Lekkie jak puch, twarde jak kamień

imgres

Sophia Kennedy

Tym razem chcę napisać o dwóch płytach, które mnie mile połechtały w ostatnich dniach, każda na swój sposób. Jedna to debiut Sophii Kennedy, kompozytorki i filmoznawczyni z Hamburga, druga to debiut polskiego duetu Sorja Morja. I jedna i druga płyta wpisuje się w nurt dobrego popu spod znaku alt i dream raczej niż obowiązującego na listach, więc sukcesów sprzedażowych nie można tu wróżyć. Ale nie szkodzi – słucha się świetnie, i o to głównie nam chodzi.

2013-10-16_15-04-17_sophia_kennedybimbi_gardel

Sophia Kennedy „Sophia Kennedy”

Ten debiut ma kilka głównych tematów, opisanych mocnym głosem Sophii i delikatną elektroniką w tle. A do tego niezwykła osobowość i wrażliwość w popowym albumie. Popowym, ale jednak w jej piosenkach pojawiają się wpływy amerykańskiej awangardy, poezja, stylizacje jak u sióstr Casady, różne rytmy (nawet brazylijskie) i różne instrumenty i głosy (klawisze, wielogłosy, harmonizowanie głosem, wiolonczele, harfy, smyczki przeciwstawione elektronicznym hałasom i cyfrowemu pogłosowi), trochę jak u Stereolab. W tym gąszczu znaków brzmieniowych i rozpoznawczych da się wyczytać głęboki sens muzyki Kennedy, która do niedawna studiowała film w Hamburgu, a obecnie jest kompozytorką muzyki teatralnej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodzi z Baltimore, a jej debiut wyszedł w w Pampa Records, labelu znanym głównie z nagrań techno.

Trailer albumu „Sophia Kennedy”

Mając za sobą tak przemieszaną przeszłość i tak nietypowe podejście do muzyki Sophie śpiewa przejmująco, a zarazem z dystansem o złamanym sercu, o tęsknocie za domem i stałym miejscu w życiu przy tej właściwej osobie, o tym, jak to jest być kimś wyjątkowym i samotnym zarazem („Being lonely makes you special/But being special makes you lonely too ”). Jej śpiew jest prosty, ale nie ma w sobie nic taniego, chociaż czasem brzmi sentymentalnie („Build Me a House” – „Build me a house/ where I can live in”). W tej piosence, jednej z najlepszych na płycie, Sophie śpiewa o tym, jak kochać się z kimś, o kim wiesz, że masz go mieć jeszcze jeden raz w życiu.

url

Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz jako Sorja Morja („Sorja”)

Trochę podobnie dla mnie brzmi płyta polskiego zespołu Sorja Morja, czyli reprezentantów Thin Man Records. Ten debiut Ewy Sadowskiej i Szymona Lechowicza, zatytułowany „Sorja”  powstawał w latach 2014-2016 i składa się z dziesięciu krótkich utworów. Delikatne (dość delikatne) i pastelowe piosenki to jedno z odkryć w polskiej wiośnie 2017 (mimo, że poprzedzały je świetne single, więc teoretycznie zdziwienia nie powinno być w ogóle).

„Australia”

Ich „Australia”, z dwugłosem (gitar i głosów ludzkich) i syntezatorem w tle przypomina trochę dawne dokonania Stereolab. Przypomina ich też trochę oscylująca wokół jednego motywu linia melodyczna. Aż dziwne, że ten efekt udało się osiągnąć tak skromnymi środkami. Szybka „Śmierć” z gościnnym udziałem Sena Morimoto na saksofonie przypomina o jeszcze lepszym rodowodzie duetu – lata 80. na gitarach, w rytmice i w harmoniach. Wszystko lekko wokół dream popu, a zarazem tak niezależne, jak się tylko da. Świetne, olewcze teksty („Australia”) – gdy są wyśpiewywane, wydaje się, że są lekkie jak puch, a w rzeczywistości są twarde niczym kamień. Krótkie utwory, spięte, zwarte melodycznie piosenki („Człowiek-wilk”).

Czego chcieć więcej? Może tylko jednej poważnej piosenki o miłości, która ma się zdarzyć jeszcze jeden raz – jak u Sophii Kennedy – ale na to chyba w tej muzyce koniunktury brak u nas na razie, więc pozostańmy przy blisko 24 minutach przekazu duetu, który miał szansę nagrać jedną z najmilej brzmiących polskich płyt roku i ją dobrze wykorzystał.

15740394f6

Pijany funk

thundercat-main

Kiedy wszyscy zastanawiają się nad line-upem Coachelli, ja postanawiam powęszyć wśród zagranicznych albumów ulubionych wykonawców, którzy znaleźli się wśród wyszukanego gwiazdozbioru festiwalowego. Kimś takim jest Thundercat, który w tym roku, razem z Michaelem McDonaldem, zawojował scenę Coachelli.

O Thundercatcie pisałam blisko dwa lata temu, przy okazji premiery jego drugiego albumu „The Beyond/Where The Giants Roam”.  Basista współpracujący blisko z Flying Lotusem i Kamasim Washingtonem nagrał wówczas dość smutną, uduchowioną płytę, zainspirowaną pożegnaniem z przyjacielem:

 

Nowy album, zatytułowany „Drunk” jest zupełnie inny. To faktycznie, zgodnie z tytułem taka pijana wyprawa w świat dźwięków, emocji, doznań. Bardzo różnorodna i aż kipiąca od inspiracji  – styl funky lat 70., R’nB, flower-power lat 60, mięsistego fusion, i hip-hopu – i społecznych komentarzy, włączając w to te o czarnych i Ameryce czarnych ludzi.

 

 

Muszę przyznać, że to jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. „Drunk” słucha się przedziwnie lekko – 23 ścieżki mkną szybko, mimo dużego zróżnicowania materiału, może dlatego, że stapiają się melodycznie i dramaturgicznie w jedną historię. Nad tym wszystkim góruje głos Thundercata, spajający opowieści o muzyce, dyskryminacji, piciu w barach, narkotykach i miłosnej przygodzie, którą ma powtórzyć i jeszcze jeden raz ją przeżyć. To daje nam w rezultacie taki koncept album przy współudziale najznakomitszych gwiazd jego pokolenia (w „Walk On By” wystąpił Kendrick Lamar, w „The Turn Down” – Pharell Williams). Thundercat funduje nam tu cały kołowrót nastrojów, od zabawy po zadumę. Kapitalny album, który można polecić każdemu i do którego chce się wracać.

 

Arka miłości

OC0guCZ

Nowy album londyńskiego mistrza dream- i noise popu, Arki, to arcydzieło. Płyta zatytułowana „Arca” dopiero się ukazała, a już wzbudza emocje, i nie dziwię się. Arca, czyli Alejandro Ghersi, wywodzi się z międzynarodowej sceny DJ-skiej, która swoje korzenie miała w Wenezueli. Tam Arca, Wenezuelczyk z pochodzenia, zaczynał grać swoje romantyczne sety, rozpięte, jak pajęczyna, na osnowie z elektroniki i wokaliz. Tutaj utwór „Piel” z nowego albumu:

Na nowej płycie wraca do dawnych lat, ale łączy je, na zasadzie – piękno poprzez kontrast – z elektronicznym tłem i na nowo odkrytym głosem. Piosenki są z jednej strony zachowawcze, typowe, brzmią jak kołysanki. Z drugiej strony, trudno o bardziej eksperymentalne i rozwalające bariery gatunku rozwiązania. Słyszymy tu organy, klasyczne instrumenty, jak smyczki czy fortepiany, które sąsiadują z najbardziej sztucznymi efektami, jakie można wymyślić. Rytm jest dyskretnie połamany w niewielu miejscach, ale tak, że ciarki przechodzą. To wszystko podbite jest głosem Alejandro, niesamowitym, rejestrującym każdy szloch czy westchnienie wydobywające się z ust właściciela. Alejandro steruje nim, jak chce, jak mu serce podpowiada, nie ma w tym nic wykoncypowanego ani zaplanowanego. Wpływ na to na pewno miał fakt, że Arca ma klasyczne wykształcenie muzyczne, co szczególnie słychać w jego własnej muzyce (ech, ci romantycy!):

Anoche”, Arca

Ale głos tutaj to nie tylko  narzędzie do przetwarzania i ogłaszania światu jego muzyki – to całe laboratorium emocji, ekspresji i archiwum jego artystycznych uniesień z całego życia. Są momenty, w których sopran Alejandro celowo „skrobie” po szybie, wywołując zgrzyty, ale są i takie, w których sięga chmur i to są niebiańskie chwile.

