Szymon Komasa: Ufam sobie

imgres

 

L’Officiel Hommes opublikował mój wywiad z Szymonem Komasą, jednym z najlepszych polskich śpiewaków operowych, barytonem, który jest wychowankiem The Julliard School of Music. Szymon to prawdziwa petarda – i w rozmowie, i na scenie, o czym świadczy choćby jego udział w „Czarodziejskiej górze” Pawła Mykietyna. Poniżej nasza rozmowa, która ukazała się w wiosennej, premierowej edycji polskiej wersji L’Officiel Hommes – najstarszego magazynu modowego Europy.

 

Anna Gromnicka: Jeden z portali umieścił cię w swoim zestawieniu na 5. miejscu wśród najlepszych polskich barytonów. Wtedy byłeś jeszcze studentem w Julliard School of Music przy Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Gdzie jesteś teraz?  

Szymon Komasa: Jestem na  początku mojej  kariery. Bardzo cieszy mnie, że mogę to powiedzieć, i że jestem tego świadomy, bo myślę, ze wcześniej  nie rozumiałem ważnych dla mnie momentów życia. Teraz  czuje, że łapię każdą chwilę, ale też rozumiem, że muszę się nauczyć  jeszcze wielu rzeczy. Mam świadomość, w jakich szkołach byłem, w jakich teatrach udało mi się już zaśpiewać i jakim byłem cholernym  szczęściarzem, że to się wydarzyło.

Podobno gdy z rodziną mieszkaliście w Paryżu, w wynajętym mieszkaniu, wszędzie tam leżały wydania francuskiego magazynu L’Officiel….

Tak, tata reżyserował tam spektakl i na pewien czas przenieśliśmy się tam wszyscy. L’Officiel odkąd tylko trafił w moje ręce  był dla mnie wyznacznikiem dobrego smaku w prasie – te sesje zdjęciowe! To było zresztą pierwsze pismo modowe, na które w ogóle zwróciłem uwagę.

A twoje najwcześniejsze wspomnienie, związane z muzyką?

To był śpiew. Ja śpiewałem od zawsze, zanim pewnie nauczyłem się mówić, zresztą u nas w domu tworzyło się  muzykę  non stop. Mogłeś  złapać za talerze i sztućce i po prostu śpiewać. Tak wypowiadaliśmy wszystko to, co było w nas, w środku. Mój brat miał niesamowite zdolności improwizacji na fortepianie, improwizował odkąd pamiętam. Jasiek nie dość, że zaraził nas hip-hopem, to jeszcze był ten słynny Jamiroquai na fortepianie. Mary i Zosia też – wszyscy darliśmy się, sądząc ze śpiewamy, od rana do nocy. To mama, która jest supermuzykalna, pokazywała nam, ile emocji może być w różnych dziedzinach sztuki, ale przede wszystkim w śpiewie.

Ale ty nie miałeś nigdy być śpiewakiem operowym, miałeś być wiolonczelistą. Jak to się stało, że jednak zacząłeś śpiewać? 

 Na początku chciałem zostać aktorem. Ale patrząc na tatę, który wykonuje ten trudny zawód, zrezygnowałem. Cała nasza czwórka dzieciaków chyba uznała to za zbyt nierealne, żeby pójść w stronę aktorstwa, jak obserwowaliśmy ojca. Szczególnie, że tata to perfekcjonista, więc jak od małego nasiąkasz tym, patrzysz na to, to zyskujesz inną perspektywę. A jak to było z wiolonczelą? Zdając do podstawówki muzycznej, musisz przejść test. Komisja sprawdza twoje możliwości zanim przydzieli ci dany instrument: słuch, długość ręki, palce…w moim przypadku od razu postanowiono, że to będzie wiolonczela. Może dlatego, że mam takie grube paluchy, co przez całe życie było moim utrapieniem, a teraz jak na to patrzę, to czuję, że wtedy te palce uratowały mi tyłek.

Wcale nie masz grubych, coś ty!

Mam, mam. No więc zabrałem się za grę na wiolonczeli. Powiem szczerze, że nigdy tego instrumentu nie kochałem. Myślę, że grałem na niej, bo muzyka, która była we mnie musiała gdzieś znaleźć swoje ujście. To było silniejsze ode mnie.To był mój  portal komunikowania się ze światem. Przychodziło mi to z ogromną łatwością. A po drugie nigdy nie miałem wrażenia, że marnuję czas grając na tym instrumencie. Ćwiczyłem, nie myśląc, czy będę wybitnym muzykiem. I tak się tez nie stało. Ale teraz po tylu latach wiem, jak gra na wiolonczeli mi pomaga w śpiewie, w tworzeniu frazy, jak głos chce kopiować dźwięk, który zapamiętał z tego instrumentu. Już na zawsze to wiolonczela będzie mi najbliższa z wszystkich instrumentów.

Do koncepcji śpiewu tez nie byłeś z początku przekonany. Kiedy nastąpił przełom?

W liceum poszedłem  z Mary, moją siostrą, na jej lekcje śpiewu,  i pani profesor poprosiła, żebym coś zaśpiewał. No i tak się stało. Powiedziała, że za taki głos  powinienem iść na kolanach do Częstochowy. Ubłagała mnie – widząc z początku mój brak zainteresowania – żebym codziennie przychodził do niej na piętnastominutowe lekcje.To była moja pierwsza profesorka, Ewa Iżykowska, która kompletnie zaraziła mnie śpiewem. Na początku  przechodziłem potworne męki. Nie rozumiałem formy śpiewu. Zaczynałem się dopiero interesować muzyką klasyczną, ale to jeszcze nie było to. Przy czym muszę powiedzieć, że to moja siostra Mary była tą, która była odważniejsza. To ona nigdy nie miała problemu z tym, żeby zasiadać do kolejnych instrumentów i uczyć się grać, wyrażać się poprzez muzykę, szukać siebie. Ja byłem schowany, ukryty za pudłem wiolonczeli, może także dlatego, że ze mną była masa problemów w szkole – matematyka, fizyka to nie była moja bajka. Nie uczyłem się  dobrze, wywalali mnie ze szkół. Nie potrafiłem się w nich odnaleźć. Za to z wiolonczeli przynosiłem piątki. Potrafiłem poprosić nauczycielkę, żeby zagrała fragment utworu, a potem sam wziąć instrument i po niej to powtórzyć, bez nut! 

Śpiew operowy był z tobą od początku?

Właśnie nie. Byłem przyzwyczajony do  muzyki klasycznej, nie była mi obca ale nie spędzałem z rodzicami godzin na słuchaniu arii operowych. To wszystko wydawało mi się na początku zbyt poważne, a ja miałem na siebie inny plan, luźniejszy. Pamiętam, że na jednym z pierwszych koncertów na których śpiewałem, wyżelowałem sobie włosy tak, że wyglądałem jak gwiazdor starego kina. Wszyscy byli zszokowani, a ja czułem się z tym dobrze, normalnie, naturalnie. Byłem sobą. Pamiętam też dobrze moment, w którym pokochałem śpiew. Wykonywałem te wszystkie rozśpiewki, ale nie miałem z tego frajdy. Pani profesor dała mi do wykonania arie „Amarilli”, o chłopaku, który zakochuje się w dziewczynie – ot, tak, prosta historia. Linia głosu, jaka z niej płynęła, powaliła mnie absolutnie. Śpiewałem ten utwór  od rana do nocy, non stop. Czułem jakbym się zakochał na zabój, a to był przecież tylko prosty utwór. To był ten przełom.

