Czułe historie Sufjana

imgres

 

Sufjan Stevens to nie tylko pierwszorzędna gwiazda indie folku, ale również dobry poeta i znakomity tekściarz. Udowadnia to swoją nową piosenką „Tonya Harding”. Ten utwór ma swoją historię – Sufjan zbierał się, żeby ją napisać od blisko 30 lat, jak podaje u siebie na stronie. Trudno w to uwierzyć, bo piosenka jest bardzo prosta, tak samo jak prosto opowiedziana jest sama historia Tonyi, amerykańskiej łyżwiarki figurowej, której kariera zawaliła się po tym, jak została oskarżona przed laty o sfingowanie napadu na swoją rywalkę. Pochodząca z nizin społecznych, niestroniąca od alkoholu, uzależniona od niezbyt fajnych facetów sportsmenka musiała poruszyć czułą strunę w duszy Stevensa.

 

Sufjan nie od dziś ma miękkie społecznie serce. Wystarczy wspomnieć „Carrie and Lowell”, płytę sprzed dwóch lat, autobiograficzną, w której historia życia rodziny (i rodziców) Stevensa posłużyła mu do ułożenia przekonującej i wspaniałej lirycznie narracji o braku miłości i tęsknocie za nią. W przypadku „Tonyi Harding” jest trochę inaczej. Sufjan bierze opowieść Tonyi taką, jaka ona jest, nie dodając do niej własnych interpretacji, pokazując jak fascynująca i złożona jest ludzka natura. Rozmawia z nią jak równy z równym, pociesza, wydaje się, że niemal gładzi po głowie. Jest czuły jak matka i wyrozumiały jak ojciec, których Tonyi zabrakło na pewnym etapie.

Piosenka rozwija się powoli, między fortepianowymi akordami, odległym echem chóru a elektronicznymi ozdobnikami. Jaki właściwie Stevens miał cel, biorąc sobie za temat Tonyę Harding? Może chciał po prostu pokazać, że sztuka nie zna barier, i każda historia jest godna tego, żeby o niej opowiedzieć i ją zaśpiewać, nawet tak – wydawałoby się – banalna? Żałuję tylko, że mało ostatnio u Sufjana zajętego projektem „Planetarium”, takich motywów jak ten z „Mystery of Love”, piosenki napisanej w zeszłym roku do pięknego filmu „Tamte dni, tamte noce”, w której Stevens wspomina o tym, że ma go mieć tylko ta kobieta, którą on kocha. Dawno nie napisał nic tak poruszającego o miłości, a szkoda:

/Oh, oh woe-oh-woah is me

The last time that you touched me

Oh, will wonders ever cease?

Blessed be the mystery of love/

Reklamy

Fletowisko Bjork

Screen-Shot-2017-10-31-at-14.45.51-588x440

 

Na dziewiąty album Bjork, „Utopię”, trudno patrzeć inaczej niż jako na głos pełen nadziei, wyłaniający się z mroków poprzedniej płyty, „Vulnicury”.

Tam mieliśmy do czynienia z emocjonalnym mrokiem, podbitym chóralną polifonią – tu z jasnością, którą wieszczą aranżacje (rozpisane na 12-osobowy zespół flecistek islandzkich). Przez lata Bjork przyzwyczaiła nas do wysokiego poziomu swoich płyt, z których tylko nieliczne bym sobie darowała. Tak samo jest z „Utopią”. Bjork bawi się na niej nietypowymi harmoniami i rytmiką, w czym wydatnie pomaga jej elektroniczny producent i DJ Arca (Wenezuelczyk Alejandro Ghersi), a także wręcz uwielbia eksperymenty z instrumentarium i aranżami.

Zresztą dowód na to, że kocha eksperymentowanie dała choćby na „Volcie” czy gorzej od „Utopii” przyjętej „Vulnicurze”. Tym, co mnie przy niej trzyma, jako wiernej fance, jest umiętność burzenia zastanego ładu, głównie we własnej muzyce. I czy robi to za pomocą współczesnych chórów, czy harf, czy cięższych muzykologicznie argumentów, w postaci niemal cytatów ze Steve’a Reicha lub Oliviera Messiaena, jak w tym wypadku, zawsze wychodzi na tym dobrze. Nie inaczej jest tym razem. „Arisen My Senses”, rozpoczynające płytę, to dobry przykład na to, dlaczego Bjork wciąż jest jedną z najbardziej znacznych postaci w świecie popkultury. Utwór rozpoczyna się śliczną melodią,w  tle której słyszymy harfy i fortepian, ale już po chwili wokal zaczyna się multiplikować, a rytmy i wątki nakładać na siebie. To zresztą jedna z jej najlepszych piosenek od lat.

Nawet najbardziej popowy utwór na płycie, „Courtship”, tak jak fletowe „Tabula Rasa” czy tytułowa „Utopia”, pokazują, że Bjork zawsze nagrywa płyty tematyczne, zawsze chce mieć coś więcej do powiedzenia niż reszta mniej zaangażowanych artystów. I tak „Tabula Rasa” mówi nam o – jak to ujęła w wywiadzie – jej najskrytszych pragnieniach: umiejętności wymazania grzechów naszych przodków, głównie – mężczyzn. “Tabula rasa for my children/ Not repeating the fuck-ups of the fathers/ For us women to rise and not just take it lying down.”, śpiewa, mając na myśli także swoją prywatną wojnę z facetami. Tytułowa „Utopia”, na której słuchamy odgłosów egzotycznych ptaków z Wenezueli, to świat, w którym jest miejsce tylko dla kobiet i ich dzieci, dalekie od dręczących nas problemów. Wątki swoistego matriarchatu, scalające kilka tekstów z tej płyty, to znak rozpoznawczy obecnej Bjork i tego albumu. Ale jest on przede wszystkim wielką pieśnią o odradzającej się na nowo miłości i jej sile.

W „Blissing Me” Bjork śpiewa właśnie o niej – o esemesowaniu do siebie, o dotykaniu się, o pożądaniu. O tym, że ma ją mieć właśnie ten mężczyzna, którego kocha i który jeszcze jeden raz będzie chciał ją mieć. Z drugiej strony, „Utopia” to album o miłości lekkiej, bez konsekwencji i konwenansów. Nie bez przyczyny Bjork zasugerowała, że ta płyta to jej „Tinder-album”, jak słyszymy na „Courtship”. Bjork kocha na tym albumie tak bardzo, że miłość staje się osią (jej) wszechświata. Nie przeszkadza jej nawet stechnologizowanie miłości. Niektórzy będą wybrzydzali na to, ale mam wrażenie, że tylko dzięki temu wzmożeniu emocjonalnemu powstały utwory takie, jak przepiękna, futurystyczna ballada „The Gate”, w którym tytułowe wrota otwierają się na nowe uczucie, zamykając mrok dawnych.

