiwać, że samo się zrodzi.

Jak? 

Na przykład mówię: „Słuchaj, ty tego wcale nie musisz robić, to nie jest żaden obowiązek i ja zrozumiem, jeśli odmówisz. Ale jak byś zrobił, to by było fajnie”. I co? I nagle ci znani zaczynają pomagać na wyścigi, bo chcą się dobrze poczuć ze sobą.

Dla pani, założycielki fundacji, pieniądze mają dużą wartość? 

No, teraz, kiedy mam fundację, to wiem, że pieniądze są potrzebne, żeby w ogóle zorganizować jakąś pomoc. Ale czasem to też jest za mało, żeby kogoś uratować. Widziałam, jak umierał chłopak chory na mukowiscydozę. Umierał uśmiechnięty, za rękę trzymała go jego piękna młoda żona. Oni byli tak szczęśliwi, że nawet tę śmierć zrobili w konia!

Sparaliżowany Janusz Świtaj, którego pani odciągnęła od myślenia od eutanazji i dała pracę u siebie w fundacji, zaczął wierzyć w życie. Studiuje, ma przyjaciół. Ale nie zawsze będzie pani mogła zdecydować, czy pomagać żyć, czy umrzeć. Czy można wybrać śmierć? 

To dla mnie za trudne. Wie pani, uczestniczyłam kiedyś w sympozjum o eutanazji w Belgii. Lekarze mówili tam dość dziwne rzeczy, nie do końca zrozumiałe dla mnie, ale główna myśl była taka: utrzymuj przy życiu dopóki udręka i ból nie uczynią go piekłem. Ale co to znaczy? To znaczy, że chory, nieprzytomny człowiek ma o tym zdecydować? A co w sytuacji, gdy nie może, jest w śpiączce? Oczywiście żyjemy w czasach, gdy długość życia się wydłuża i może być niedługo tak, że szpitale staną się przechowalniami ciepłych trupów. To skrajność, ale może tak być. Jednak ja nie potrafiłabym tu i teraz powiedzieć, że tak, podjęłabym tę decyzję. Kończ, umieraj. Zawsze jest nadzieja na życie, nawet kiedy się wydaje, że jej już nie ma. Dlatego nie chcę mówić o śmierci, tylko o życiu.

Ani jeden beznadziejny przypadek nie odebrał pani wiary? Nie sprawił, ze zaczęła pani pytać: komu to potrzebne, jaki w tym sens? 

Jedna z pacjentek, chorych na straszliwą pląsawicę Huntingtona, która bardzo szybko prowadzi do śmierci, leżała sparaliżowana i mówiła do mnie uśmiechnięta: „Ania, zobacz jaką ja ważną rolę spełniam!”. Odpowiedziałam: „Ty? A jaką ty Jola możesz rolę spełniać, jak tak siedzisz na wózku sparaliżowana?”. A ona odpowiedziała: „Zdajesz sobie sprawę, że jak na mnie patrzysz, to jesteś szczęśliwa? Ja jestem po to, żebyś ty się czuła szczęśliwsza”. Pamiętam, że wtedy się pierwszy raz rozryczałam w programie. Potem ktoś mi powiedział, że jestem amatorką. Ale ja jestem przede wszystkim człowiekiem. I nigdy nie potrzebowałam innego tłumaczenia, czemu to robię, ani po co ci ludzie cierpią. Zrozumiałam, że w każdym cierpieniu jest sens.

Ci pacjenci praktycznie się nie poruszają pod koniec choroby, a postępuje ona błyskawicznie. Wiedzą, że szybko umrą. 

Jedna z chorych na Huntingtona, powiedziała mi tak: „pani Aniu, pani niech się nami nie opiekuje, bo na naszą chorobę nie ma popytu”. A inna – „czy pani wie, że w Polsce, w świetle prawa, każdego dnia dokonuje się na nas eutanazji?”. Oni są skazani na śmierć, powoli zamykani we własnym ciele, w którym działa tylko mózg. Ale gdyby byli otoczeni opieką, rehabilitowani, jak powinni – a nie przez 15 minut dziennie – wydłużylibyśmy im życie znacząco, do kilkunastu lat. Dlatego w dyskusji o eutanazji postawiłabym nacisk na życie – nie na śmierć. Nie mogę znieść tych wszystkich dyskusji zastępczych o tym, że nie jesteśmy bogami i nie możemy przedłużać cierpienia, więc dajmy ludziom umrzeć i już. Zgoda, nie jesteśmy bogami. Jesteśmy ludźmi i powinniśmy innym pomagać żyć, nie umierać. Mogę być nawet głupia, niewykształcona, ale odruchowo, jako człowiek, będę się starała udowodnić każdemu, że życie zwycięża śmierć.

A co, kiedy się nie udaje? Kiedy jest pani bezsilna? 

Mój podopieczny z pląsawicą, Robert, 37-latek z dwójką dzieci i piękną żoną, dokładnie wiedział, co go czeka. Jak przygotowywałam go do rozmowy o śmierci, pytałam, czy wie, że umrze i jak. Wiedział. Wiedział, że nie zobaczy, jak młodsza córka idzie do komunii ani robi maturę. Kochają się bardzo z żoną, i to im pomaga ogromnie, ale Robertowi już szklanki wypadają z ręki, nie trzyma przedmiotów. I opowiada o tym wesoło. Z rozpaczą mówię mu: „To o czym my będziemy rozmawiać, jak ty już wszystko wiesz?”. A on mi na to odpowiada z uśmiechem: „Ania, jak to o czym?! O życiu. Wiesz, że ja jeszcze fotografuję? Mam już pełno mimowolnych ruchów, ledwo chodzę, ale kupiłem statyw!”.

Ich życie może być piękne? 