To jest to, co znajdujesz dziś w śpiewaniu? 

Tak, dużo odnajduje w nim takiej metafizyki dla siebie. Czegoś, co wznosi mnie gdzieś wyżej. Wiara w to, że moim planem tu na świecie jest to, żeby śpiewać i ufać w tym śpiewie sobie. Że może komuś pomogę w ten sposób, opowiadając jakąś historię tym moim śpiewem. Mam coraz częściej uczucie misji, bo widzę, jak ludzie na moje interpretacje reagują, i to jest dla mnie największa nagroda.

Po studiach w Łodzi przeniosłeś się na podyplomowe do Guildhall School of Music and Drama, a potem było słynne Julliard School of Music. Jak wygląda tamtejsza rzeczywistość operowa z perspektywy Polski, i Twojej, wówczas początkującego śpiewaka? 

W Polsce podobało mi się to, że studentów traktuje się bardzo indywidualnie, i mam nadzieję, że to się nie zmieniło. Muszę powiedzieć szczerze: ja uwielbiałem swoje studia w Łodzi . Myśmy się tam non stop wygłupiali. Mam piękne wspomnienia o tym, jak spaliśmy  na trzy łóżka po 8 osób i jak rano chodziliśmy na lekcje baletu na 7.30. Nikt nie narzekał, każdy z nas miał świadomość, że rozwija w sobie coś, do czego został stworzony. Poznałem super przyjaciół, którzy pracują jako śpiewacy i spotykamy się  teraz na scenie. Ale wracając do twojego pytania myślę, że studiując w Polsce czułem się bardzo wyjątkowy. Byłem bezpieczny. Wyjeżdżasz potem  w świat i tam już czekają na ciebie różne pułapki.

Czyli?

Pamiętam, że największym szokiem na początku jak wyprowadziłem się do Londynu, było dla mnie to, że wszyscy porozumiewali się E-mailowo. I trzeba było na te E-maile odpowiedzieć natychmiast, a jak się odpowiedziało o 10 minut za późno, to już to przesłuchanie czy „joba” dostawał ktoś inny. Zawsze mi się wydawało, że tworzenie muzyki to jest tylko koncentracja na jej  tworzeniu, a nagle  okazało się, że trzeba to wszystko poukładać w jakieś ramy. W tym  pomogły mi studia  za granicą. Wcześniej byłem takim typem, który fruwał w przestworzach, śpiewał i myślał, że muzykalnością  wszystko załatwi. A przy okazji pobytu w Londynie i Stanach dowiedziałem się, na czym polega dorosłość w tworzeniu muzyki i w życiu. Dziś czuję się silny i cieszę się , że udało mi się na te studia dostać, ale przede wszystkim ze udało mi się na nich przetrwać.

To był Twój American dream?  Dlaczego w ogóle USA i Nowy Jork? 

Zawsze marzyłem o Nowym Jorku. Nawet, jak dostałem się do Londynu, to ten Nowy Jork cały czas we mnie siedział. No wiesz, wychowałem się na filmach Woody’ego Allena, na oglądaniu gal oscarowych o godzinie 3.00 nad ranem, meczów NBA z Madison Square Garden z moim bratem. A pierwsza styczność w ogóle ze Stanami Zjednoczonymi zaczęła się od rozdań nagród Akademii Filmowej. Oscary to było coś, co kompletnie pochłaniało wyobraźnię moją i rodzeństwa. Pamiętam, że błagaliśmy mamę, żeby je oglądać. Była końcówka stycznia, w Polsce cholernie zimno. I mama się zgadzała, pod warunkiem, że najpierw posprzątamy mieszkanie. I ja z siostrami – bez Janka, bo on się od tego odcinał, jako starszy brat zawsze był takim guru dla nas – sprzątałem to mieszkanie, a potem one przebierały się  w suknie balowe mojej mamy, ja ubierałem się w garnitur komunijny i o tej 3.00 nad ranem my, siedmiolatki, ośmiolatki siadaliśmy przed telewizorem, żeby oglądać Oscary! To było coś niesamowitego. Tak było co roku. Zośka, najmłodsza z rodzeństwa miała przecież zaledwie trzy lata, ale nigdy nie narzekała, czasem mówiła tylko „obudźcie mnie jak będą ogłaszali kto jest najlepsza aktorką…”. Myśmy tym żyli. Ten USA, cała otoczka z nim związana w latach 90., był we mnie i to był świat do którego ja chciałem należeć.

A jednak jak już się tam znalazłeś, nie byłeś zagubionym chłopakiem  w wielkim mieście. Co ci pomogło i jak sobie radziłeś? 

Nowy Jork nie jest dla wszystkich. Nowy Jork jest dla tych, którzy są zdeterminowani w marzeniach. Dla tych, którzy przyjeżdżają z określonym planem. To miasto konkretne i dla konkretnych ludzi. Tam nie ma czasu. Na moich oczach rozwinęło się wiele karier, które wybuchły z dnia na dzień i ja byłem tego świadkiem. Ale sam jestem jednak innym typem. Muszę siebie i swoją karierę budować spokojniej, krok po kroku, zrozumieć, dlatego dla mnie Nowy Jork okazał się  jednym ze szczebli w karierze i właśnie za to go pokochałem.

Jak udało ci się utrzymać finansowo w tej mekce artystów? 

Nie było łatwo. Rodzice mi pomagali, ile mogli, ale przede wszystkim wygrywałem konkursy. No i udało mi się dostać stypendium dzięki pomocy dyrektora Teatru Wielkiego i Opery Narodowej Waldemara Dąbrowskiego, za co jestem bardzo mu wdzięczny. Nie byłbym gdzie teraz jestem gdyby nie Helen Zaleski, skarbniczka fundacji Zygmunta Zaleskiego, która mi bardzo pomogła i przyczyniła się do tego, że w ogóle wyjechałem z Polski. Ona w dużej mierze zasponsorowała mój wyjazd do Londynu. Była osobą, która mi zaufała i uwierzyła w mój talent, bez tego nie byłoby mowy o moich studiach w Anglii. Zresztą na mojej drodze, poznałem ludzi, którzy we mnie uwierzyli, każdy  innej narodowości, rożnego koloru skóry, wyznania: Bill Schuman, Jackie Presti, Edith Wiens, John Murray, Stephen Wadsworth, Glenys Perche – bez nich może do dziś szukałbym kim właściwie jestem dalej. Były trudne momenty, w których trzeba było stawiać  na siebie. Jak było ciężko, to bez trzymanki – było  bardzo ciężko! Słynna historia z połową snickersa, którego zjadałem na pół rano i potem wieczorem  żeby na dłużej starczyło bo to był jedyny posiłek w ciągu dnia? Tak, jasne ze tak było. Burczało mi w brzuchu na próbach, na zajęciach, bo nie miałem kompletnie kasy. Ale myślę, że nie jestem żadnym odstępstwem od reguły, jeśli chodzi o zaczynanie w Nowym Jorku czy w innym wielkim mieście. Taką drogę wybrałem i nie żałuję.