Bjork nie byłaby też sobą, gdyby nie wróciła też do miłości do natury i nieuchronności przemijania – to też jeden z symboli obecnych w jej muzyce. Tu głównie w utworze „Body Memory”, gdzie śpiewa: „I’ve been wrestling with my fate/ Do I accept thing ending? Will I accept my death?” Blisko 10 minutowa piosenka przynosi dosłownie wszystko – biblijne wezwania chórów, futuryzm, odrealniony głos Bjork, awangardowe eksperymenty z aranżacjami.

Wady? Długość albumu – 72 minuty – i powtarzalność niektórych motywów, jak np. tych bjorko-centrycznych wątków o ojcu własnego dziecka („Sue Me”) czy tych, które, jak we „Future Forever” zaburzają idealną lirykę, z jakiej znamy artystkę z innych płyt. Końcówka albumu jest już nużąca, ale w sumie jak na taką ilość materiału Bjork i tak dzięki tej płycie pozostaje dla mnie uosobieniem artyzmu we współczesnej popkulturze.

„Utopia”, Bjork, Mystic Production, 7/10

Delikatna jak Charlotte

12GAINSBOURG2-master1050

Charlotte Gainsbourg

To płyta-zjawisko. Nagrana w hołdzie dla zmarłych ojca i siostry Charlotte Gainsbourg, Serge’a Gainsbourga i Kate Barry, swoją delikatnością, intymnością i mrocznością rzuca na kolana. Aktorka i piosenkarka przygotowywała ją od ponad 4 lat, przy pomocy SebastiAna, francuskiego producenta, kojarzonego głównie z Daft Punk i Frankiem Oceanem. Od początku chciała, by była ona hołdem złożonym pamięci ojca, który zmarł w 1991 roku na atak serca. Ale w międzyczasie doszło do innej tragedii: siostra Charlotte, Kate, wypadła z trzeciego piętra mieszkania w apartamentowcu i zginęła na miejscu. To wpłynęło na zmianę planów co do płyty. Charlotte przeniosła się do Nowego Jorku, by uciec od Paryża i wspomnień, związanych ze śmiercią siostry. Ale od tego momentu myślała tylko o niej. Chciała o niej mówić i śpiewać na płycie.

Zaczęła nad nią pracować z SebastiAnem w małym, kameralnym studio w Nowym Jorku. Przedstawiła mu swoje notatki – w tym głównie zestaw filmów z dzieciństwa, które ją inspirowały, głównie horrory – i zaczęli sesje.

W 2016 roku Charlotte i SebastiAn przenieśli się do Electric Lady Studio na Manhattanie, żeby kontynuować nagrania w większym gronie muzyków. Przy nagrywaniu „Songbird in a Cage” Gainsbourg poprosiła o pomoc Paula McCartneya, który napisał piosenkę dla niej kilka lat wcześniej. Udało mu się na jeden dzień wpaść do studia, żeby zagrać na gitarze, perkusji i fortepianie. Na płycie udzielił się też Owen Pallet, kanadyjski kompozytor, znany ze współpracy z Arcade Fire, a nad piosenką „Rest” Charlotte współpracowała z Guy-Manuelem de Homem-Christo, połową Daft Punk.

Dzięki temu, że wystąpili tu tak różni artyści, „Rest” nie jest utrzymana tylko w tonie sentymentalnym. Oczywiście jak u wielu artystów, którzy żałobę traktują otwarcie w swojej twórczości, także jako środek wypowiedzi, tu żałobne treny i słowa po śmierci bliskich wypadają nader mocno w zderzeniu z mroczną muzyką. Ale nie tylko. Piosenka „Deadly Valentine” to opowieść o miłości silniejszej niż śmierć. Opowiada o tym, jak to jest kochać radośnie, jak dziecko. Potem – jak nastolatek, wreszcie jak dojrzała osoba i w końcu jak staruszka. Historia ta biegnie przez wszystkie etapy życia. W piosence delikatna liryka przeciwstawiona jest mocnemu bitowi i mrocznej muzyce, pokazującej fascynację Charlotte „Thrillerem” Michaela Jacksona i brzmieniem francuskiej grupy Daft Punk. Śpiewa tu o tym, że ma ją mieć tylko ten mężczyzna, którego kocha i że nic ich nie rozłączy.

W zmysłowym „Ring-A-Ring O’Roses” na tle motywów elektronicznych rozwija się odrealniony tekst i wokal aktorki, która śpiewa: „Wszyscy spadamy w dół, zataczając kręgi, czekamy na cud…”. „Kate” to wymarzona wręcz piosenka dla matki Charlotte, Jane Birkin. Rozpoczynają ją klawisze, rozpostarte na tle sekcji smyczkowej. Charlotte zaczyna śpiewać po francusku, a linia melodyczna wchodzi w refrenie w elektroniczne tło. „Kate” w całości jest poświęcona siostrze aktorki, Kate Barry.

Krótkie „Lying To You” to rasowa francuska chanson, oparta na motywie syntezatorowym, do której bardzo pasuje eteryczny głos Charlotte. Śpiewa na niej o ojcu i jego śmierci: „W kąciku twoich ust cień, nie podobałoby ci się to”. – Chowam moment jego śmierci w pamięci jak skarb, chociaż był dla mnie straszny – opowiadała Charlotte, która miała 19 lat, gdy Serge Gainsbourg zmarł. W innej intymnej pieśni, „I’m a Lie” jest też miejsce na pożądanie i jego fizjologiczne aspekty, ale też na nieśmiałość. Szczerość Gainsbourg jest bezgraniczna. Jest też w tym dużo pewniejsza siebie niż na poprzednim albumie „IRM”.