Osobną sprawą są teksty. Arca śpiewa o miłości, tęsknocie, pożądaniu, jakby szedł na wojnę. Zresztą i miłość jest u niego jak jedna wielka rana, odniesiona podczas tej wojny, którą próbuje zaleczyć. W piosenkach, które raz brzmią jak wezwanie do modlitwy, innym razem jak inkantacja, a za moment jak dobry kawałek popu („Desafio”) sprawdza się to idealnie, bo jest tyleż nieprzewidywalne, co wzniosłe. Przypomina mi w nich Federico Garcię Lorcę, którego przedwojenne sonety podobnie jak Arki, też sławią miłość tajemniczą, inną, nieznaną. W „Anoche” Arca śpiewa (tłum. z hiszpańskiego):

„I dreamed  of you last night

Your figure and your arms

I missed you last night

Although I have not met you yet

/Marzyłem o tobie ostatniej nocy,

o twoim ciele i ramionach,

tęskniłem za tobą ostatniej nocy,

chociaż jeszcze cię nie spotkałem/

A Federico Garcia Lorca w Sonecie gongoryjskim pisze:

Ślę ci gołąbka z Turii, jest mały i lekki,

ma słodkie oczka, pióra białości ma lśniącej

przerzuć go na laur grecki, poddaj grze łączącej,

z ogniem miłości mojej, co wolny, a wielki,

ptaszka niewinna cnota, szyi puszek miękki,

w podwójnym miąższu jej piany gorącej

drżeniem szronu, perły i mgły gęstniejącej,

podkreśla brak ust twoich i ciebie brak ciężki

Pogładźże dłonią tę biel niewinności,

a wnet zobaczysz, jaką śnieżystą melodię

on sypał będzie w płatkach po twojej piękności.

Przez noc i przez dzień cały, zawsze serce moje

trwające w mrocznym więzieniu miłości

płacze za tobą, łzami karmiąc melancholię.”

Wiosna, ach to Ty!

Karl_Ove_Knausgård

Tym razem Karl Ove Knausgård nie zadziwia ani nie zaskakuje. Co nie znaczy, że przynudza, broń Boże. Wręcz przeciwnie. Epistolarna literatura, pokawałkowana na cztery części, poświęcona nowo narodzonej córce pisarza, to w wiosennej odsłonie nadal czysta miłość ojca do córki i do świata. I w dodatku czyta się ją jak dobrą powieść obyczajową.

W „Mojej walce” Knausgårdowi chodziło o czyste emocje, w „Wiośnie” chodzi o relacje. Tym, którzy kaprysili po ukazaniu się pierwszego tomu cyklu, „Jesieni”, serdecznie polecam „Wiosnę”. To już nie są oderwane od siebie historie, tylko opis jednego dnia z życia rodziny, od wschodu do zachodu słońca. Knausgård ukrył w nim całe piękno dojrzewania do miłości i do rodzicielstwa, łącznie z ich ciemną stroną. Poprzednie zarzuty o banalność tej prozy, formułowane przy okazji premiery poprzednich tomów, „Jesieni” i „Zimy”, w tym kontekście wydają mi się niezrozumiałe.

Jest to po prostu inna proza niż „Moja walka”, mniej gniewna, bardziej intymna, taka, w której emocje są ukryte w maksymalnie zobiektywizowanych obserwacjach pisarza. Prawdziwa głębia uczuć kryje się tu w najprostszych czynnościach – rozmowie z ukochaną osobą czy porannej rutynie. Knausgård krok po kroku odkrywa przed nami świat swoich emocji, delikatnie wyważając ich siłę, dzięki czemu nie czujemy się nimi tak przytłoczeni, jak miało to miejsce w „Mojej walce”.

Podoba mi się też poetycki sposób, w jaki Knausgård tłumaczy świat swojej trzymiesięcznej córce: „[…] Gdy słońce wisiało po zachodniej stronie nieba, o intensywniejszej barwie niż kiedykolwiek wcześniej tego dnia, pomarańczowej z delikatnym czerwonawym odcieniem, wiatr zupełnie ucichł.

Słucham tych fraz (poleca się słuchać raczej niż czytać to czyste piękno), piję kawę na ławce, jak Knausgård, i myślę sobie: wiosno, cieszę się, że jeszcze się może kiedyś zobaczymy.

Angielska muzyka, polska miłość

z14478858qraphael-roginski 

Raphael Rogiński, gitarzysta

Nowy album Raphaela Rogińskiego, tym razem poświęcony barokowemu kompozytorowi Henry’emu Purcellowi, to nie tylko dowód na to, że muzyka dawna w każdej postaci fascynuje wielu muzyków. Jest to płyta tak niedoskonale doskonała, że wciąż muszę do niej wracać. Uwiera mnie jej delikatność i zwiewność, ale jej ulegam każdego dnia na nowo. Przyciąga mnie jej smutek i obietnica czegoś niedopowiedzianego, wciąga jej mrok i żałość wyśpiewanych przez Olgę Mysłowską motywów. To teraz mój ukochany album.

Intymna – tak nazywa swój związek z muzyką znad Tamizy Raphael. W wywiadach tłumaczy, że odnajduje wciąż te same rzeczy w muzyce Dead Can Dance i Joy Division, Berta Janscha i Led Zeppelin, PJ Harvey i Traffic, ale też i Henry’ego Purcella i Johna Dowlanda i Williama Byrda. Zapewne wzięło to swój początek w jego zafascynowaniu latami 60., ale nie tylko. „Brzmienie” angielskiej poezji i muzyki jest podobne, słowa i muzyka prowadzą nas gdzieś między mroczne bagna, leśne ostępy i neolityczne kurhany. Słusznie zauważa Rogiński, że współczesnym Anglikom to brzmienie może być obce, ale nie szkodzi, bo kulturowa ciągłość zostaje w nim jakoś przedziwnie zachowana, m.in. dzięki takim właśnie nagraniom, jak to – „Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebastian Witkowski)”.