Przyznałeś, że podstawowa różnica między pracą w Stanach a w Europie polegała na właściwym rozpoznaniu roli, rozczytaniu  libretta i tego, jak się przygotowuje partię –  na rzecz Stanów. Czy to oznacza, że w Europie nie masz tylu wyzwań? 

Nie, nie, w Europie mam niesamowite wyzwania, ale to, że tak przyznałem, dotyczyło moich prywatnych doświadczeń z pracą w Stanach, tego, co tej kraj mi dał jako początkującemu śpiewakowi. Ja miałem braki przyjeżdżając do USA, i to w podstawach. Jest to sprawa indywidualna,  bo ja zawsze  mocno odczuwałem  muzykę. I każde  naruszenie tego, jak ją interpretowałem  było dla mnie ciosem, nie rozumiałem krytyki.  Bolało, jak ktoś mi mówił, że nie przyjmuje  mojej interpretacji pieśni Schumanna, bo ja ten utwór  tak właśnie czułem. Ale to była ta moja słowiańska muzykalność. To, czego się nauczyłem w Stanach, to  to, że otworzyłem oczy na produktywną pracę, a także szacunek do ludzi, z którymi jest ci dane pracować, którzy pomogą ci, by z utworu powstała perełka. Wszystko stało się nagle ważne – każde słowo, styl, dana konwencja muzyczna. To robi różnicę, to robi z ciebie artystę, z tym dojrzewasz i się zmieniasz.

Dlaczego w takim razie porzuciłeś  Nowy Jork na rzecz Europy?

Na jakiś czas musiałem wyjechać – uspokoić się trochę i odetchnąć „świeżym powietrzem”.Teraz akurat wracam do Stanów na dużą produkcję operową, ale jak skończyłem studia, zacząłem faktycznie dostawać fantastyczne propozycje z Europy, które były zbyt prestiżowe, żebym mógł je odrzucić. Które zmieniły mnie artystycznie i doprowadziły do momentu, w którym  jestem teraz. Ale już nie mogę się doczekać powrotu do Stanów, bo będę mógł zobaczyć, jak  wygląda praca tam już nie z perspektywy szkolnej, studiów, ale z profesjonalnej sceny.

Jesteś znanym w środowisku „konkursowiczem”. 

Bardzo, to fakt.

Jak się wygrywa tyle konkursów wokalnych? 

Muzykalnością i odwagą. A przede wszystkim – odwagą. Najbardziej prestiżowe  konkursy, które wygrałem, to były te, w których nigdy nie zapytałem się nikogo czy jestem na tyle dobry by w ogóle w nich startować. Po prostu zaufałem marzeniom. Wystartowałem w  nich i okazały się strzałem w dziesiątkę. Zawsze miałem takie wrażenie, ale teraz coraz silniej je odczuwam, że możliwość zaufania sobie to dla każdego młodego człowieka jest monumentalna lekcja życia. Czasem się tego jeszcze boję, bo ufanie sobie wiąże się z odwagą, a odwaga z tym, że ryzykujesz. Nikt nie chce ryzykować do końca, bo nie wiesz, co na tym końcu jest. Ale przykłady z mojego życia świadczą o tym, że trzeba przede wszystkim ufać sobie.

Będziesz jeszcze brał udział w konkursach? 

Nie, to już jest koniec. Ostatnio dostałem maila od jury jednego z międzynarodowych konkursów wokalnych, czy nie miałbym ochoty wziąć udziału i odmówiłem. Jest to pierwszy przypadek w moim życiu, gdy patrząc na tego maila, nie doznałem skoku ciśnienia. Po raz pierwszy w życiu pomyślałem sobie: „E, na to to ja już jestem za stary”.

Wrocław, partia Walentego w Fauście, przedtem Mefistofeles w bydgoskim wystawieniu „Potępienia Fausta”, słynna „Czarodziejska góra” Pawła Mykietyna. Zanim zaśpiewałeś  w Polsce przez prawie 10 lat przebywałeś najpierw w Londynie, a potem w Stanach. Było Ci trudno stanąć na deskach polskich teatrów?

 Nie będę ukrywał, myślałem o oczekiwaniach wobec mnie. Miałem wrażenie, że będą one większe niż w stosunku do innych. Okazało się, że nie było się czego bać, bo zostałem super przyjęty, dostałem fenomenalne recenzje. Ba, wystawienie „Potępienia Fausta” wspominam jako magiczny moment, a spotkanie z Maciejem Prusem zmieniło moje życie. Zaprowadziło mnie na nowe tory słowa artysta. On jako reżyser wiele mnie nauczył. Jak do niego jechałem wydawało mi się, że jestem takim chojrakiem, że wiem już wszystko, a okazało się, że Maciek odkrył we mnie pokłady instynktu na scenie i wrażliwości na partnera, o jakich nie miałem pojęcia. Zresztą każda produkcja uczy mnie nowych rzeczy i to jest fascynujące.

Twój debiut sceniczny to rola Szaunarda w „Cyganerii” w Arena di Verona. Opowiedz, jak tam trafiłeś. 

Z konkursu wokalnego, który wygrałem. Niesamowity włoski klimat, czas sjesty, wyluzowane podejście, ale tez głośni realizatorzy, wspaniała ekipa, super wspomnienia.  Byłem takim rodzynkiem, bo najmłodszy ze wszystkich, ale cała ekipa świetnie się mną zajęła. Ogrom oklasków po przedstawieniu, całe to podniecenie – tego się nie zapomina. La vita e bella!

Masz dużo szczęścia w życiu? 

Dobre pytanie… Parę lat temu, gdybyś mnie o to spytała, nie mam pojęcia, jak bym odpowiedział na nie. Dziś mogę powiedzieć tylko wielkimi literami: TAK.

Rodzice cię wspierają? 

Bardzo.

Jak?

Każdy na swój sposób. Moja mama jest bardzo mocno stąpającą po ziemi osobą. Dusza artystyczna, ale też z umysłem, który objął czwórkę dzieci i szalonego męża artystę. Wielokrotnie musiała zrezygnować z siebie na rzecz nas, co bardzo dziś doceniam. Trudny z niej zawodnik, widzę, że czasem się nie rozumiemy,  ale wiem, że miłość do niej wiele mnie uczy.

Dzwonisz do niej, ona do ciebie? 

Tak, rzadziej, ale dzwonimy. Jest we mnie coś takiego, że się czasem powstrzymuję i myślę sobie; „to już nie jest ten czas, już z tego wyrosłem”. Teraz jest czas na zaufanie sobie. Ale nie ukrywam, że czuję się bezpiecznie w gronie rodziny, że dobrze jest, jak czuję ich oddech na plecach. Tak zostałem wychowany, z potrzebą posiadania kogoś bliskiego koło mnie.

Twoja siostra bliźniaczka Mary, mieszkająca w Berlinie, jest twoją powierniczką. Jak często macie szansę się spotkać przy Twoim trybie zajęć? 