Dominuje tu sentymentalny ton, podobnie jak w tytułowym „Rest”. W „Rest” Charlotte śpiewa: „Spacerujemy w powietrzu, unosimy się w rozgwieżdżonym niebie, okazuje się, że mogę latać, tak wysoko ponad ziemią, z tobą”. Piosenka została napisana przez Charlotte w połowie po francusku, a w połowie po angielsku. Po raz pierwszy zresztą napisała teksty sama na płytę. Na poprzednich, m.in. świetnej „IRM”, pisali jej je inni tekściarze. Wychowana w dwóch światach, między matką Brytyjką, a ojcem Francuzem, dobrze nasiąkła jedną i drugą mentalnością, które idealnie miksują się w jej twórczości.

W „Sylvia Says” zderza się elektronika i mocne rytmy z eterycznym wokalem Charlotte. Ten kontrast towarzyszy zresztą większości utworów. Tu głos Charlotte jak echo odbija linię melodyczną. Podobnie w „Songbird in a Cage”, gdzie melorecytatyw otwierający numer przechodzi w delikatne echo. „Dans Vos Airs” to znów klasyczna pieśń francuska, którą mógłby napisać ojciec aktorki. Z żałobną melodią skontrastowana jest tu rozbudowana sekcja smyczkowa, a wokal jest podbity elektronicznym motywem. Krótkie „Les Crocodiles” daje znów pole do popisu elektronice, pojawiają się też tu klawisze, smyczki i charakterystyczny, słodki szept Charlotte. Kończące płytę „Les Oxalis” to znów powrót do klimatu „Deadly Valentine”: zmysłowy szept wokalistki splata się z atmosferą dusznego disco lat 80., co podkreślają delikatnie bębny i mrocznie brzmiące klawisze. Idealny soundtrack do horroru. Śpiewa tu o spacerze w głąb alejkami cmentarza.

Wspomniany francusko-angielski profil aktorki zyskuje tu podwójne znaczenie. Jest chłodna i wycofana jak Brytyjka, a zarazem zmysłowa jak Francuzka. Wychowana została przecież przez autorów słynnej, skandalizującej „Je T’aime,… Moi Non Plus”. Nie mogło być inaczej: Charlotte nie ma żadnych oporów przed odsłanianiem całej siebie. Mogła więc z tego albumu uczynić rodzinny pomnik w hołdzie swoim rodzicom i korzeniom, na szczęście tak się nie stało. Pokazuje na nim wszelkie możliwe odcienie żałoby, ale też blaski życia: miłość, pożądanie, tęsknotę za ojcem i siostrą, gniew, obsceniczność, bunt, swoją rodzinę, całą siebie.

 

Jane Birkin i Serge Gainsbourg w „Je T’aime,… Moi Non Plus”

W pewnym momencie w piosence „Rest” (co można przetłumaczyć jako: „odpoczywaj w pokoju”) Charlotte szepcze francuskie „reste” – co znaczy „zostań (ze mną)”. Daje to poruszające, upiorne wrażenie żalu i tęsknoty. Aktorka odnosi się tu też do siostry i do ojca, nostalgicznie próbując zatrzymać wspomnienia o nich: „we should grow old together”, śpiewa o Kate (powinnyśmy się razem zestarzeć).

Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam plakat do „Nimfomanki” Larsa von Triera, w której Charlotte zagrała główną rolę, to poczułam, że wreszcie się wydobyła z kokonu, jakim jest dla niej kino francuskie. Zrozumiałam wówczas jej szczerość, osobność i kruchość, a zarazem moc. Taka jest właśnie ta płyta. Jeśli nie pamiętacie słynnego plakatu z „Nimfomanki”, to przed wrzuceniem płyty do odtwarzacza koniecznie go sobie przypomnijcie. To jest właśnie Charlotte Gainsbourg.

 

„Rest” Charlotte Gainsbourg, Because Music 9/10

Miłosne wschody słońca

 

St.-Vincent-Los-Ageless

 

Annie Clark czyli St Vincent nagrała kolejną dobrą płytę, zatytułowaną „Masseduction”, a ja mogę tylko podziwiać jej umiejętność wykorzystywania i podważania zarazem wzorców popkultury i konstruowania dobrych tekstów – jak zwykle.

Zaczyna się tak, że wcale nie mam dobrego wrażenia. Krótkie syntezatorowe bity i mechaniczne powtórzenia frazy sprawiają, że zapominam o dawnej St Vincent choćby z czasów „Marry Me”. Tym bardziej, że Annie Clark w dużej mierze porzuca gitarę na rzecz bitów i dobrych melodii (z wyjątkiem kilku piosenek, jak choćby „Pills”). Każda piosenka jest jak karuzela z gatunkami muzycznymi – na przykład „Pills” zaczyna się jak remiks, wędruje przez solówkę gitarową aż po rozbuchaną balladę z Kamasi Washingtonem na saksofonie. Krok po kroku Annie dodaje kolejne ingrediencje do garnka z piosenkami, nie rezygnując z wpływów, na jakich się wychowała (Prince). A ja się zaczynam do jej nowego przebrania przekonywać.

Spokojna, fortepianowa ballada „New Jork” przechodzi w refrenie w wielki hymn na cześć miasta artystów, podbity niespokojnym rytmem. Futurystyczna pieśń „Los Ageless” to, wydawałoby się, ciąg dalszy dystopijnej opowieści z „Digital Witness”, z czwartej płyty Annie, zatytułowanej „St Vincent”. Przy czym wszystko to St Vincent traktuje ironicznie, z przymrużeniem oka. Funk nie jest po prostu funkiem, a pop popem – to parodia gatunków. Syntezatory idą ręka w rękę z teatralnymi wokalizami („Sugarboy”), a gitary z mechanicznymi bitami, jakich nie powstydziłby się w tym wypadku autor „Let’s Dance”. Sprawia to wrażenie, jakby Annie chciała nagrać płytę metapopową, w której popowe osobowości i opowieści będą się przeglądać jak w zwierciadle kontrkultury. „Chcieliśmy zainteresowania na poziomie albumu pop”, powiedział dyrektor kreatywny i producent płyty. I tak się stało.

Jednak najbardziej poruszające są tutaj teksty Annie, traktujące paradoksalnie o sprawach poważnych, czyli lękach współczesności, o pożądaniu i samotności.