Co różni ten album z muzyką Purcella od innych? Współczesne podejście wykonawców do barokowych melodii. W przeciwieństwie do klasycznych, ortodoksyjnych nagrań nie chodzi w nim w ogóle o cyzelowanie, pieszczenie fraz czy wyrafinowane techniki gry czy śpiewu. Chodzi za to o oddanie zwyczajnych, ludzkich, głęboko skrytych emocji w bardzo indywidualny sposób. Miłość, żal, tęsknota konkretyzują się tu w jedną lejącą się rzekę współbrzmień („Music for a While”). Odległy i zdystansowany, mantryczny śpiew Olgi Mysłowskiej tworzy piękny kontrapunkt do gitary Raphaela, a klawisze, na których zagrał Sebastian Witkowski, dodają tej muzyce gotyckiego mroku. Purcell przetransponowany na gotycko-współczesny teren ma głęboki sens. Jest nim wydobywanie na wierzch i odkurzanie uczuć, które wcale nie są dziś czymś tak bardzo innym niż były kiedyś. Tylko my zapomnieliśmy je naprawdę przeżywać i o nich mówić prawdziwie i szczerze. Jak mówi Rogiński – dziś są one spłaszczone, a za czasów Purcella były owiane mgłą cudów i magii, pożądania i tęsknoty. To myśmy zrobili z nich produkty spożywcze, a Purcell i jemu współcześni pojmowali je naturalnie, takimi, jakimi naprawdę są.

ar-160709436

Olga Mysłowska, wokalistka

Dlatego dźwięki gitary Rogińskiego brzmią tutaj jak próba przywrócenia magii tej muzyce. Bardzo udana próba. Piętnaście „kawałków”, od pavany, przez menuety, arie, po sarabandy, wcale się nie dłuży, wręcz przeciwnie. Każdy z kolejnych utworów wciąga głębiej w świat dekadenckich przeżyć miłosnych mistrza znad Tamizy. Całość dzielą trzy pavany Alfonso Ferrabosco, jedna zaczyna cykl, druga dzieli go w połowie, trzecia kończy. Są tutaj oczywiście i „Lament Dydony” i „What a Sad Fate” i „Charon the Peaceful Shade Invites”. Bardzo ciekawie brzmią te z nich, zaśpiewane przez bardzo utalentowaną wokalistkę Olgę Mysłowską (dawniej Polpo Motel), którą interesują wszelkie projekty scalające śpiew barokowy i muzykę współczesną, np. elektronikę. Na pewno jest to jedna z najważniejszych płyt wydanych w tym roku, zaraz zresztą po nagranym przez Rogińskiego i Genowefę Lenarcik projekcie Żywizna, będącym hołdem dla kurpiowszczyzny, „Zaświeć, Niesiącku…”. O, na marginesie – na albumie z Lenarcik też śpiewa się i gra dużo o miłości absolutnej. Chapeau bas, Raphaelu!

„Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebastian Witkowski)”, wyd. Bołt Records, 2017.

Człowiek, który wrócił do gwiazd

gareth_evans_david_bowie

David Bowie /fot.: Gavine Evans/

Jeśli się kiedyś zastanawialiście, jaki był największy i najbardziej wpływowy artysta XX w., to odpowiedź brzmi: David Bowie. Piszę to, nie tylko zainspirowana niedawno wyemitowanym filmem BBC pt. „David Bowie – The Five Years”, pokazującym pięć najważniejszych lat kariery artysty. BBC zamówiło dokument na pierwszą rocznicę śmierci Bowiego – 10 stycznia 2017 roku. Piszę to zainspirowana także pośmiertną EP-ką, z której właśnie dostajemy utwór i klip (to ważne) zatytułowany „No Plan”. Bowie śpiewa w nim słowa, które brzmią niczym memento: „Tutaj, nie ma muzyki tu, jestem zagubiony w strumieniach dźwięków. Tutaj, czy jestem nigdzie teraz? Bez planu. Gdziekolwiek pójdę, jestem właśnie gdzieś, właśnie tam”

Here, there’s no music here
I’m lost in streams of sound

Here, am I nowhere now?
No plan
Wherever I may go
Just where, just there
I am

Nic dziwnego, że pojawieniu się tych nowych utworów towarzyszą jakieś mistyczne skojarzenia fanów: gdziekolwiek jest teraz Bowie, musi pisać nadal piękną muzykę.

Żadnemu współczesnemu artyście nie udała się ta sztuka: być totalnym outsiderem, a zarazem tworzyć muzykę, która trafiała do serc i umysłów ludzi na całym świecie, czyli popularną. Nie chodzi już nawet o liczbę albumów czy kreatywność, chociaż przecież wydał ponad 20 płyt. Od „Hunky Dory”, przez „Space Oddity” (z wielkim, tytułowym numerem, musiała jednak trochę poczekać na swój sukces w USA, zbieżny z misją Apollo), „Ziggy Stardust” (tym razem to Anglicy potrzebowali jakiejś odtrutki na napierający konserwatyzm), przez etap „chudego białego księcia” (ilości zażywanej przez Davida kokainy w „Station to Station” zbiegły się z wojną z menedżerami Bowiego) przez piosenkę „Fame”, która dała mu prawdziwą sławę w USA (inni spoczęliby na laurach czyli na soulowo-funkowym brzmieniu tej pieśni, które Stany pokochały – inni, ale nie on) po „The Man Who Fell To Earth” – romantyczną historię miłosną, jak sam ją opisywał, berlińsko-amerykańskie lata z Iggym Poppem, któremu pomógł rozkręcić karierę („Nie był osobą, która by zmarnowała choćby kawałek muzyki” – wspomina z rozrzewnieniem berliński okres Pop), czas Pig Machine, wreszcie „The Next Day” i „Blackstar”.

iggy_david

Iggy Pop i David Bowie z okresu „Lust For Life”, płyty zrobionej dzięki i przy wsparciu Bowiego

Wszystko to brzmi imponująco, ale wciąż nie oddaje tego, jaki był, jak pracował, czym był jako performer (tak się określał), wykonawca, odtwórca wielu ról, które sobie stworzył na potrzeby sceniczne. I tego, dlaczego dzieciaki, a potem i dorośli, latały za nim z koncertów na koncert z rudymi grzywami, potem w srebrnych kurtach kosmicznych, potem w garniturach i kapeluszach. Jeden z bohaterów filmu o Bowiem mówi: „Był uroczy, wyrazisty, inteligentny, nie przytłaczał osobowością. Ale tak naprawdę tylko garstka ludzi wiedziała, jaki był naprawdę”. Jest to tak samo trudno uchwytne jak to, że we wszystkim był zawsze o krok do przodu.

Był pierwszym artystą, który na serio zaprzęgł komputery do piosenek i zainteresował się internetem (przypomnę jego wypowiedzi o Napsterze, piractwie i wielkich wytwórniach), pierwszym, który na serio zainwestował w biznes muzyczny, stając się swoim własnym menedżerem, pierwszym, który wypuścił na rynek własne obligacje (1997 r.), pierwszym, który utwierdzał co kilka lat swoją reputację wizjonera, sięgającego daleko poza muzykę.

Nigdy nie odcinał kuponów od swojej sławy, zawsze słuchał młodych zespołów i potrafił bez lęku angażować się do projektów, co do których nikt nie miał pewności, czy wypalą. Tylnymi drzwiami wprowadzał do świata każdą z kolejnych epok muzycznych, na które miał wpływ: cóż znaczyłyby psychodeliczne lata 70. bez Ziggy’ego Stardusta i Major Toma – alter ego Davida i zarazem bohaterów jego piosenek?

David Bowie w „Space Oddity”

A zarazem był facetem, który – prócz występować – uwielbiał całe dnie spędzać po prostu na pisaniu piosenek, bo był w tym genialny. Czy to była jego druga twarz? A nawet inna strona osobowości? Możliwe. Przecież dla wielu wówczas był człowiekiem, który spadł na ziemię i przyjaźnił się z kosmitami. Sam do późnej młodości opowiadał o tym, że widział gdzieś, kiedyś statki kosmiczne. „Starman” (człowiek z gwiazd) trzymał się mocno swojej wersji siebie. Paradoksalnie nigdy nie pozwalał też, żeby muzyka, praca w jakikolwiek sposób „weszła” mu na psychikę. Był w tym konsekwentny.

 

life_on_mars

David w „Life On Mars?”