Spotykać – z tym jest gorzej, ale nawet jak się nie widzimy te dwa, trzy miesiące, nie ma w nas na początku tego uczucia wstydu, jakie często występuje w rodzinie, która się rzadko widuje, wiesz jak to jest. Mary jest najbliższą mi osobą, to przecież mój bliźniak, moja połówka i czuję to bardzo wyraźnie, coraz wyraźniej. Ta więź między nami daje siłę do wszystkiego.

Mary powiedziała o tobie: mój brat bliźniak zabrał całą pewność siebie. Tak faktycznie jest? 

Patrz, a ja przed chwilą mówiłem, że to ona jest ta odważna! Śmieszne, że ona tak to widzi, bo ja zupełnie  inaczej. Pamiętam, że ona zmierzała zawsze swoją ścieżką, i na sam koniec to ona z całej naszej czwórki mówiła głośno o tym, że nie wie, gdzie ją to zaprowadzi, ale na pewno wie czego nie chce. Potykała się, ryczała, próbowała różnych rzeczy, jak klawesyn, organy czy fortepian, a i tak w końcu wylądowała jako wokalistka – to było to. Nie bała się podejmować tych prób, to w niej było zawsze fantastyczne. Teraz, słuchając jej drugiej płyty, obserwując, jak rozmawia z ludźmi realizującymi jej album, wiem, ile musiała z siebie dać, ile się nauczyć, żeby dojść do tego etapu.

Mary przyznaje, że lubi jechać po bandzie, w muzyce, jak i w życiu. Ty też jeździsz po bandzie? 

Jasne! Dlatego wykonuje ten zawód – ta adrenalina, to podniecenie…. Skłamałbym gdybym nie powiedział, że czuję się wyróżniony mając już grupę moich fanów i słuchaczy którzy z małymi walizkami na kółkach przyjeżdżają na moje występy!. To też mi daje coraz większą odwagę na scenie i odwagę realizowania moich muzycznych marzeń, mojego ja. Tak naprawdę to nie kwestia tego, żeby idealnie odtworzyć to, co jest zapisane u Verdiego w partyturze. Sprawa z tym zawodem polega na tym, żeby włożyć w to całego siebie. To jest najbardziej fascynujące. To jest właśnie to jechanie po bandzie. Po jednym z moich recitali podeszła do mnie pani i powiedziała: „jak pana słuchałam, to poczułam, jakby mój nie żyjący już mąż, siedział obok mnie, dziękuję”. Usłyszeć coś takiego to wielkie wyróżnienie.

Masz silne ego? 

Coraz silniejsze. Coraz łatwiej jest mi przyznać, że to co robię, robię dobrze. I cieszy mnie to, bo bez tego nie byłbym w stanie się dalej rozwijać. To ważne dla mnie – zrozumienie przez widownię, krytyków i innych artystów tego, jakim jestem artystą na scenie. Silne ego  pomaga. Chowanie się pod takim dachem, w takim domu, jak mój, gdzie jest tyle wybitnych osobowości, pokazuje mi, jak  ważne jest, żeby mieć swoje zdanie. Może dzięki temu jeszcze się nie zdarzyło w mojej karierze, a mam już na koncie kilkanaście superprodukcji, żeby ktoś z reżyserów skrytykował albo powiedział, że to co proponuję na scenie go nie interesowało.

Czy dziś jeszcze, po tych wszystkich sukcesach, mógłbyś o sobie powiedzieć: jestem chłopak z Grochowa? 

Absolutnie tak! I teraz mogę tak powiedzieć bardziej niż kiedykolwiek w życiu. Młodzi Polacy urodzeni w połowie lat 80. i dalej to dzieci postkomuny. Pamiętam, jak pierwszy raz poleciałem do Londynu i brałem udział w imprezie studenckiej,  kolega wyłączył muzykę i powiedział: „Kochani, uważajcie na portfele i kluczyki od samochodów, bo doszedł do nas Polak”. Pomimo, że to był dowcip słynny w latach 80., to nie sądziłem, że usłyszę go kiedyś skierowanego w moją stronę. A jednak! Chłopak z Polski, z Grochowa… Był rok 2009. Miałem w sobie jakiś żal, chociaż może… raczej miałem wrażenie, że żeby zasłużyć na dobre imię, muszę pracować dwa razy więcej niż inni. Ja, dzieciak postkomuny. I to mi bardzo dużo dało. dzisiaj jestem przeszczęśliwy mogąc powiedzieć o sobie, że jestem chłopakiem z Grochowa, tak samo, jak Mary, Zocha czy Jasiek – moje rodzeństwo.

Jak się bawiliście?

Z moim bratem chodziliśmy na takie rury wodociągowe wokół Grochowa,na nich malowaliśmy znak DPL – drużyna poszukiwaczy lasek. Chodziliśmy po całym Grochowie i rysowaliśmy to DPL. I czasem jeszcze, jak wracam z Nowego Jorku, czy to z Londynu,  Wiednia i wchodzę na moją ulicę, czy na przyległe, i widzę to DPL starte już prawie całe , to wracam do tego z dużą melancholią, że te czasy są już za mną. To pomogło mi stać się tym, kim jestem dziś. Te widoki dzikich praskich psów, budynków, które się dopiero budowały, a myśmy tam buszowali i budowali fortece – to było moje dzieciństwo.

Twoja siostra Mary w wywiadzie dla Wysokich Obcasów powiedziała: „Trzaskamy drzwiami, rzucamy słuchawką, a kiedy coś nas boli, to od razu mówimy… Uwielbiam swój dom rodzinny i naszą ulicę. Tam niczego nie trzeba udawać.” Czym jest dla ciebie ten dom?

Mój dom był od początku dla mnie miejscem, w którym nigdy nie ukrywasz tego, co masz w środku. Jeżeli coś cię boli, nigdy nie trzymasz tego w sobie. My wyrzucaliśmy to z siebie, natychmiast. Czasami może to było za mocne, tak walnąć między oczy. Z drugiej strony czyściliśmy atmosferę natychmiastowo. Nie sądzę, że ktoś z nas ma w sobie żal do innych, bo wszystko już zostało wytłumaczone. W takim duchu zostałem wychowany i jest mi z tym komfortowo dziś. Teraz jak na to patrzę, widzę, że nie idę przez życiem z jakimś balastem, z czymś niewyjaśnionym, jakąś traumą. Wszyscy w rodzinie jesteśmy ze sobą  blisko,  wspieramy się, mogę na nich absolutnie we wszystkim polegać. Mamy nawet na facebooku taką grupę rodzina, do której należymy. Moi rodzice oczywiście do niej nie należą bo tam ich tez obgadujemy, ale nie ma tematów, których byśmy z nimi nie poruszali. To są czasem godziny rozmów. I nigdy się nie nudzimy, to zawsze jest fascynujące od początku do końca. Uwielbiam mój dom, to jest dla mnie kwintesencja rodziny. Miłość, zrozumienie i to wsparcie, które od nich dostaję, procentuje. To także przyczyna, dla której wykonuję ten zawód.

Dlaczego? 

Bo nigdy nie usłyszałem od moich sióstr lub brata – „ty nie możesz, ty nie potrafisz”. To jest super.

To chyba wyrabia ufność do świata, do ludzi. 