 

Annie śpiewa o tym, jak to jest być romantycznie kochaną i pożądaną („I have lost a hero, I have lost a friend, But for you, darling, I’d do it all again”), szczerze mówi o tym, że chciałaby się kochać z tą osobą, za którą tęskni, jeszcze w tym roku, i otwarcie konstruuje miłosną intrygę na poziomie poezji. W intrydze tej poczucie osamotnienia i tęsknoty rywalizują ze sobą o lepsze („I am alone like you”). To sprawia, że nie tyle cały album wydaje się być „popowy”, co postawa Annie – antygwiazdy, drwiącej z całego zestawu możliwych pytań i odpowiedzi tworzonych i tworzących się w showbiznesie, który sztucznie kreuje gwiazdy („Los Ageless”).

St Vincent potrafi podkreślić to opowiednim tłem instrumentalnym: perkusja trzaska, jakby kończył się świat, a gitary przypominają odgłosy trzęsienia ziemi. Najbardziej wpadająca w ucho pieśń to „Young Lover”, zawierająca aluzje do tabloidowego świata showbiznesu. Ta najmocniej popowa piosenka zawiera najsmutniejszy tekst o miłości, czego najmniej można by się spodziewać. Ale nie w przypadku St Vincent. Ona jest nieprzewidywalna. Społeczne obserwacje świata Ameryki oraz własne miłosne wschody i zachody słońca – to najlepsze, czym Annie może się pochwalić na tej płycie.

 

23stvincentageless-2

St Vincent, „Masseduction”, 8/10

Tylko miłość

z22469989IH,Proba--Mojej-walki-

Esej o życiu czy opowieść o przemijaniu? Pieśń o miłości czy ujęcie psychologii bohatera? Jak podejść do sześciotomowej powieści „Moja walka” Karla Ove Knausgarda, gdy się ją przenosi na teatralne deski? Z tym pytaniem zmierzył się reżyser spektaklu na podstawie gigantycznej powieści pisarza, Michał Borczuch. Odpowiedź jest niejednoznaczna, ale też nie o jednoznaczność tu chodzi, ani nawet nie o wierność książce. Chodzi o prawdę o człowieku, a z tym najlepszy reżyser może mieć problemy.

Zacznijmy od tego, że agent Knausgarda pozwolił Borczuchowi na dodanie zaledwie 7 proc. tekstu ponad to, co jest w książce. To sprawia, że wyzwanie, jakie stanęło przed reżyserem było karkołomne. Jak w czterech godzinach spektaklu streścić sześć tomów, wychodząc zarazem jednak poza niebanalną treść, za sprawą środków teatralnych?  I jak uchwycić atmosferę książki – pisarską walkę o byt? W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Borczuch mówił: –

– Chcemy złapać ją przez mnożenie poziomów opowieści, startując od sytuacji psychologicznych, poprzez sytuacje abstrakcyjne, włączając w to materiały dokumentalne, sfabrykowane dokumenty, osobiste perspektywy aktorów, czyli tworząc jakiegoś rodzaju palimpsest. Pracujemy, nadpisując swoją opowieść na tej książce – oczywiście nie robimy tego dosłownie[…], ale teatr jako sztuka daje narzędzia, żeby dołożyć kolejne znaczenia i odskoczyć od literatury.

Reżyser zdecydował, że wybierze fragmenty z każdego tomu, pokaże życie rodziny, na scenie pojawi się Karl, jego brat, matka, żona, jej rodzice, jego przyjaciel. I tak się stało. Spektakl, który odbywał się w hali ATM Studio w Warszawie, od samego początku był skonstruowany na różnych planach materialnych i czasowych. Mamy kilku bohaterów, którzy stykają się ze sobą w mniej lub bardziej klaustrofobicznych przestrzeniach. Jest Knausgard, który po informacji o śmierci ojca, zaczyna pisać swoją biografię, jest jego brat, z którym sprząta po śmierci ojca dom, matka i kobieta, którą pokochał. Dzięki zabiegowi reżyserskiemu, jesteśmy w kilku momentach tej historii jednocześnie, towarzysząc pisarzowi naraz w różnych chwilach życia.

Jaki wybór podejmuje główny bohater? Wybiera skok w przeszłość, której chwyta się kurczowo, jak tonący brzytwy. Wciąż od nowa zastanawia się nad tokiem wydarzeń z przeszłości oraz nad jego relacjami z ludźmi. Rozmyśla o tym z perspektywy metafizycznej, jak i czysto biologicznej, związanymi z przemijaniem. Odejście ojca naznaczyło cieniem życie Knausgarda (granego przez Jana Dravnela i Sebastiana Pawlaka), ale też zmusiło go do rozważań egzystencjalnych: kim jestem, co robię/zrobiłem, dokąd zmierzam?

Pomagają mu w tym żona Linda (Agnieszka Podsiadlik/Justyna Wasilewska) i przyjaciel (Paweł Smagała). Powoli wsiąkamy w atmosferę spektaklu, którą tak świetnie udało się stworzyć Borczuchowi, a tak kapitalnie podtrzymać doskonałemu aktorsko zespołowi TR Warszawa. Tylko pozornie jest to atmosfera-nic, a postacie bez sensu potykają się o siebie. W rzeczywistości każda z tych osób rozpaczliwie stara się przedrzeć przez barierę inności tego drugiego i samych siebie w sytuacji, gdy pozostaje nam już tylko martwy świat, nieożywiona materia. Tęsknimy za prawdziwym życiem, ale co to dla nas oznacza? Fikcję – zdaje się mówić reżyser. Dobrze to pokazuje pierwsza scena, gdy chłopcy sprzątają dom po ojcu, a wszystko, z czym mają do czynienia to kupa śmierdzących szmat i brudne meble. Albo ta, w której Knausgard zakochuje się w Lindzie. Jak w tej sytuacji obudzić w sobie litość lub zrozumienie i dotrzeć do innego człowieka? Reżyser pokazuje, że czasem to niemożliwe.

 

01-BIEL4399

@TR Warszawa

Jedyne, co jest możliwe, to określenie siebie na nowo. I to się bohaterowi udaje. Wiele miejsca Borczuch pozostawia tekstowi – odczytywanym dialogom, mówionym kwestiom, a nawet próbom obśmiania ich dłużyzn (komentowanych przez samych aktorów). Pozornie słowo jest ważne, i dla głównego bohatera i dla innych postaci, bo jest przecież pisarzem. Bez słowa nie istnieją, tak się przynajmniej wydaje, sądząc choćby z dialogu między Marią Maj a Lechem Łotockim, przeciwstawionym scenie z nagraniem roześmianych, rozgadanych dzieci. Potem jednak widzimy, że słowo jest też materią nieożywioną, nie sposób nim wypełnić pustki po stracie drugiej osoby albo zapełnić uczuć, jakie mamy w stosunku do ukochanej.