Gdy teraz o tym myślę, nie wydaje mi się dziwne wcale, że tekst „No Plan” to subtelna aluzja do piosenki „Starman” z płyty „Ziggy Stardust”. To przypomniało mi o fragmencie innego filmu, „David Bowie: The Man Who Changed The World” Soni Anderson, w którym jeden z dziennikarzy analizuje inne teksty Bowiego, udowadniając nie tylko, że miał niezwykłą łatwość do pisania odrealnionych lub apokaliptycznych poetyckich tekstów, ale też, że były to teksty prorocze, śmieszne, uniwersalne, bywały do bólu prawdziwe i zawsze literacko doskonałe.

„Potrafił je pisać spod palca” – powiedział dziennikarz. Jak ten fragment „Life On Mars?”, gdzie Bowie kreśli wizję imperialistycznej Ameryki i milionowej szarej masy (myszy) zamierzającej się na „najświętsze” angielskie wartości (w rzeczywistości piosenka miała być satyrą na „My Way”, przebój Franka Sinatry):

 

See the mice in their million hordes
From Ibiza to the Norfolk Broads
Rule Britannia is out of bounds
To my mother, my dog, and clowns

 

Jeśli ktoś chce zobaczyć film o najważniejszych pięciu latach w karierze Bowiego (datowanych między kilkoma dekadami), to może to uczynić pod tym linkiem:

David Bowie – The Five Years

Wypowiadają się tam (z gitarami w rękach) wszyscy jego najważniejsi współpracownicy, co daje miłe poczucie, że obcujemy z odtwarzaniem legendy na żywo. A raczej dekonstruowaniem jej i tworzeniem na nowo. Bardzo fajna przygoda.

A o innych ostatnich utworach Bowiego pisałam m.in. tu:

Łazarz Bowie

Wszystko, co najważniejsze

image

Justin Vernon

Ten rok upłynął tak szybko, że nie zdołałam zarejestrować wszystkiego w muzyce, co dla mnie ważne. Po krótkim zastanowieniu wybrałam sobie jednak kilka płyt, z tego i zeszłego roku, których chciałabym słuchać częściej, i takich, których styl i brzmienie są mi szczególnie bliskie. Oto one:

Bon Iver, „22, A Million”.

Krytycy narzekają, że Justin Vernon wykonał krok w tył od czasu „For Emma, Forever Ago”. Nic bardziej mylnego. Korzystając z różnych cudów brzmieniowych folkatroniki i własnych, świetnych pomysłów na kompozycje, stworzył krótki, intymny album o rozpoznawalnym języku. Cała, dość różnorodna płyta dobrze oddaje też podejście Vernona do bycia za pan brat z publicznością: sławę znosi jako tako, niemal pod przymusem, a kluczowa jest dla niego właściwie treść i brzmienie własnych piosenek. Album do odsłuchania tu:

 

Frank Ocean „Blonde”.

Jest to tak fantastyczna rzecz, że jej pojawienie się momentalnie odesłało do narożnika całe rapersko-soulowe towarzystwo zza oceanu. Frank ma w tym roku ostrą konkurencję w postaci Tylera The Creatora czy J. Cole’a (jego płyta „4Your Eyes Only” ukaże się dopiero za kilka dni). Ale w zasadzie żadna z tych płyt nie da się porównać z „Blonde”, bardzo szczerym, świetnym muzycznie albumem (zaraz po nim Frank wydał płytę wizualną zatytułowaną  „Endless”)Słuchając „Siegfrieda” z „Blonde” ma się wrażenie, jakby tekst i wokal pisane i śpiewane były osobno, a podkład i basy osobno. Idzie to w dwóch różnych kierunkach, a jednak razem. Niesamowite nagranie, które jasno pokazuje, jak długą drogę pokonał Frank Ocean w ciągu zaledwie 3-4 lat od czasu wydania poprzedniego albumu „Channel ORANGE”: od chłopaka z przedmieścia, geniusza hip hopu, R&B i neosoulu, który ma koncie sporo eklektycznych przebojów do dojrzałego artysty.

„Nikes” z  albumu „Blonde”:

 

Tu dla porównania Frank Ocean sprzed 4 lat w programie Saturday Night Live:

 

Ten Typ Mes „Ała”:

O Piotrze Szmidcie czyli Ten Typ Mesie napisano już wiele poematów po wydaniu tego albumu. Dodam więc tylko, że najlepszy polski raper, prócz tego, że w swoich tekstach dorósł i jest zaangażowanym publicystą, to potrafi do tego pisać i śpiewać o samym sobie samym i swoich problemach tak, jak niewielu tekściarzy w kraju. Na przykład tu:

Póki nikt nie sprawia, ze sie śmiejesz,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz, tak jak on,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz,
Nikt nie sprawia, że się śmiejesz, tak, jak ona

Ciebie mogę słuchać godzinami,
Wiem, to miłe, nie dziękuj.

 

 

A muzyka? Intrygujący splot elektroniki, lekko jazzujących brzmień, trapu, żywych instrumentów (nowa zajawka Ten Typ Mesa), ciekawych beatów i oldschoolowych klawiszy. Wszystko w kontrze do każdego materiału rapowego, jaki słyszeliście w Polsce. Jak tu:

 

Na sam koniec – duuużo stylistycznego eklektyzmu, czyli neofolk w wykonie najlepszego polskiego gitarzysty Raphaela Rogińskiego i śpiewaczki kurpiowskiej Genowefy Lenarcik w projekcie Żywizna na płycie „Zaświeć niesiącku”, a także wspólny album Adama Struga i  kwartetu grającego muzykę współczesną Kwadrofonik pt. „Requiem ludowe” (ukazał się w kwietniu zeszłego roku). Nie potrafię wybrać, który projekt zabrałabym w odtwarzaczu na bezludną wyspę, bo oba są nieskończenie doskonałe. Raphaelowi i pani Genowefie udała się rzadka sztuka przemienienia czasu, dziejącego się na płycie, w czas mityczny, który nie ma wiele wspólnego z tym rzeczywistym. Zupełnie jakbyśmy się zaczytali w prozie Bruno Schulza i nie mogli się wyrwać z tego transowego tekstu (tu brzmienia).

Oto przykład:

Zaś „Requiem ludowe” to udane nawiązanie do szlachetnej ludowości i treści sakralnych, przypominające trochę aranżacją dzieła kameralne Henryka Mikołaja Góreckiego, a trochę Pawła Łukaszewskiego. Pieśni z XIX-wiecznego śpiewnika ubrano w niepokojący neotonalizm, a nawet miejscami muzykę konkretną, z jednej strony, a z drugiej – w ujmującą prostotę, żałobny charakter fraz, rozciągniętych w czasie, sprawiających wrażenie, jakby ich zadaniem było napiąć a następnie rozluźnić wszystkie nerwy słuchacza. Wszystko to, plus fantastyczny głos Struga sprawia, że album ten zasługuje na miano jednego z najważniejszych z polską muzyką współczesną ostatnich lat, w pełni zasługującego na ubiegłorocznego Fryderyka. A tak się tego słucha (utwór „Wieczność”):

 

Dopiszę na szybko jeszcze tę perełkę w postaci Childish Gambino i jego płyty „Awaken, My Love!”. Jedna z płyt roku, ktory sie nie zakończył, więc jeszcze nic nie jest przesądzone. Oto zaledwie mały, przepiękny fragment z tego albumu:

Ostatnia rodzina

ostatnia-rodzina-foto-hubert-komerski-1

 Andrzej Seweryn w roli Zdzisława Beksińskiego, @foto: Hubert Komerski

Tym filmem już się wszyscy nazachwycali. I jest czym. Po pokazie „Ostatniej rodziny” Jana P. Matuszyńskiego wiem, dlaczego. Opowiada o miłości, a raczej tęsknocie za nią. O śmierci i jej twórczym okiełznaniu. O życiu i życia przekleństwie lub błogosławieństwie – zależy, jak na nie patrzymy.