Tak, łatwiej jest mi iść przez życie. Chociaż ufność… Miałem jej za dużo na samym początku w operze. Musiałem się nauczyć, jak być twardym. Musiałem się nauczyć, jak powiedzieć nie. Czasem było mi ciężko, bo byłem za grzeczny. Wydawało mi się, że spory są niepotrzebne między artystami na scenie. Ale z drugiej strony one pomagają wyjaśnić wiele rzeczy.

Spotkałeś kiedyś Mariusza Kwietnia (największy polski baryton – przyp. red.)? 

Oczywiście, Mariusz jest  ważną dla mnie osobą.

Marzyłbyś o takiej karierze, czy masz zupełnie inne cele? 

Mam inne cele. Mariusz ma fenomenalną karierę, ale gdy zaczynał były inne czasy. Kiedyś do przesłuchań przystępowało kilkadziesiąt  osób, dzisiaj – setki. Różnice są znaczne. To jest tak, jak ostatnio oglądałem film „Jestem najlepsza. Ja, Tonya”, o Tonyi Harding, słynnej łyżwiarce figurowej, która cały czas powtarzała: „to ja byłam pierwszą osobą, która wykonała potrójnego axla”. Czym dziś jest potrójny axel? Standardem. To samo ze śpiewem operowym. Cały czas musisz pokonywać kolejne bariery i granice, które się pojawiają w świecie opery. Teraz  śpiewaków jest mnóstwo, i bardzo trudno jest zainteresować ludzi swoją osobą. Mariusz – on to potrafi, to król opery, ktoś dla mnie  ważny, mój idol. Miał  wręcz takie mentorowskie zachowanie w stosunku do mnie, czego na początku nie doceniłem. Ale pokazał mi, na co uważać w tym środowisku, czego nie robić, w którą stronę iść. On jest jak skała.  Ale różnimy się bardzo.

A jaki jesteś ty?

Muszę się pięć razy zastanowić, przemyśleć sprawę, ona musi we mnie dojrzeć, muszę zrozumieć mój kolejny krok.

Poza tym zdaje się, że ty teraz zmieniasz głos…

Tak, mój głos się rozwija, zmieniam repertuar, to wszystko robię z moimi trenerami, którzy zasłużyli na moje zaufanie. Poza tym wciąż się uczę, że ten zawód jest dla ludzi o silnym charakterze i nad tym chyba najbardziej pracuję.

Podobno żyjesz obsesją, żeby się nie zaziębić. Jak dbasz o głos?

Kiedyś tak było. Jak studiowałem w Londynie, i uczestniczyłem w konkursach, zdarzył się rok, kiedy zjadłem z osiem różnych antybiotyków. To było bardzo rujnujące dla mojego zdrowia. Teraz o tym zupełnie nie myślę, jak się tak dużo pracuje, nie ma się czasu na choroby. Poza tym to jest też kwestia nastawienia, które zmieniłem. Jedyne, co jest dobre dla głosu – teraz to wiem – to nie mówić za dużo między spektaklami i najlepiej jest bardzo dużo pić i wysypiać się. Trzeba też znaleźć coś, co pomimo podróży, w których jest się non stop uspokaja cię. Dla mnie to było i jest kino.

Ale co pomogło ci w zdrowym podejściu do higieny głosu?

 Mary i mój tata. Ona mówi, że przed wyjściem na scenę zawsze pije colę. „Daj spokój, tato, wyjmij mu z lodówki colę, niech się napije” – mówiła zawsze, kiedy ja jadłem kolejne antybiotyki. Potem patrzę, a ona – taka chuda pije tę colę z lodem i głos ma wciąż jak dzwon. Wtedy odpuściłem w dużej mierze z paniką w tym temacie.

 Gdzie cię teraz będzie można usłyszeć? 

 Dużo śpiewam w Polsce, i wybieram zagraniczne produkcje. W „Tramwaju zwanym pożądaniem”, w Łodzi, w „Cyganerii”, w „Widmach” w Filharmonii Narodowej na festiwalu u Elżbiety Pendereckiej, potem „Falstaffa” Verdiego w reżyserii Maćka Prusa. Każda postać inna, co noc jesteś kimś innym. Czy nie jest to wspaniałe?

Z jakim reżyserem chciałbyś pracować?

Lista jest długa ale gdybym miał powiedzieć tak na szybko to myślę, że z Krzysztofem Warlikowskim, oczywiście z  Mariuszem Trelinskim –mam nie dokończoną współpracę z nim, ale marzę też, żeby zrobić  coś z moim bratem I siostra Zochą. Zaczęła studia reżyserii operowej w Pradze, ma mega talent i imponuje mi jej siła.

Czym jest dla Ciebie styl, dobry styl, w muzyce i w życiu?

Dobry styl to bycie sobą – w muzyce i w życiu.

Masz jakąś misję? 

Tak. Marzę, żeby wprowadzić moje pokolenie i jeszcze młodszych do opery. Bardzo dobrze rozumiem moich rówieśników i chcę im pomóc zrozumieć operę. Chcę pokazać, że taki facet jak ja, to ktoś z kim mogą się identyfikować. Chcę by mi zaufali. Chcę być głosem młodego pokolenia w operze.

Czym jest dla ciebie występ na scenie?

Kiedy na niej stoję, nie chcę być kolejnym odtwórcą roli w spektaklu. Te lata przygotowań, prób, nauki, one uczą jednego – po prostu opowiedz  swoją historię. To zawsze wygra. Był taki moment, że jeździłem od kursu do kursu i każdy próbował włożyć coś w to moje śpiewanie. Ale ja się coraz bardziej gubiłem, nie wiedziałem kim jestem w tym wszystkim. A na scenie wszystko widać, wszystko słychać. Dlatego najważniejsze jest ludzi zafascynować. To jest dar. Przecież nie chodzi o to, żebyś ty na tej scenie po prostu przetrwał. Chodzi o to, żebyś  nie dość, że przeskoczył siebie, to jeszcze usiadł obok tych ludzi, którzy ciebie słuchają i opowiadał im  historię do ucha, szeptem. Każdy z słuchających  jest inny, a ty musisz zafascynować wszystkich. To jest tak cholernie ważne i to jest coś, co powoduje we mnie uniesienie. Kładziesz się do łóżka po takim występie i nie wiesz, gdzie jesteś – gdzieś pomiędzy Marsem, a Wenus. To wspaniałe uczucie.

Marzenia?

Jasne, ale teraz te realne, te, które mógłbym spełnić choćby dziś. Jednym z nich jest jazda jeepem z otwartym dachem, gdzieś na południu Francji. Nie boję się o tym mówić, bo to marzenie mogę spełnić choćby jutro i dlatego je tak kocham.

Czyli nie boisz się już przyszłości?

Musiałem dostać nieźle po tyłku, żeby się dowiedzieć kim jestem. Że jestem młodym artystą. A młodość to jest odwaga. I taki chcę pozostać.

Szymon Komasa: w Polsce  zabłysnął już rolą Mefista w Operze Nova w Bydgoszczy, występuje w wielu produkcjach zagranicznych w USA, Niemczech, Włoszech, Austrii. Jest z fantastycznego klanu Komasów. Starszy brat Jan jest reżyserem („Miasto 44”), bliźniaki Szymon i Maria mają talent muzyczny i już na koncie sporo sukcesów. Jest jeszcze uzdolniona młodsza siostra Zofia, studiuje reżyserię w Pradze. 