Postacie mówią często w pustkę, ich słowa giną lub są jak sparodiowane. Gdzie więc szukać sensu? Tylko miłość jest w stanie nas uratować w obliczu bezradności, chaosu świata czy bezprzyczynowości. Tylko miłość wypełnia nasze życie czymś. Słowa przegrywają z miłością, nie potrafią jej sprostać, ani wyrazić wystarczająco dobrze, by oddać pełnię uczucia (co obrazuje świetna scena z nagim Dravnelem i Justyną Wasilewską w drugiej części spektaklu). Taki też jest sens twórczości Knausgarda – oddać pełnię miłości do świata, do życia, do kobiety, do mężczyzny, do tych jedynych i wyjątkowych osób w naszym życiu, o których możemy powiedzieć, jak on (tu Dravnel): „i że wiem, że zawsze będę cię kochał”.

W tym wymiarze pierwszą część sztuki można uznać za znakomitą. Udane są także momenty, w których miłosne zauroczenie idzie w parze ze zwykłymi, nużącymi czynnościami, tak, żeby pokazać stopień komplikacji uczuć Knausgarda do Lindy. Szczególnie sceny, gdy na ekranie pokazywane są jednocześnie nagrania z warsztatów na temat twórczości Norwega, stają się głównym środkiem wyrazu. Wielowątkowość i chłód wypowiedzi postaci są podobne do charakteru artystycznej wypowiedzi pisarza i jego samego, co sprawia, że zaczynamy patrzeć na jego bohatera jak na kogoś wypranego z uczuć. Doskonale pasuje to do nagrań z warsztatów i tych z roześmianymi dziećmi, a także tych ujęć, które pokazują bohaterów na ekranie grających na bieżąco.

Kłopot mam z drugą częścią, która jest już bardziej rwanym monologiem Knausgarda z samym sobą i o sobie, a to nie było zamierzeniem pisarza. Przegadane dialogi bohatera z jego przyjacielem, zastanawianie się nad tym, czy wydanie książki będzie zgodne z prawem i własnymi intencjami, czy nie, nieskończone rozmowy telefoniczne – to wszystko nuży. Teatralna bańka pryska w zderzeniu z „trzeźwymi” monologami i dłużyznami w sztuce, napięcie siada, klimat nieco rozmywa się. Ale za to ukłony za dobór scen należą się Borczuchowi i dramaturgowi Tomaszowi Śpiewakowi, bo jest tych fragmentów masa: śmierć ojca, kolejne dziewczyny, muzyka, praca, pisanie, pojawienie się dzieci, dialogi z przyjacielem, matką. Wszystkie je łączy wspomniana wyżej pasja życia pisarza: chęć pokazania całej miłości do świata oraz prawdy o sobie i o innych, jaką ta miłość narzuca. I to się reżyserowi udało.

W połączeniu z piękną muzyką (zbliżony prawie do teledysku motyw z „Wicked Games” Chrisa Isaaka powala!) i grą świateł, spektakl przekazuje prawdę o człowieku naszych czasów: miotającym się w poszukiwaniu autentyczności i łaknącym akceptacji samotniku, który jest skazany i sam się skazuje na ciągłą walkę o siebie samego. To, co dominuje przez ponad dwie godziny trwania spektaklu gaśnie w momencie, gdy na scenę wchodzi Knausgard-pisarz (druga część spektaklu). Jego pisarskie rozterki nie dźwigają sztuki wyżej, a szkoda, bo przykryło to nieco świetne wrażenie z pierwszej części. Dziękuję Borczuchowi za pokazanie Knausgarda-człowieka, żałuję, że nie udało się tak dobrze pokazać Knausgarda-pisarza.

Zachęcam do obejrzenia tego znakomitego spektaklu, bo Michał Borczuch znów pokazał w nim klasę jednego z najlepszych polskich reżyserów.

 

635402612224191734

Karl Ove Knausgard

„Moja walka”, reż. Michał Borczuch na podstawie „Min Kamp” Karla Ove Knausgarda, premiera 6 października TR Warszawa/ATM Studio. 8/10

 

zdjęcie na początku strony (spektakl): @Jacek Marczewski/Agencja Gazeta

Chodźcie tu

ZCTktkqTURBXy85MDU4MDEyMTJiNGJjMTgwZDQ4NTBlZDFhNTA1OGNkNC5qcGVnkpUDAM0BCc0Cus0BiJMFzQMgzQHC

Od prawie dwudziestu lat była twarzą i głosem takich projektów, jak Sistars (wspólnie z siostrą Natalią), Pinnawela, Rita Pax czy Archeo. Wreszcie przyszedł czas na solowy album, w którym jej ulubiona czarna muza wybrzmiewa z pełną siłą i na własny rachunek. Paulina Przybysz i jej płyta „Chodź tu”.

Wokalnie Paulina jest tu jak ów pył, który ma się na wietrze mienić z jej piosenki „Pirx” –  jest liryczna, ale i zabawna. Upodabnia się w tym trochę do Janelle Monae,  a rytmicznie do najciekawszych artystów współczesnego soulu i R&B.

Ma też wiele do powiedzenia. Słychać w słowach jej piosenek feministyczne przesłanie do wszystkich kobiet i do świata. Ale nie tylko. Śpiewa też o miłości („Drewno” – „dzisiaj czuję w brzuchu twoje tętno, chodź tu, no chodź tu”). A wychodzi jej to trochę w duchu newjazzu, trochę hip-hopu, a trochę soulful, jak w „Pirxie”, gdzie szczerze (a szczerość to słowo-klucz) śpiewa o tym, że ma wrócić do miłości człowieka, którego już raz kiedyś pokochała, i o tym, że znów mają się mieć.

Rymami wywija też tak, że nie powstydziłby się żaden amerykański raper („ja jestem Przybysz z kosmosu” w „Pirxie”). Elektronika, tłuste bity, werble stoją tu w jednym rzędzie z samplami, brzmieniami wiolonczeli, fortepianu czy odgłosami natury (za produkcję odpowiada m.in. Night Marks Electric Trio i Zamilska). To dzięki nim (i samej Przybysz) znajdziecie tu i dub i dubstep („Saliva”,„Papadamy”), jak i hip-hop („Buy me a song”), dancehall („Dzielne kobiety”), chórki soulowe w „Chokin”, fascynującą zabawę słowem i muzyką w „Pirxie”, „System” i „Dzielne kobiety” („palą się stosy zwęglonej rozkoszy”), rasowe R’n’B w „Drewno”, i niepokojące, szerokie frazowanie – „Kumoi”.