I to jak! I dopiero jak się dowiadują o chorobie, zaczynają tak myśleć. Każdy dzień to skarb – tak mówią. My o tym w ogóle nie wiemy, bo o takich ludziach się nie pisze, jak piękne momenty oni przeżywają przed śmiercią. Jak wiedzą, po co cierpią. Jakie to jest ważne, żeby ktoś cierpiał, żeby świat był lepszy. Wczoraj po benefisie dostałam esemesa od sparaliżowanego Janka, który mi powiedział: „Anka, ten Bóg to jednak wie co robi. Jak ja bym nie skoczył do wody, to bym może był zły. A tak, zobacz, jaki ja fajny jestem. Chyba musiał mnie kopnąć, żebym był dobrym człowiekiem”. Czesław Miłosz, który był wielkim fanem mojego programu, zastanawiał się, dlaczego cierpienie ich tak otwiera na doświadczenie. Dlaczego oni w wieku kilku, kilkunastu lat wiedzą o życiu to, czego on się dowiedział po 80.

Dlaczego? 

Kiedy byłam małym dzieckiem, słyszałam od rodziców: „Bóg jest wtedy, kiedy wstajesz rano i cieszysz się życiem”. Potem o tym zapomniałam i w dorosłym życiu nie zaprzątałam sobie głowy takim myśleniem. A gdy zaczęłam się zajmować chorymi, kilka razy zdarzyło mi się zobaczyć Boga w oczach tych ludzi. Widziałam pacjentów na wózkach w młodym wieku, którzy wciąż powtarzali, że się czują wybrani. Oni mieli w sobie niewiarygodną siłę. W różne rzeczy ludzie wierzą, niektórzy nie mają potrzeby mówić o Bogu czy religii. Dlatego staram się nie epatować pojęciem Boga, nawrócenia, wiary, ani w pracy w fundacji ani w programie. Ludzie nieuleczalnie chorzy sami wiedzą, jak to nazywać. A ja jak ich słucham, to widzę, że warto walczyć o każdy oddech – jak Ewa Błaszczyk, która daje nadzieję tylu rodzinom pogrążonych w śpiączce ludzi.

Ale wie pani, po tym, jak klinice Ewy Błaszczyk „Budzik” jednak NFZ przyznał większe od zakładanych o 60 proc.dotacje, pojawiły się głosy, że skoro ona dostała pieniądze z puli publicznej, to „teraz nie dostaną autystycy ani chorzy na raka”. 

Zawsze przestrzegam przed takim myśleniem. To nie jest prosta arytmetyka: dostaję więcej, zabieram innym. Tak samo fałszywe są argumenty o tym, że fundacje wyręczają państwo w opiece socjalnej. My nie zabieramy nikomu pieniędzy ani nie umożliwiamy pracy NFZ-owi czy Ministerstwu Zdrowia, ani nie promujemy się kosztem chorych, jak często zarzucają nam urzędnicy. Fundacje dokładają cegiełkę do tego, co jest robione w zakresie opieki społecznej – a nie ją zabierają.

Trudno się liczyć z pieniędzmi, jak się prowadzi fundację? 

Trudno. Ja się rozliczam z każdej złotówki i zanim zaczniemy komukolwiek pomagać, to dokładnie sprawdzamy każdy przypadek, zbieramy dokumenty medyczne, sprawdzamy ile potrzebujący zarabiają, jaką mają sytuację rodzinną. Oni się czasem wkurzają, są na nas obrażeni, ale my to musimy robić. Bo jest masa oszustów, ludzi uzależnionych albo hazardzistów, którzy zrobią wszystko, żeby zdobyć pieniądze. Na to bardzo trzeba uważać. Utrzymujemy się tylko z jednego procenta darowizn, ale to i tak dużo. Gdybyśmy jednak zaczęli ściślej współpracować z innymi fundacjami, byłoby jeszcze więcej pieniędzy.

Przeczytałam raz o Annie Dymnej, że „celebrytki które zakładają fundacje, nie przestają być celebrytkami”? Mówią pani: „gwiazdorzysz”? 

Pewnie! Bywa i tak, że dzwoni pani ze świetlicy szkoły w małym mieście w kujawsko-pomorskim i żąda mojej obecności, na spotkaniu z chorymi uczniami. Cel jest szczytny, ale muszę odmówić, bo tego dnia gram spektakl, a jeszcze musiałabym mieć czas, żeby dojechać. Słyszę w odpowiedzi: „Ach tak, to nasze dzieci nie są godne pani pomocy? Pomaga pani tylko swoim, taką jest pani gwiazdą?” Tłumaczę, że nie dam rady pomóc wszystkim, że wiele razy muszę odmówić. To nigdy nie pomaga. Obrażają się. Większość ludzi nawet nie wie, że ja wciąż gram w teatrze, prowadzę wykłady ze studentami. Poza tym ja się starzeję. Jak sobie pomyślałam, że za 10 lat będę już po 70., to się przeraziłam. Czy dam radę prowadzić fundację, taka zniedołężniała? I kto się zajmie podopiecznymi, jak mnie zabraknie?

Zapytam na koniec, jak ten głupi dziennikarz z pani opowieści: to czemu pomaga pani niepełnosprawnym intelektualnie? 

Ja wiem, dlaczego pomagam, i mi to wystarczy. Oni są na zupełnie straconej pozycji. Nimi nie interesuje się już nikt, bo nie mają szansy na wyleczenie i są zdani sami na siebie. Po co oni są w ogóle? Jestem coraz bliższa zrozumienia tego, dlaczego upośledzeni pojawiają się na ziemi i zakłócają nam nasz idealny obraz świata. Już się do tego zbliżam. I wie pani, prawie mi się to udaje.