 

szymon

Reklamy

Gitarowa efemeryda

imgres-1

Mateusz Franczak nagrał bardzo ładną płytę. W „Night-night” słyszymy wszystko, co najważniejsze, żeby obwołać album mianem małego objawienia. Minimalistyczne, introwertyczne, nieco nawet apokaliptyczne w klimacie piosenki przerywają krótkie, rwane zaśpiewy Mateusza. Dla spragnionych etykietek – „Night-night” brzmi trochę tak, jakby ktoś wsadził do miksera Bon Iver, The Antlers i Sufjana Stevensa, przy czym tworzy ją jednak spora dawka indywidualizmu autora i współautorów. Bo na płycie słyszymy prócz Mateusza także m.in. Adama Podniesińskiego (elektronika), Patryka Zakrockiego (altówka, mbira), Pawła Szamburskiego (klarnet) i Huberta Zemlera (perkusja). „Night-night” została nagrana w warszawskim Teatrze Syrena, co miało kolosalny wpływ na zapis dźwiękowy.

Atmosfera teatru zachęciła twórców do eksperymentów z brzmieniem i głosem, co świetnie słychać choćby w otwierającym płytę, monumentalnym „Hold Your Fire”, gdzie w smyczkowe tło wtapiają się dźwięki gitary akustycznej, a potem i elektrycznej. Dopiero potem wchodzą bębny i wysoki głos Mateusza, melodia postępuje, a z nią oniryczna opowieść. Nie inaczej jest w „Over”, które rozpoczyna genialne fortepianowe intro. Na jego tle rozwija się wokal. W „Defy”, podobnie jak w „All About” Mateusz Franczak rozpoczyna od gitary elektrycznej, do której dochodzi głos. Charakterystyczny, powtarzający się motyw gitary zmienia dopiero pojawienie się perkusji. Czasem głosy pojawiają się w chórkach, jak w „Little Town”. W dużej mierze ma ten album charakter performatywny i bardzo konceptualny. Szalenie odpowiada mi delikatna, smętna i efemeryczna atmosfera tych piosenek i utworów instrumentalnych. Ujęła mnie też umiejętność przemiany Mateusza w coraz to inne postaci w każdej z piosenek.

Mateusz Franczak jest multiinstrumentalistą, wokalistą, improwizatorem, związanym m.in. z zespołami HOW HOW i Daktari. Występował na wielu ważnych festiwalach muzycznych i artystycznych w Polsce i zagranicą, m.in. OFF Festival, Enea Spring Break, JazzFest Berlin, Zandari Festa, Open’er Festival czy na Festiwalu Nowa Muzyka Żydowska. Zadebiutował doskonale przyjętym „long story short”. „Night-night” to jego drugi album.

 

 

image

Mateusz Franczak, „Night-night”, too may fireworks 2018,

9/10

imgres

Elektroniczna nostalgia

krakowitz658

Dominik Gawroński i Piotr Figiel tworzą wspólnie krakowsko-katowicki duet producencki Krakowitz. Poznali się i polubili na festiwalu Audioriver w 2009 roku. Tak zaczęła się ich muzyczna przygoda. Dominik Gawroński znany jest szerzej z  The Hmmms z Marcinem Żyskim oraz z wcześniejszej współpracy z Wojciechem Brzoską, z którą nagrali szalenie ciekawą płytę „Nunatak”.

Teraz, już z Piotrem Figlem, postanowił wrócić do swoich elektronicznych korzeni i zrobić nowy album – instrumentalno-elektroniczny. Nie ma już mowy o łączeniu słów z dźwiękiem. O swoim projekcie mówią, że w głębi duszy wciąż są nastolatkami, grającymi patykami. Ale teraz patyczki wymienili na syntezatory. I tak samo entuzjastycznie, jak kiedyś budowali zamki z piasku, tak teraz spotykają się w studiu i próbują zbudować parę dźwięków na bazie tych wspomnień z dzieciństwa. Zachęcają nas, żebyśmy wspólnie pobiegli przez łąkę, zbierając po drodze dmuchawce i puszczając samolociki z papieru. Próbują nas namówić na nostalgiczną podróż  do czasów, gdy słońce przyjemnie świeciło, a pod łóżkiem czaiły się potwory. I szczerze mówiąc udaje im się to w stu procentach.

Dominik Gawroński mówi: – Razem z Piotrkiem uwielbiamy syntezatory, a jeszcze bardziej lubimy robić na nich muzykę. I to opętanie syntezatorami słychać w tych dźwiękach z pogranicza ambientu i electro. Album udanie plasuje się w dokonaniach tuzów z Moderata, a chłopcy uwielbiają też Boards of Canada, Jori Hulkkonena, Molly Nilsson, Kelly Lee Owens czy Slowdive. Album co prawda ukazał się w streamie 24 stycznia tego roku, ale wersja kasetowa dopiero niedawno. Jak sami twierdzą, nie są dobrzy w podziałach gatunkowych, ale to akurat dobrze. Może właśnie dzięki temu „Cirrus”, rozpoczynający płytę, faktycznie przenosi nas w erę dzieciństwa, gdy wszystko było dużo prostsze, podobnie jak zamykający ten krótki album utwór „Blank Slate”. Ale cała przygoda zaczęła się od „Little Sisters”, w którym znalazł sie sampel z nagrań głosu siostry Dominika i jej koleżanek. – Ten sampel wylądował w intro do tego utworu i tak naprawdę zdeterminował cały kształt późniejszych działań – powiedział Dominik w wywiadzie dla muno.pl. – Lubię muzykę, w której są dalsze plany, głębia i klarowność brzmienia, stąd też starałem się to uzyskać w naszym materiale.

Syntezatory mają dwojakie pochodzenie tutaj: część dźwięków powstaje analogowo, a część to w całości software’owe rozwiązania. Dużo pasteli, rozmytych, ambientowych brzmień, progresji akordowych, ciekawie użytych IDM’owych bitów i wszędobylskich, zsamplowanych klawiszy – aż żal, że tak ambitny i piękny projekt nie został dostrzeżony przez media głównego nurtu.

Brodzenie

 

imgres

Podoba mi się ta płyta niezmiernie, choćby dlatego, że stanowi moją ulubioną formułę łączenia poezji z muzyką. Trio Brzoska/Marciniak/Markiewicz to swoisty eksperyment, w którym głos zyskuje pełnoprawną funkcję z gitarą elektryczną i trąbką. Kompozycje Łukasza Marciniaka są otwarte i improwizowane, zostawiają spore pole do popisu Brzosce – jednemu z głównych poetów środowiska śląskiego i polskiego. Wojciech Brzoska ma zresztą tutaj swoje dokonania: wcześniej zabłysnął znakomitymi płytami „Nunatak” oraz „Słońce, lupa i mrówki”, nagranymi z Dominikiem Gawrońskim.