Szkoda, że w pewnym momencie płytę przełamują stylistyczne zabawy, w których piękne melodie zaczynają ginąć w gąszczu muzyki. Odważne produkcje, wspomożone soulowym wokalem, nie zyskują na tym („No Entrance”, „Chokin”).

Ale sam fakt, że Paulina zdecydowała się postawić na własne nazwisko i nagrać tak mainstreamową i udaną płytę, jest znaczący. W końcu daje się poznać jako artystka w 100 procentach wykorzystująca swoje możliwości.

maxresdefault

Paulina Przybysz, „Chodź tu”, Kayax Music, 2017, 7/10

Kulturalne salto mortale

Maslowska _ Jak przejac kontrole nad swiatem_m

@Wydawnictwo Literackie

Trochę późno zabrałam się za nową Masłowską, ale to wszystko przez początek wakacji: okazuje się, że wypoczynek strasznie męczy. Jak się okazuje, w tym czasie Masłowska wykonała salto mortale w głębinach naszej popkultury, i to w iście mistrzowskim stylu.

Książka zatytułowana „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to już drugi Masłowskiej tom, w całości złożony z felietonów, jakie autorka pisała od kilku lat dla strony dwutygodnik.com. Dla nas bada rewiry świata porzuconego na marginesach popkultury. Ze skrawków i wycinków kultury niskiej, śmieciowej albo wręcz zapomnianej buduje jej całkiem zręczny pomnik, nie zapominając o sobie – narratorze tego śmietnika. Udaje jej się ukuć spójną historię o własnych uprzedzeniach i widzeniu tego świata, bez tracenia (ani na minutę) wrodzonego poczucia humoru i co cenniejsze – poczucia obciachu. Taplając się w tym śmietnikowisku kultury zawsze zauważa coś, czego być może postronny obserwator by nie zauważył (lub coś, co ktoś przepatrzył).

z21771026Q,Zabrano-mi-ojczyzne--Przechwycono-jej-symbole--fla

Dorota Masłowska

Obiera sobie za cel pozornie łatwe, zastygłe już w czasie i na małym ekranie legendy, miejsca, ludzi: serial „W labiryncie”, „Big Brothera”, Magdę Gessler, program „Azja Express”, discopolo, zespół Bajm, film „Szamanka”, serial „Dynastia”… Ale przede wszystkim podsłuchuje: ludzi, zdarzenia, ruch uliczny, strzępy rozmów w autobusach, dając nam celną obserwację nas samych, biednych, upozorowanych na uładzonych, „ą-ę” konsumentów tego ścieku popkultury. A słuch Masłowska-pisarka i wokalistka ma świetny. Doskonałe obserwacje natury psychologicznej wykwitają tu jak kwiat szkarłatny na bagnie, opisywanym przez nią z lubością. Czyta się to leciutko, z podziwem dla umiejętności językowych Masłowskiej, która przy całej tej lekkości nie rezygnuje z brawury intelektualnej. Zaskakuje przy tym śmiesznymi metaforami, co nie znaczy, że my wyłącznie rechoczemy: to czasem śmiech przez łzy. I żeby nie było, że Masłowska obwieszcza śmierć popkultury – wręcz przeciwnie, to, że się dobrze bawi, pisząc o niej, świadczy o tym, że ma się ona świetnie.

Czego jeszcze nie wiemy, czego byśmy się  nie mogli dowiedzieć o ostatnich trzydziestu latach życia w Polsce od Masłowskiej? Pisarka jest dzieckiem lat 90. i je głównie opisuje, ale także z zapierającą dech w piersiach dezynwolturą tłumaczy fenomeny popkultury lat ostatnich, wkładając na nie zielony garnitur prezesa PSL-u, Pawlaka, czy wnioski społeczno-polityczne. Pokazuje, że myśmy się tak naprawdę na przełomie tysiącleci i dekad wcale nie zmienili. Że politycznie parliśmy do przodu, a jako społeczeństwo przebieraliśmy się w odświętne ciuchy, ale gdzieś tam w nas wciąż została ta przaśna kultura, której się trochę wstydzimy, a trochę za nią tęsknimy. Ona się z nami zrosła, jak huba z dębem, i nic się na to nie da poradzić.

 

27116_c

kadr z filmu „Szamanka” Andrzeja Żuławskiego

Aż żal, że w takiej książce zabrakło historii na miarę tej z debiutu, jakiegoś zdrowego romansu, który pozwalałby nam trochę przełamać śmietnik romantycznym salonem. Na przykład takiego, w którym pewna dziewczyna wie, że będzie tylko z mężczyzną, którego pokochała i miała go mieć. I że jeszcze będą mogli się znów zobaczyć. Nawet gdyby u Masłowskiej, jak to u niej, historia ta wybrzmiała kampowo albo egzystencjalnie, to i tak byłaby dobrym epilogiem dla tej książki. A dlaczego ta książka, czyli ten zbiór felietonów jest tak dobry? Bo Masłowska już wie, że nic jej nie ogranicza: ani język, ani estetyka, ani target, czyli czytelnik. Jest ona zjawiskiem osobnym, z czego zdaje sobie sprawę doskonale, dlatego zalecam Państwu serdecznie czytać ten tom i jeszcze raz czytać.

Liryka dojrzałego mężczyzny

19186213_0004162178_10

Fleet Foxes

Czwórka ludzi śpiewających i piątka (w porywach) grających na instrumentach – z tego musiało wyjść coś wielkiego. Ich poprzedni album „Helplessness Blues” jest jednym z najważniejszych w tym dziesięcioleciu, a przy okazji jest jednym z najdobitniejszych dowodów na to, jak skołowani jesteśmy u progu kolejnego tysiąclecia. „Crack-Up” pokazuje, że Fleet Foxes to wciąż nu-folkowy band, chociaż jak nigdy wcześniej korzystający z dobrodziejstw world music. Nie warto chyba nawet porównywać specjalnie obu albumów, bo ten, choć nie ustępuje mistrzostwem kompozycyjnym „Helplessness Blues”, mierzy w trochę innego odbiorcę, starszego i dojrzalszego, tak jakby piosenki zestarzały się z chłopakami z zespołu.