Na początku świetnej książki Magdaleny Grzebałkowskiej „Beksińscy. Portret podwójny”, w rozdziale „Po wojnie”, pada zdanie Zdzisława Beksińskiego:

Tajemnica, transcendent, rzeczy niewyjaśnione, wszelkiej maści mętniactwo jest to coś, na dźwięk i widok czego dostaję dreszczu podniecenia. Nic na to nie poradzę. Dziady Mickiewicza tak długo podobały mi się w szkole, dopóki nauczyciel nie wyjaśnił nam, co to jest i do czego. Na całe szczęście nie potrafił wyjaśnić wszystkiego.

A na początku filmu o Beksińskich patrzymy na Zdzisława (Andrzej Seweryn), który w rozmowie z przyjacielem opowiada o swojej częstej fantazji. To jest klamra spinająca film. W końcówce filmu bohaterowie wracają do tej rozmowy i Beksiński tłumaczy, że każdy z nas ma przecież swoje ukryte pragnienia.

I ojciec i syn borykają się tu z tajemnicą bytu i transcendencją. W tym są bardzo podobni. Dla każdego z nich śmierć jest swoistą obsesją, otaczają ich ciągły lęk i fascynacja śmiercią (przemijanie to zresztą leitmotiv filmu). Tomek reaguje na to zaburzeniami depresyjnymi, a jego ojciec sprawia sobie kamerę i wciąż filmuje to, co się dzieje wokół niego. Ale „Ostatnia rodzina” genialnie pokazuje różnicę między Zdzisławem, światowej sławy malarzem apokaliptycznych obrazów, a wycofanym i trudnym synem Tomaszem, kultowym dziennikarzem. Ten pierwszy dostał i wykorzystał narzędzia do radzenia sobie z lękami – pędzel, płótno, muzykę, studio, kamerę, troskliwą żonę. A w obliczu nadmiaru zobojętnienie na bodźce.

Ten drugi w sferze uczuć zachowywał się tak, jakby nie dostał prawie nic (w rzeczywistości rodzice dbali bardzo o jedynaka). Miłości ukochanej kobiety też nie. Miłości idealnej, o której wciąż marzył, też nie. Nie potrafił dostrzec w bliskich żadnego dobra, żadnego sensu życia. Śmierć dopadła go na przełomie wieków, bo nie potrafił żyć w świecie prawdziwych uczuć, wszystko rozgrywał w swojej wyobraźni. Nie wiedząc, że sam był – jak opowiadała w książce Grzebałkowskiej Nadkobieta, czyli narzeczona Tomasza – dużym, rozwydrzonym dzieckiem. Reżyser filmu nie idzie jednak tak daleko w przypuszczeniach, co zabiło Tomka.

0004nrb19mcu8nly-c122

Rodzina Beksińskich: Zdzisław, Tomasz, Zofia

Jest w filmie scena, którą rozgrywają obaj, ojciec i syn, każdy na swój sposób. Na podłodze leży martwa już Zofia Beksińska. Beksiński dzwoni do syna, ale nawet nie usiłuje wezwać pogotowia. Tomek rozpacza, chce się przytulić do ojca, który go odrzuca. Widać, że chłód i dystans ojca nie jest tu przypadkowy i nie pierwszy raz Tomaszowi brakuje wsparcia obojętnego taty. Śmierć, która zbiera w „Ostatniej rodzinie” obfite żniwo, wyznacza kolejne etapy tragedii. Kończą ją samobójstwo Tomka, a potem konanie Zdzisława od serii morderczych uderzeń nożem w tors. 

Czym jest ta śmierć tutaj? Czymś między próbą oswojenia przemijania w naszym życiu, a opanowaniem lęku przed nią. Tak, jakby bohaterowie uczyli się głaskać groźnego psa. Radzą sobie z tym różnie, i widać, że najlepiej z nich wypada w tym tańcu ze śmiercią Zdzisław (nawet lepiej od żony), który na płótna przelewa i lęk, i fascynację ciemną stroną nas samych, i śmiercią, omijając rzeczywistych ludzi. Zamyka się w swojej sztuce jak w bańce, broniąc innym dostępu do swoich głębszych uczuć. Jest tak, jak mówił dziennikarzom w 1966 roku: „Jestem typem emocjonalnym, interesują mnie wzruszenia”.

Dla mnie jedna z ważnych scen w filmie to ta, gdzie Beksińscy, mama i tata, rozmawiają bardzo łagodnie z synem o sensie życia i o miłości, której Tomaszowi brakuje. Opowiada matce o problemach z dziewczyną. Tomasz „Nosferatu” Beksiński (który na drzwiach pokoju ma własną klepsydrę-żart oznajmiającą o jego śmierci w wieku 18 lat) mówi tu o sobie złowróżbnie: „Mnie tu już chyba w ogóle nie ma, ja jestem jak swój własny trup”. Zofia tłumaczy, że nie ma miłości idealnej, że synek niepotrzebnie się denerwuje, że do miłości to jest długa, długa droga. Ale Tomek nie słucha. Wyzywa matkę, zionie nienawiścią do świata.

Nie bez przyczyny mówi się o nim: Dr Jekyll i Mr Hyde. To jest jego drugie, gorsze oblicze. Pierwsze jest zarezerwowane dla radia, w którym błyszczy intelektem. Dawid Ogrodnik, który zagrał młodego Beksińskiego, pokazał tutaj, że jego bohater był postacią nie do uratowania. Rozpieszczony dzieciak, szantażujący starych swoimi samobójstwami i demolowaniem mieszkania, do tego pokomplikowany emocjonalnie. Ale reżyser nie pozwala nam się nawet domyślać, że być może niskie poczucie wartości Tomasz Beksiński odziedziczył po surowo i oschle wychowywanej matce Zofii (to teza Zdzisława).

xxuktkpturbxy8yzmfmnjhkztblmdlinja2ytlkowuyy2yzmwvhyzgwoc5qcgeslqmanc0gam0dyjmfzqmgzqhc

Tomasz Beksiński

Tomek, dziennikarz radiowy i ważna postać polskiej popkultury, autor legendarnych felietonów „Opowieści z krypty”, ściągał do Polski lat 80. masę dobrych trendów muzycznych i filmowych. Żył tym, fascynował go świat wyobraźni i wzorców kulturowych, które miał na wyciągnięcie ręki. Nie potrafił jednak poradzić sobie ze sobą i ze swoimi miłościami.„Dawałeś za dużo” – to słowa jednej z dziewczyn Tomasza, które rzuciła mu na odchodnym.  Już wiosną 1976 pisze przecież do przyjaciela list: „Stałem się bardzo ponurą osobą, napisałem masę pesymistycznych piosenek przez lato, momenty depresji powtórzyły się. Chciałem skończyć ze wszystkim”. Fascynowały go kobiety w typie femme fatal. Ma o kobietach specyficzne zdanie:

„Kobieta jest bublem genetycznym, a dobry (?) Bóg w chwili jej stwarzania był chyba mocno pijany lub tak podniecony wizualnym efektem swoich mocy twórczych, że resztę kompletnie schrzanił”.

Od tego momentu datują się kolejne epizody jego depresji i próby samobójcze, które rejestruje z zadziwiającą skrupulatnością także Zdzisław. A to gaz, a to leki, aż do tragicznego końca. I wszystko popijane wszędobylską Coca-Colą, bez której nie może się też obejść żaden pospiesznie zjadany posiłek Beksińskich.