„Mosty” z płyty „Brodzenie” Brzoski, Marciniaka i Markiewicza

W tym albumie podoba mi się sposób na poszukiwanie współbrzmień słowa i dźwięku, tworzący oryginalne plamy brzmieniowe. Swoboda, z jaką muzycy przechodzą od stylu do stylu, od tematu do tematu (perspektywa zagraniczna, czyli utwór o Joan Miró czy ten o Patti Smith, i ta bliska życiu, jak badania medyczne) jest imponująca. Brzoska umiejętnie podsyca atmosferę niedopowiedzenia, jak w „Drun drun”, czy „Mostach”. Moi faworyci to utwór o Patti Smith i Robercie Mapplethorpie oraz „Klepsydra”, w których pojawia się gitara preparowana Łukasza Marciniaka, świetnego instrumentalisty. W tym pierwszym słyszymy Brzoskę, jak mówi:

„to była dziwna noc

w hotelu chelsea

mamy po niej pamiątki na całe życie

– księżyc i błyskawice.

na naszych rękach

i nogach

– tatuaże z marzeń […]”

Niepokojący dźwięk trąbki Marcina „Cozera” Markiewicza w „Mostach” podkreśla klimat wyobcowania, a gitara Marciniaka dopełnia całości. Mimo, że tempo tych słowno-muzycznych zmagań siada pod koniec płyty, to i tak słodko-gorzkie rozważania Brzoski utrzymują tę poezję w ryzach do końca. Jego umiejętności dają sie poznać choćby w świetnym „Od pierwszego wejrzenia”, które opowiada o tajemniczym miłosnym wyznaniu, kończącym się śmieszną puentą. Brakuje mi trochę na tej płycie miłości takiej, jak z albumu „Słońce, lupa i mrówki”, gdzie –  jak rozumiem – mowa była o klasycznym związku, w którym ma cię mieć tylko ten mężczyzna, który cię kocha. Ale i tak, nikt inny, może prócz  Marcina Świetlickiego, Raphaela Rogińskiego i Grzegorza Kaźmierczaka z Variete, wśród której to ligi plasuje się to wydawnictwo, nie zrobił mi tak pięknego dnia. Polecam.

imgres-1

„Brodzenie”,  Brzoska/Marciniak/Markiewicz,

Fundacja Kaisera Soze, 2018

8/10

Czułe historie Sufjana

imgres

 

Sufjan Stevens to nie tylko pierwszorzędna gwiazda indie folku, ale również dobry poeta i znakomity tekściarz. Udowadnia to swoją nową piosenką „Tonya Harding”. Ten utwór ma swoją historię – Sufjan zbierał się, żeby ją napisać od blisko 30 lat, jak podaje u siebie na stronie. Trudno w to uwierzyć, bo piosenka jest bardzo prosta, tak samo jak prosto opowiedziana jest sama historia Tonyi, amerykańskiej łyżwiarki figurowej, której kariera zawaliła się po tym, jak została oskarżona przed laty o sfingowanie napadu na swoją rywalkę. Pochodząca z nizin społecznych, niestroniąca od alkoholu, uzależniona od niezbyt fajnych facetów sportsmenka musiała poruszyć czułą strunę w duszy Stevensa.

 

Sufjan nie od dziś ma miękkie społecznie serce. Wystarczy wspomnieć „Carrie and Lowell”, płytę sprzed dwóch lat, autobiograficzną, w której historia życia rodziny (i rodziców) Stevensa posłużyła mu do ułożenia przekonującej i wspaniałej lirycznie narracji o braku miłości i tęsknocie za nią. W przypadku „Tonyi Harding” jest trochę inaczej. Sufjan bierze opowieść Tonyi taką, jaka ona jest, nie dodając do niej własnych interpretacji, pokazując jak fascynująca i złożona jest ludzka natura. Rozmawia z nią jak równy z równym, pociesza, wydaje się, że niemal gładzi po głowie. Jest czuły jak matka i wyrozumiały jak ojciec, których Tonyi zabrakło na pewnym etapie.

Piosenka rozwija się powoli, między fortepianowymi akordami, odległym echem chóru a elektronicznymi ozdobnikami. Jaki właściwie Stevens miał cel, biorąc sobie za temat Tonyę Harding? Może chciał po prostu pokazać, że sztuka nie zna barier, i każda historia jest godna tego, żeby o niej opowiedzieć i ją zaśpiewać, nawet tak – wydawałoby się – banalna? Żałuję tylko, że mało ostatnio u Sufjana zajętego projektem „Planetarium”, takich motywów jak ten z „Mystery of Love”, piosenki napisanej w zeszłym roku do pięknego filmu „Tamte dni, tamte noce”, w której Stevens wspomina o tym, że ma go mieć tylko ta kobieta, którą on kocha. Dawno nie napisał nic tak poruszającego o miłości, a szkoda:

/Oh, oh woe-oh-woah is me

The last time that you touched me

Oh, will wonders ever cease?

Blessed be the mystery of love/

Fletowisko Bjork

Screen-Shot-2017-10-31-at-14.45.51-588x440

 

Na dziewiąty album Bjork, „Utopię”, trudno patrzeć inaczej niż jako na głos pełen nadziei, wyłaniający się z mroków poprzedniej płyty, „Vulnicury”.

Tam mieliśmy do czynienia z emocjonalnym mrokiem, podbitym chóralną polifonią – tu z jasnością, którą wieszczą aranżacje (rozpisane na 12-osobowy zespół flecistek islandzkich). Przez lata Bjork przyzwyczaiła nas do wysokiego poziomu swoich płyt, z których tylko nieliczne bym sobie darowała. Tak samo jest z „Utopią”. Bjork bawi się na niej nietypowymi harmoniami i rytmiką, w czym wydatnie pomaga jej elektroniczny producent i DJ Arca (Wenezuelczyk Alejandro Ghersi), a także wręcz uwielbia eksperymenty z instrumentarium i aranżami.

Zresztą dowód na to, że kocha eksperymentowanie dała choćby na „Volcie” czy gorzej od „Utopii” przyjętej „Vulnicurze”. Tym, co mnie przy niej trzyma, jako wiernej fance, jest umiętność burzenia zastanego ładu, głównie we własnej muzyce. I czy robi to za pomocą współczesnych chórów, czy harf, czy cięższych muzykologicznie argumentów, w postaci niemal cytatów ze Steve’a Reicha lub Oliviera Messiaena, jak w tym wypadku, zawsze wychodzi na tym dobrze. Nie inaczej jest tym razem. „Arisen My Senses”, rozpoczynające płytę, to dobry przykład na to, dlaczego Bjork wciąż jest jedną z najbardziej znacznych postaci w świecie popkultury. Utwór rozpoczyna się śliczną melodią,w  tle której słyszymy harfy i fortepian, ale już po chwili wokal zaczyna się multiplikować, a rytmy i wątki nakładać na siebie. To zresztą jedna z jej najlepszych piosenek od lat.