 

Przez płytę przewijają się dźwięki bliskowschodnich instrumentów i melodyk, łagodna, przesłodka psychodelia, muzyka Gnawy (jak sam określił to lider grupy Robin Pecknold), jazz, syntezatory („Cassius, -”) i muzyka kameralna. Przypomina to o obecności na alternatywnej scenie kolegów z innych zespołów, które tak udanie miksują różne wpływy w jednym wielkim kulturowym tyglu w piękne, przestrzenne harmonie, podbite gitarami i smyczkami („Kept Woman”, „On Another Ocean (January/June)”), jak u moich ulubieńców z Vampire Weekend, u Justina Vernona i Grizzly Bear. I również, a jakże, byłego członka zespołu, Josha Tillmana aka Father John Misty, który także w tym roku wydał ciekawy album (chociaż nie tak udany jak „Crack-up” jego dawnych znajomych).

Na tej płycie Fleet Foxes pokazują też, jak dojrzewa muzyka, przez lata tworzona w wąskim kręgu przyjaciół. Jak można ją kształtować, zmieniać, opowiadać przez nią niespiesznie swoje historie. O wewnętrznych rozterkach, załamaniach, o polityce, o społeczeństwie w momencie wielkiego rozwarstwienia, o naturze, zabójczym wpływie człowieka na naturę i ziemię, o przyjaźni i o miłości, która jest prawdziwa, jak my – jak w świetnym „I Am All That I Need / Arroyo Seco / Thumbprint Scar”, gdzie śpiewa o tym, jak to jest kochać tylko tego mężczyznę, którego się kiedyś miało mieć, ale nie mogło. I mieć się tylko z tym facetem, z nikim innym:

/„Are you alone?

I don’t believe you

Are you at home, I’ll come right now

I need to see you

Thin as a shim and Scottish pale

Bright white, light like a bridal veil”/

 

Robin Pecknold ma wybitny talent do pisania pięknych piosenek. Album składa się na spójny obraz melancholika u progu stulecia, co tylko dodaje mu literackiej wiarygodności. Piosenki są pisane z pozycji introwetryka, ale płynnie przechodzą między gatunkami i stylami, dzięki czemu absolutnie nie ma mowy o nudzie. Piękna, liryczna płyta – na pewno jedna z najlepszych w 2017.

Idealne miejsce na imprezę

 

Lorde_Constanza_15_(cropped)

Lorde

Oto ukazują się kolejne piosenki z nowej płyty „Melodrama” Lorde. Były już „Liability”, „Green Light”, „Perfect Places”. Właśnie opublikowała kolejną, zatytułowaną „Sober”, w której główną rolę gra syntezator. Ten styl dance jest bardzo mocnym wyznacznikiem utworu i całej płyty, ciekawe, jak zabrzmi na festiwalowych scenach.

 

Podoba mi się ten utwór, bo muzycznie jest w stylu dawnej Lorde – zawadiackiej i pod prąd. Tekst jednak jest już dojrzalszy niż w piosenkach na pierwszej płycie. Opowiada o królu i królowej nocy. „It’s time we danced with the truth” – śpiewa Lorde.  Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Lorde pisze o tym utworze, że był dla niej tak ważny, ponieważ czuła, że to pop, jakiego wcześniej nie słyszała – ta perkusja i to dziwne synkopowanie głosem. „Myślę, że wyraziliśmy emocje jasno – są tu i triumf młodości, i potrzeba zaimponowania komuś, a potem wstyd.”

Trochę tęsknię za tamtą dawną szczeniacką Lorde. Ale z drugiej strony może na nowej płycie znajdą się takie doroślejsze piosenki, jak o tym, że można kochać jeszcze raz kogoś, kogo się kiedyś miało mieć, ale się nie udało – trochę jak na „Green Light”, podbitym szybkim, mocnym pulsem?

 

Nie inaczej jest w „Perfect Places”, którą The Rollingstone nazwał egzystencjalnym hymnem imprez i wyraził się pochwalnie o nim. Lorde, już w ciemniejszej tonacji, śpiewa tu o dramatach imprezujących nastolatków, dochodząc do wniosku, że doświadczenia, związane z narkotykami i piciem na imprezach mogą prowadzić na manowce, chociaż na początku budzą euforię.

Premiera płyty 16 czerwca. Dwa tygodnie po niej Lorde zawita pierwszy raz do Polski, da koncert na Open’erze.

Rzeczy, które muszę mieć

… albo już mam. Dziś napiszę o samych dobrych tytułach, które zgromadziłam przy swoim łóżku do czytania, albo do słuchania, albo o takich, które jeszcze czekają na swoją kolej.

PerfumeGenius_SlipAway_thumbnail_munuir

 „No Shape”, Perfume Genius.

Czwarta płyta mojego ulubieńca, Mike’a Hadreasa, nagrywającego pod pseudonimem Perfume Genius. Nie dajcie się oszukać cieniutkiemu głosikowi diwy, na jaką Mike się niewątpliwie kreuje. Tak, tak – jest diwą środowisk odmieńców, osób homo- i transseksualnych, innych, tak jak dawno temu Antony. Tylko że ten album pokazuje, że Hadreas jest już także, a może przede wszystkim jednym z najważniejszych artystów światowej sceny alternatywnej. Szczerość i intymność zarazem, połączenie instrumentów żywych i elektroniki, instrumentacja jak z opery, alt-popowy sznyt i indiepopowa „piosenkowość” tej płyty każe go zaliczyć do panteonu. I jeszcze te teksty, w których Mike śpiewa, niejako w hołdzie partnerowi, że ma go mieć tylko ten mężczyzna, którego kiedyś pokochał, tylko ten, a nie inny – cud! „I’m here” (Tu jestem), śpiewa Mike w ostatnim utworze, „how weird” (jak dziwnie). I dziwnie i urzekająco o miłości.

„Die 4You”, Perfume Genius

GEN ukryta historia copy

„Gen”.  Siddhartha Mukherjee. Zdumiewająca powieść o historii genu.