2c279ec8d5500808d4b951a68b6cb394641000

Zofia i Zdzisław Beksińscy

Jest i Zofia Beksińska (Aleksandra Konieczna). Do tego błyskotliwego debiutu reżyserskiego Matuszyńskiego trzeba wracać, żeby zrozumieć, że nasze życie naprawdę nie jest próbą. Dostajemy szansę naprawy siebie i innych. A to, że z niej nie korzystamy? Beksińska powiedziałaby nam tak, jak wtedy, gdy w chwilach rzadkiego odpoczynku od pracy w domu, mawiała: „To grzech tak siedzieć darmo”. Żona wybitnego malarza, główna modelka, kochająca go i oddana mu kobieta i muza. Jak pisze Grzebałkowska, Zofia pozwala robić z sobą wszystko, co wymyśli mąż, fotografujący z zapałem wszystko wokół: twarz zaklejona na biało, nagi korpus, fragment piersi, podbródka, krzyczące usta. Kobieta w 100 proc. poświęcona ukochanemu mężczyźnie.

Kamera w „Ostatniej rodzinie” prowadzi nas w gąszczu pokoi mieszkania Beksińskich i mieszkanka Tomka. PRL-owskie drzwi ze sklejki i meble są jak zasłony dla kolejnych scen z życia pozornie zwykłej rodziny. Nie padają tu informacje (prócz rozmów z marszandem Piotrem Dmochowskim, którego gra Andrzej Chyra) o klasie malarstwa Beksińskiego, o tym, jak wypadał w Polsce na wystawach, że wykręcał się, jak mógł od galerii. Trochę żałuję, że nie mogło zmieścić się w tym filmie (ale nie o tym jest on) zdanie z dziennika fonicznego Beksińskich z 19 lipca 1984 roku: „Zdzisław Beksiński:

”Już tylokrotnie słyszałem w Polsce: „Nie powiesiłbym tego na ścianie”. „Piękne, ale nie chciałbym mieć tego u siebie.” (…) Są paranoiczne układy , w których ludzie kupują, a później mówią, że musieli to powiesić w pracowni czy gdzieś, bo dzieci w domu. Pamiętam, że przy okazji wystawy u Alicji Wahl chyba Nasierowska się wypowiadała w ten sposób. (…) Ja w ogóle od ludzi nie żądam, żeby im się koniecznie musiało podobać. (…) Takie straszne są pana obrazy – mówią dziennikarze. To raczej oglądający przypisują im pewne treści (…). Mój stosunek do nich jest chyba autystyczny i uważam, że ich treści są po prostu nieprzekazywalne. Dla mnie wartość moich obrazów tkwi w tym, co one sobą reprezentują z punktu widzenia malarskiego, ale oczywiście chodzi mi też o atmosferę, którą usiłuję wyrazić, którą czuję, ale której nie umiem nazwać.”

I kamera jedzie dalej, pokonując kolejne zasłony, jakby obierała cebulę i dokopywała się do sedna rzeczy. Jest po drodze zwykła kuchnia, są obiady, weki, papierosy, gospodyni, matka, babcie, nieco ekscentryczny syn i dość uporządkowana pracownia ojca. I umieranie, odmierzane kolejnymi pogrzebami. Ale pod spodem skrywają się maksymalnie poplątane i unerwione relacje: genetyczna tęsknota za miłością, obcość i lęk przed odrzuceniem. Ostatnia rodzina skupia te tęsknoty i lęki jak w soczewce. Trzeba się jej przyjrzeć uważnie.

Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o życiu, ale boicie się zapytać

635402612224191734

Nie mogę już dłużej powstrzymywać się od pisania o tej książce. Nie tylko dlatego, że ona sama jest po mistrzowsku napisana.

Jest tym, na co czekałam od miesięcy. Karl Ove Knausgard, ten wiking i wojownik literatury, albo – jak go szumnie nazywają krytycy – Proust norweskiej prozy, napisał książkę o zwykłym życiu. Pisząc „zwykłe życie” nie mam na myśli jego życia, jakie już znamy z 6-tomowej epopei „Moja walka”. Tym razem Knausgard zapełnił ponad 200 stron „Jesieni” objaśnieniami haseł, które dla niego są najbardziej organicznie związane z życiem w każdej interesującej go formie. Poukładał te hasła kalendarzowo. Na przykład: mrówki, ziemia, żaby, słońce, tynk, puszki, butelki, muchy…. Wrzesień, październik, listopad… I tak dalej. Dlaczego tak? Zrobił to dla swojego nienarodzonego (jeszcze wówczas) dziecka. I dla siebie. Stąd podtytuł kolejnych rozdziałów książki: „Listy do nienarodzonej córki”. To do niej pisze z miłością tak:

Wszystko, co wydarzyło się do chwili Twoich narodzin, będzie dla Ciebie pewnego rodzaju mitologią; już widzę, jak pytasz rodzeństwo o szczegóły, choć nie do końca jesteś w stanie wyobrazić sobie czasy, zanim przyszłaś na świat.

A w innym miejscu, chcąc wyjaśnić, czemu w ogóle pisze książki i dla kogo to robi:

Czerwień i zieleń. Tobie nic to nie mówi, ale te dwa kolory znaczą dla mnie bardzo dużo, jest w nich coś, co przyciąga, i myślę, że to jeden z powodów, dla których zostałem pisarzem, bo czuję to ssanie bardzo wyraźnie, i rozumiem, że jest ważne, ale nie potrafię wyrazić tego słowami i dlatego nie wiem dokładnie, co to jest. Próbowałem i musiałem skapitulować. Moją kapitulacją są książki, które udało mi się wydać. Może kiedyś je przeczytasz i zrozumiesz, co mam na myśli. Krew krążąca w żyłach, trawa wyrastająca z ziemi, drzewa, o!, drzewa, które kołyszą się na wietrze. To, co fantastyczne, a co już niedługo zobaczysz i poznasz, bardzo łatwo zgubić, a można to zrobić na niemal tyle samo sposobów, ilu istnieje ludzi. Właśnie dlatego piszę do Ciebie. Chcę Ci pokazać świat – taki, jaki jest wokół nas, niezmiennie. Dzięki temu sam nie stracę go z oczu.”

Wielki introwertyk przeradza się na kartkach tej książki w entomologa, badacza, filozofa, historyka, budowniczego, zielarza, piekarza, tynkarza, sadownika, antropologa, słowem – w człowieka z lupą w ręku i głowie. Nie udaje, on naprawdę na co dzień wykonuje te prace w domu. Te krótkie, hasłowe powiastki wyglądają trochę jak zachodnie, rozszerzone haiku. Najprostsze pojęcia zyskują w tych krótkich, bo najwyżej dwustronnicowych notkach, zdumiewającą wartość, niemal rozpraw filozoficznych. Bo co może być ciekawego w opisie jabłka? A jednak. Pod palcami i w słowie Knausgarda zwykłe jabłko przeistacza się w źródło wszechrzeczy i słodyczy świata, eksplozję wolności i pochwałę prostoty życia. Jem jabłko z dziko rosnącego nad morzem drzewa i nagle rozumiem, czując szczęście i smutek jednocześnie, czym jest wolność. Widok morświnów, pokazujących grzbiety w morskich falach też daje wyjątkowe uczucie szczęścia. Bo każdy, „kto je spotkał, kto widział, jak wynurzają się nie tylko z głębin, lecz także z czasu, niezmienione od milionów lat, wie, że ich widok coś w człowieku porusza, dotyka, sprawiając, że czuje się wybrańcem losu.”