Laureat Nagrody Pulitzera za „Cesarza wszech chorób” od dawna interesował się tym, co otrzymaliśmy w spadku od naszych praprapradziadów. Czemu będąc tak podobnymi, tak bardzo się różnimy? I dlaczego dziedziczymy zarówno te dobre, jak i te złe geny, które są odpowiedzialne za powstawanie strasznych, nieuleczalnych chorób? Ciekawostka, że termin genetyka wymyślono późno, dopiero w XIX w. (poch. od genesis, gr.). A potem świat odkrył możliwości eugeniki i manipulowanie ludzkimi genami. To przejście sprawiło, że genetyką zainteresowano się nie tylko w świecie nauki. Dziś to naukowców interesuje jak geny wpływają na ludzką tożsamość, seksualność czy charakter, a nas – kto oraz w jaki sposób może podejmować próby ich zmiany. Mukherjee w fascynujący sposób pokazuje rozwój i perspektywy jednej z najniebezpieczniejszych idei w dziejach. Koniecznie.

2364aa06fc

„Oto jestem”, Jonathan Safran Foer

Blisko 800 stron o powolnej erozji wartości i stanie rozpadu nakręciło we mnie nihilistkę. To książka o tym, że nie ma dwóch takich samych zdarzeń, a to co jest, nie może trwać w nieskończoność. Bardzo lubię Foera, który od debiutu funkcjonował jako cud amerykańskiej literatury. Teraz, po dziesięcioletniej przerwie, powraca ze znakomitym „Oto jestem” – zapisem zmagań pewnej rodziny z własną żydowskością, a głównego bohatera z własną moralnością. Jak na Foera przystało powieść zmierza ku upadkowi, jest notatnikiem śmierci – związku, uczuć, polityki. Nikt tu nikogo po głowie nie gładzi: upadek i zamieranie są stuprocentowo pewne, a zarazem, niby jako nagrodę pocieszenia, czytelnik dostaje piękną opowieść o domu, o żydowskości i lamencie nad jej śmiercią. Foer to zdecydowanie ktoś, kogo chciałabym spotkać osobiście.

542153c3c1194

 „Our Town” Paula i Karol.

Czwarta plyta folkpopowego duetu Kanadyjki i Polaka, Pauli Bialski i Karola Strzemiecznego przynosi ze sobą zwrot w stylistyce. Może nie radykalny, ale brak tu już piosenek takich jak te z debiutanckiego albumu „Overshare”. Album przynosi powiew elektroniki i dance’u. Pełen eklektyzm. Zespół zamienił też nieco instrumentów akustycznych na syntezatory, a np. perskusję na gitarę basową, co przyniosło zmianę brzmienia z folkowego na popowy. Śpiewają o swoich trudnych momentach ostatnich czterech lat, o byciu w poważnym związku i relacjach z bliskimi osobami. Jest też polityka, ale naokoło – na singlowym „Our Town” duet śpiewa o potrzebie zmierzenia się z napięciami społecznymi i naszym nastawieniu do nich. Każda ich kolejna płyta do tej pory była więcej niż udana. Nie inaczej jest tym razem.

„Our town”, Paula i Karol

LStadt_1

„L.Story” L.Stadt.

Czwarta płyta łódzkiego zespołu urzeka. Po prostu. Ci ludzie długo dochodzili do tego, żeby nagrać właśnie taki album – poetycki, pełen skrytych metafor i intymnych wyznań, a zarazem mocny i bogaty w różne brzmienia. Jest i alt rock (choć nie na pierwszym planie), jest mocny akcent elektroniczny, a nawet syntezatorowy („Halo”, „Most”), jest poezja („”Gdybym”) i oczywiście słynne już „Oczy kamienic” – singel, w którym melodia (czy raczej narracja) wpleciona jest w proste tło gitarowe. Bardzo.

„Oczy kamienic”, L.Stadt

Breyten Breytenbach

„Cały czas”, Breyten Breytenbach.

Książka, którą chciałabym bardzo przeczytać, ponieważ jej autorem jest tegoroczny laureat Nagrody im. Herberta, Breyten Breytenbach, a książka ukazała się w polskim tłumaczeniu w 1980 r. Breytenbach jest pisarzem i malarzem, był więźniem politycznym (siedział przez 7 lat w więzieniu w RPA). Pisze w języku afrikaans (przede wszystkim poezję) oraz angielskim (głównie prozę). Jako malarza inspiruje go twórczość Boscha i Goi, wystawiał w wielu galeriach europejskich. Sztuka pisarska łączy się u niego bardzo wyraźnie z malarską. Sam Breytenbach w wywiadach podkreśla, że tym co go uratowało w więzieniu w RPA, wcale nie były wiersze i zastanawianie się, jak przechytrzyć cenzurę (rozmowa z Mileną Rachid Chehab dla „Gazety Wyborczej”). – Żadna poezja, tylko miłość – powiedział Breytenbach.

591d72c665c64

Płyta „nowOsiecka”. Usłyszymy na niej m.in. Monikę Brodkę, Piotra Roguckiego, Krzysztofa Zalewskiego, The Dumplings czy Natalię Przybysz. Ale nie będzie to standardowa płyta z utworami Osieckiej w ujęciu różnych artystów. To będą całkiem nowe aranżacje, a co za tym idzie na nowo zabrzmią w nich znane nam już głosy. Ten album będzie wyróżniać nastawienie wokalistów do kanonu Osieckiej – zupełnie inne, świeże, nowe. W duże mierze po prostu zainspirowane utworami poetki, co otworzyło furtkę artystom z całkiem innej niż piosenkowa półki. Z tym zastrzeżeniem warto pędzić do sklepu po płytę, żeby przekonać się, czy rezultat jest taki, jak zapowiadany.

404c52c59053528daa0e21808f9bf0fb,e_0iy0

Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”

Po głośnym „Jak przestałem kochać design” Marcin Wicha wybrał się w osobistą wycieczkę na zupełnie poważny temat. W tej pięknej książce wspomina swoją mamę i wszystko, co się działo z nią przed i po jej śmierci. Jak to czyni? W dość niepopularny w polskiej literaturze sposób, czyli inwentaryzując rzeczy pozostawione przez matkę. Dotyka ich, opowiada, wspomina. Nie daje się rozpaczy ani pretensjonalnym zawodzeniom. Gdzieś między rzeczowością inwentarysty, a czułością opuszczonego syna plasuje się ta rzadka w swej szlachetności książka o wielkim braku. Braku człowieka.