Wszystko tu jest zwykłe i niezwykłe zarazem. Wszystko jest prozą i poezją zarazem. Kran błyszczy, woda się rozbryzguje w zlewie, obierki napełniają kosz, pszczoły brzęczą w ulu, smród sików obezwładnia nozdrza, gniazdo szerszeni aż buzuje różnymi dźwiękami na strychu, groszek w zalewie zostaje otwarty otwieraczem do konserw i aż rozpływa się w ustach, nasze oczy niosą w sobie światło, świecące w nas od wewnątrz, mrok zalewa przestrzeń sadu, ogrodu i odchodzi aż po horyzont, a stary kościół trwa ten sam od wieków, napełniając Knausgarda nostalgią i tęsknotą, przyćmiewając radość z tego, co mamy. Wszystko to Karl Ove przełamuje refleksją, płynącą z wnikliwych obserwacji natury. Ale nie jest to obserwacja zwyczajna. Knausgard z dziecięcą czułością i powagą badacza rozkłada na czynniki pierwsze każde uczucie, które jest następstwem patrzenia na rzecz teraz, tu i w przeszłości, z bierną rozpaczą konstatując, że w tym najlepszym ze światów nie ma już miejsca na utopię, i że jesteśmy w tym samym stopniu autonomiczni, co nie jesteśmy w ogóle. W takim razie i nasze uczucia do nas należą i zarazem nie należą w ogóle.

Ujęła mnie w „Jesieni” łatwość z jaką Knausgard przenosi perspektywę wewnętrzną na zewnątrz i czyni ją obiektywną. Przecież każdy może opisać swoje uczucia, przedmioty, to, co go wzrusza. Ale w tej książce w dziwny sposób te jego obserwacje, nawet wydawałoby się najbanalniejsze, stają się uniwersalne. Co można wymyślić opisując ramy? Czym jest w ogóle rama, czym może być? Zasadą, ograniczeniem czasu, przestrzeni, ograniczeniem nas samych? Tak. Wszyscy mamy i znamy ramy. Częściej z ich powodu cierpimy niż się z nich cieszymy. Częściej chcemy z nich wyjść niż pozostać. Jednak Knausgard potrafi te dążenia opisać tak, że wiemy, że chodzi o nas wszystkich – o mnie, o Ciebie, o całą resztę:

Wspólną cechą tych wszystkich ruchów [buntu pokoleniowego, rewolucji, wojny –przyp. ag] jest tęsknota za autentycznością, to znaczy za miejscem, w którym wyobrażenia o rzeczywistości i rzeczywistość to jedno i to samo. Innymi słowy: za życiem, istnieniem, światem bez ram”.

Jeśli mogłabym znaleźć jedno słowo opisujące tę książkę (choć w swojej bezradności wobec tej czułej i autentycznie humanistycznej literatury też pozostaję trochę jak dziecko, dla którego książka powstała), byłaby nim miłość. Miłość do człowieka, do dziecka, do świata, do czegoś wielkiego i czegoś bardzo drobnego. Miłość do czegoś skończonego w nas i nieskończonego w przestrzeni. Miłość do kogoś lub czegoś, co zmienia nasze życie na zawsze i do czegoś, co sprawia, że w tej zmianie zawsze pozostajemy sobą.

Na tym polega fenomen książek Norwega. Ta nie jest może wybitna, ale za to daje nam do ręki narzędzia, którymi sami mamy sobie otworzyć drzwi do siebie. Daje możliwe odpowiedzi na wszystkie pytania o życiu, które normalnie nas zawstydzają albo wydają nam się zbyt banalne, by się nimi zajmować. Po co? Przecież i tak świat się dzieje wokół nas. Po co pisać o jego mechanizmach, dawno opisanych? Jednak Knausgard pokazuje nam, że to od nas zależy, czy zostaniemy w świecie pozornego szczęścia, jakie nam świat materialny daje, czy też stworzymy sobie szczęście autentyczne, odpowiadając sobie poprzez myślenie o otaczającym nas świecie na pytanie, po co w ogóle żyjemy.

Autor, mimo, że w wywiadach zaniża bardzo konsekwentnie wartość swojego pisania i siebie samego, wydaje się być najbliższy właśnie tej drugiej opcji. Opisując rzecz – trafia w sedno życia. Z napięcia między jego duszą, a ciałem, między nim samym, a światem powstał kawał bliskiej mi literatury. Bardzo polecam „Jesień” na jesień.

P.S.: Tłumaczenie Mileny Skoczko jest doskonałe. A fragmenty książki publikuję dzięki uprzejmości Wydawnictwa Literackiego. Premiera „Jesieni” 31 sierpnia.

Trzepot skrzydeł kolibra

El_periodista_y_escritor_argentino_Martín_Caparrós.jpg

Martin Caparros

Postanowiłam ułożyć sobie wakacyjny plebiscyt literacki, i mimo, że absolutnie nie odzwierciedla on obecnych czytelniczych rankingów, jest dla mnie ważny. Wydaje mi się, że gdyby te książki połączyć w jedną opowieść, to w zasadzie można by nimi napisać człowieka od nowa.

Pierwszą  z nich jest „Głód” Martina Caparrosa, wielki reportaż totalny, w którym autor drobiazgowo, krok po kroku, analizuje istotę głodu. Żeby móc napisać tę książkę, Caparros zszedł do piekła codzienności szarego człowieka. Był w Nigrze, USA, zaliczył Bangladesz, żeby opisać głodujących ludzi. Od wielu lat temat głodu chodził za nim. W tej książce przeanalizował różne jego oblicza w historii i geografii świata.

Tragedii Caparros przeciwstawił stalowy chłód narracji: słowa, budowania obrazu, operowania czystymi faktami, drobiazgowości danych z wielu stuleci i kultur, jak na reportera przystało. A zarazem, paradoksalnie, wyciąga z tego bagażu dociekliwego reportażysty esencję człowieczeństwa– jest nią jego głębokie współczucie i empatia, które nie pozwoliły mu przejść obojętnie obok dręczącego jego i jego bohaterów problemu.

Po lekturze zaczęłam pojmować głód także w innym znaczeniu: jako pragnienie zapełnienia samego siebie w tym wiecznym, nigdy nie zaspokojonym pędzie do sytości. Książka ta w zasadzie jest zapisem ontologii braku. Możliwe, że odbieram to tak dzięki temu, że Caparros próbuje tutaj ująć głód w jakieś ramy obiektywizmu, nadać mu głębszy, nawet transcendentny wymiar, ulepić jego sens i kształt.

Skąd się bierze i dlaczego to właśnie głodu wstydzimy się najbardziej? Dlatego, że to głód niesie ze sobą doświadczenia, które determinują często całe pokolenia. Cierpieć głód oznacza przecież być na samym dole drabiny społecznej. Głód oznacza wegetację, erozję wartości wyższych, dziedziczenie biedy i ułomności z pokolenia na pokolenie. Caparros na ponad 700 stronach nie zadaje pytań, ale wszystko, co tam wyczytamy, jest właściwie jednym wielkim znakiem zapytania: jak to możliwe, że na początku trzeciego tysiąclecia naszej ery głód co roku zbiera więcej ofiar niż AIDS, tajfuny i katastrofy. Powstała z tego reporterskiego lepienia swoista monografia głodu, przepięknie napisana i świetnie przetłumaczona.

————————————————————————

Elliott_Erwitt_in_the_Westlicht_Museum_of_Photography,_Vienna.jpg

Elliott Erwitt

2. „Najciekawsze rzeczy dzieją się wtedy, kiedy akurat przypadkiem masz przy sobie aparat” – powiedział Elliott Erwitt, amerykański fotograf, który na kliszy zapisywał historie Ameryki połowy XX wieku. American Dream? O nie! To on pochylał się nad ulicą, codziennością, brudem amerykańskich przedmieść, i to on z taką samą pieczołowitością fotografował wielkich: Marylin Monroe, Marlenę Dietrich, polityków i…. psy – swoich ulubionych modeli. Są tu też ptaki (gołębie, kolibry, albatrosy) trzepoczące skrzydłami, tłumy ludzi o steranych pracą rękach, dzieciaki, matki, robotnicy, miasto jak makieta gigantycznego planu filmowego. Wprost nie mogłam się oderwać od potężnego albumu Taschena z wybranymi zdjęciami Erwitta, w którym znajduje choćby te ujęcia, z Marylin i Clarkiem Gablem, i inne:

4d89b1b5a1c68224e7cc6c672c3e1713.jpg

savvy_designs-2009072214905-62gable-original.jpg

Kadry z planu filmu Johna Houstona „The Misfits”/ „Skłóceni z życiem”

Inne prace Erwitta:

imgres.jpg        images.jpg

famous-portrait-photographers-elliott-erwitt.jpg


713f1GivixL.jpg

Isaac Bashevis Singer

3. Biografia autora „Sztukmistrza z Lublina”, jednego z moich najulubieńszych pisarzy, Isaaca Bashevisa Singera, zatytułowana „Pejzaże pamięci” pochodzi wprawdzie z 2002 roku, ale gdy została wydana, zdążyłam ją tylko przejrzeć. Z tym większą przyjemnością i radością czytam ją teraz. Jest to bowiem fantastyczna opowieść o czułym człowieku, który wolał tajemnicę od rzeczywistości i ptaki od ludzi. O człowieku, który dla wszystkich był tak samo spontaniczny i otwarty, jakby nie miał nic do ukrycia.

Agata Tuszyńska pieczołowicie, z taką samą czułością i z taktem opisuje życia Singera w Polsce i w Stanach, siłując się z różnymi brakami w jego życiorysie – ot, choćby brakiem metryki urodzenia, za którą przejechała kawałek Polski, od Leoncina, gdzie się urodził, przez Zakroczym, Radzymin i inne miejsca pamięci. Z tego braku powstała historia niezwykłego pisarza, takiego, który choć opuścił Polskę w 1935 roku, to tak naprawdę nigdy mentalnie z niej nie wyjechał, i który swoje żydostwo nosił, jakby rzekli Amerykanie – „as a heart on his sleeve”. Od tradycyjnych Żydów odróżniał go sposób traktowania ciała. Mawiali o nim, że jest pornografem. Ortodoksyjni Żydzi przecież zasłaniają ciało, a Singer w swoich utworach je odsłania, w dodatku wraz z duszą człowieka, nie pomijając niczego.

„Nie traktował ciała jako narzędzia, raczej jako metaforę. Była w nim wielka tęsknota za miłością. Dwie siły, fizyczna i duchowa, wyczerpywały się w walce. U niego nigdy nie ma radosnej miłości cielesnej, zawsze czegoś brakuje, za czymś się tęskni. Brakuje radości.”

Ta książka jest jak rzeka wspomnień: przebogata w fakty, daty, cytaty, drobne okruchy codzienności Singera, w które wpleciona jest teza Tuszyńskiej o podwójnej tożsamości pisarstwa Singera. Autorka opisuje jego zmagania z jidysz, o których powiedział amerykańskim dziennikarzom tak:

„Kiedy przyjechałem do tego kraju, przeżyłem straszne rozczarowanie. Jidysz nie miał tu przyszłości. W rezultacie pięć albo sześć lat nie mogłem napisać ani słowa. Nie tylko, że nic wówczas nie opublikowałem, ale pisanie stało się tak trudne, że miałem kłopoty z gramatyką. Nie powinienem był nawet próbować nic pisać, ale próbowałem, ciągle i ciągle, bez żadnego powodzenia. To był rzeczywisty przypadek amnezji”. 

I-B-Singer.jpg

Isaac Bashevis Singer

Mnie jednak najbardziej ujęły opowieści o ptakach (klatki z papugami są przecież częstym rekwizytem jego prozy) i o Bogu. O delikatności, czułości i czci Singera dla wszystkich stworzeń bożych i dla daru życia pisze Tuszyńska tak:

„Był pesymistą, ale wierzył, że wszechświat jest zbudowany według jakiegoś planu. Bóg nie może być zły ani chcieć zła. Opowiadał o swoich papugach. Zwykle są na wolności. Ale kiedy trzeba było je przenieść z jednego mieszkania do drugiego, zimą, musiał je zamknąć w klatce i przykryć w środku dnia, żeby się nie przeziębiły. Nie rozumiały powodu, dla którego to robił. Widziały tylko przemoc. Nagle znalazły się w więzieniu. Z dnia uczyniono noc. Z ich punktu widzenia to było okrucieństwo. A on po prostu ocalał im życie. 

Miał dość wyobraźni, by wiedzieć, że Bóg jest o wiele mądrzejszy od niego. A skoro jest tak wielka różnica między jego inteligencją a inteligencją papugi, jak wielka musi być różnica między nim samym, a Bogiem? Wiedza człowieka o celu boskich poczynań jest równie niekompletna, jak wiedza tych dwóch papug. […] 

Po przeczytaniu tej książki można zrozumieć, dlaczego świat był dla Singera wielką rzeźnią. A on sam? Przez całe swoje życie był trochę jak odzwierciedlenie losu Żyda–tułacza – niezbyt ciekawy w rozmowie, udręczony zagadką bytu pesymista, który o Żydach pisał tak: „Jesteśmy narodem bezdomnym i nie potrafimy z nikim żyć. Pozostaliśmy obcy, stanowimy przedmiot ustawicznego szyderstwa i pośmiewiska. Nic się nie zmieniło. Dzisiaj warunki są równie złe, jak przed tysiącem lat.”

Aż dziwne, że taki pesymista mógł pisać tak zmysłowo, namiętnie i barwnie o miłości i o człowieku. Nie o Żydach – a właśnie o człowieku.


ostatnia-gospoda-zapiski-u-iext39218408.jpg 48_kertesz-imre.jpg

Imre Kertesz

4. I jeszcze raz o żydach, ale z perspektywy Holocaustu 70 lat po zagładzie. Singer opuścił Polskę w 1935 roku, wiedząc, że nic dobrego go w niej nie czeka. Imre Kertesz, autor „Ostatniej gospody. Zapisków” przeżył Auschwitz i Buchenwald, gdzie zginęła prawie cała jego rodzina. Węgierski pisarz w pełni świadomie i z goryczą mówił: „W 1944 roku przypięto mi żółtą gwiazdę, której mówiąc symbolicznie do dziś nie udało mi się zdjąć”.

Kertesz czuł się naznaczony żydostwem tragicznym, którego Singer nie mógł sam poznać – rzeczywistością obozowej śmierci. Stąd też wynika całe jego pisarstwo, o którym się wypowiedział tutaj tak: „Nie umiem skończyć pisania, nie umiem też skończyć życia.” To w 100 procentach oddaje charakter tego intymnego dziennika, prowadzonego przez pierwsze dziesięciolecie XXI wieku. Na tych stronach Kertesz (a z nim i my) rozszarpywany jest przez fizjologię, rozkład ciała, brutalizm i autobrutalizm, starzenie się. Cierpi z powodu Parkinsona, ale też usiłuje zbyć tę swoją niezbyt piękną starość dystansem i chłodem narracji.

Skacze po wielu tematach, nie szczędząc innym pisarzom i sobie razów. Od zawsze był w nim brak zgody na własną tożsamość, ale tu jest jeszcze uzupełniony samotnością pisarza. I – o paradoksie – jest Kertesz tym bardziej samotny, im bardziej powiększa się krąg czytelników, sława i zdobycze intelektualne.

Na kartach „Ostatniej gospody” widać, że samotność była mu drogą, której nie wybrał sam. Wybrała mu ją literatura, którą stworzył na przecięciu życia i śmierci. Trudna, rwana rzecz, ni to dziennik erudyty, ni to notatki codzienności, pisane raz z wyżyn, raz z nizin, ale tym bardziej przez to warto ją czytać.