Nawet najbardziej popowy utwór na płycie, „Courtship”, tak jak fletowe „Tabula Rasa” czy tytułowa „Utopia”, pokazują, że Bjork zawsze nagrywa płyty tematyczne, zawsze chce mieć coś więcej do powiedzenia niż reszta mniej zaangażowanych artystów. I tak „Tabula Rasa” mówi nam o – jak to ujęła w wywiadzie – jej najskrytszych pragnieniach: umiejętności wymazania grzechów naszych przodków, głównie – mężczyzn. “Tabula rasa for my children/ Not repeating the fuck-ups of the fathers/ For us women to rise and not just take it lying down.”, śpiewa, mając na myśli także swoją prywatną wojnę z facetami. Tytułowa „Utopia”, na której słuchamy odgłosów egzotycznych ptaków z Wenezueli, to świat, w którym jest miejsce tylko dla kobiet i ich dzieci, dalekie od dręczących nas problemów. Wątki swoistego matriarchatu, scalające kilka tekstów z tej płyty, to znak rozpoznawczy obecnej Bjork i tego albumu. Ale jest on przede wszystkim wielką pieśnią o odradzającej się na nowo miłości i jej sile.

W „Blissing Me” Bjork śpiewa właśnie o niej – o esemesowaniu do siebie, o dotykaniu się, o pożądaniu. O tym, że ma ją mieć właśnie ten mężczyzna, którego kocha i który jeszcze jeden raz będzie chciał ją mieć. Z drugiej strony, „Utopia” to album o miłości lekkiej, bez konsekwencji i konwenansów. Nie bez przyczyny Bjork zasugerowała, że ta płyta to jej „Tinder-album”, jak słyszymy na „Courtship”. Bjork kocha na tym albumie tak bardzo, że miłość staje się osią (jej) wszechświata. Nie przeszkadza jej nawet stechnologizowanie miłości. Niektórzy będą wybrzydzali na to, ale mam wrażenie, że tylko dzięki temu wzmożeniu emocjonalnemu powstały utwory takie, jak przepiękna, futurystyczna ballada „The Gate”, w którym tytułowe wrota otwierają się na nowe uczucie, zamykając mrok dawnych.

Bjork nie byłaby też sobą, gdyby nie wróciła też do miłości do natury i nieuchronności przemijania – to też jeden z symboli obecnych w jej muzyce. Tu głównie w utworze „Body Memory”, gdzie śpiewa: „I’ve been wrestling with my fate/ Do I accept thing ending? Will I accept my death?” Blisko 10 minutowa piosenka przynosi dosłownie wszystko – biblijne wezwania chórów, futuryzm, odrealniony głos Bjork, awangardowe eksperymenty z aranżacjami.

Wady? Długość albumu – 72 minuty – i powtarzalność niektórych motywów, jak np. tych bjorko-centrycznych wątków o ojcu własnego dziecka („Sue Me”) czy tych, które, jak we „Future Forever” zaburzają idealną lirykę, z jakiej znamy artystkę z innych płyt. Końcówka albumu jest już nużąca, ale w sumie jak na taką ilość materiału Bjork i tak dzięki tej płycie pozostaje dla mnie uosobieniem artyzmu we współczesnej popkulturze.

„Utopia”, Bjork, Mystic Production, 7/10

Delikatna jak Charlotte

12GAINSBOURG2-master1050

Charlotte Gainsbourg

W grudniowym wydaniu magazynu L’Officiel ukazał się mój wywiad z Charlotte Gainsbourg, jedyny w Polsce, promujący nowy album wokalistki i aktorki. To płyta-zjawisko. Nagrana w hołdzie dla zmarłych ojca i siostry Charlotte Gainsbourg, Serge’a Gainsbourga i Kate Barry, swoją delikatnością, intymnością i mrocznością rzuca na kolana. Aktorka i piosenkarka przygotowywała ją od ponad 4 lat, przy pomocy SebastiAna, francuskiego producenta, kojarzonego głównie z Daft Punk i Frankiem Oceanem. Od początku chciała, by była ona hołdem złożonym pamięci ojca, który zmarł w 1991 roku na atak serca. Ale w międzyczasie doszło do innej tragedii: siostra Charlotte, Kate, wypadła z trzeciego piętra mieszkania w apartamentowcu i zginęła na miejscu. To wpłynęło na zmianę planów co do płyty. Charlotte przeniosła się do Nowego Jorku, by uciec od Paryża i wspomnień, związanych ze śmiercią siostry. Ale od tego momentu myślała tylko o niej. Chciała o niej mówić i śpiewać na płycie.

Zaczęła nad nią pracować z SebastiAnem w małym, kameralnym studio w Nowym Jorku. Przedstawiła mu swoje notatki – w tym głównie zestaw filmów z dzieciństwa, które ją inspirowały, głównie horrory – i zaczęli sesje.

W 2016 roku Charlotte i SebastiAn przenieśli się do Electric Lady Studio na Manhattanie, żeby kontynuować nagrania w większym gronie muzyków. Przy nagrywaniu „Songbird in a Cage” Gainsbourg poprosiła o pomoc Paula McCartneya, który napisał piosenkę dla niej kilka lat wcześniej. Udało mu się na jeden dzień wpaść do studia, żeby zagrać na gitarze, perkusji i fortepianie. Na płycie udzielił się też Owen Pallet, kanadyjski kompozytor, znany ze współpracy z Arcade Fire, a nad piosenką „Rest” Charlotte współpracowała z Guy-Manuelem de Homem-Christo, połową Daft Punk.

Dzięki temu, że wystąpili tu tak różni artyści, „Rest” nie jest utrzymana tylko w tonie sentymentalnym. Oczywiście jak u wielu artystów, którzy żałobę traktują otwarcie w swojej twórczości, także jako środek wypowiedzi, tu żałobne treny i słowa po śmierci bliskich wypadają nader mocno w zderzeniu z mroczną muzyką. Ale nie tylko. Piosenka „Deadly Valentine” to opowieść o miłości silniejszej niż śmierć. Opowiada o tym, jak to jest kochać radośnie, jak dziecko. Potem – jak nastolatek, wreszcie jak dojrzała osoba i w końcu jak staruszka. Historia ta biegnie przez wszystkie etapy życia. W piosence delikatna liryka przeciwstawiona jest mocnemu bitowi i mrocznej muzyce, pokazującej fascynację Charlotte „Thrillerem” Michaela Jacksona i brzmieniem francuskiej grupy Daft Punk. Śpiewa tu o tym, że ma ją mieć tylko ten mężczyzna, którego kocha i że nic ich nie rozłączy.

W zmysłowym „Ring-A-Ring O’Roses” na tle motywów elektronicznych rozwija się odrealniony tekst i wokal aktorki, która śpiewa: „Wszyscy spadamy w dół, zataczając kręgi, czekamy na cud…”. „Kate” to wymarzona wręcz piosenka dla matki Charlotte, Jane Birkin. Rozpoczynają ją klawisze, rozpostarte na tle sekcji smyczkowej. Charlotte zaczyna śpiewać po francusku, a linia melodyczna wchodzi w refrenie w elektroniczne tło. „Kate” w całości jest poświęcona siostrze aktorki, Kate Barry.

Krótkie „Lying To You” to rasowa francuska chanson, oparta na motywie syntezatorowym, do której bardzo pasuje eteryczny głos Charlotte. Śpiewa na niej o ojcu i jego śmierci: „W kąciku twoich ust cień, nie podobałoby ci się to”. – Chowam moment jego śmierci w pamięci jak skarb, chociaż był dla mnie straszny – opowiadała Charlotte, która miała 19 lat, gdy Serge Gainsbourg zmarł. W innej intymnej pieśni, „I’m a Lie” jest też miejsce na pożądanie i jego fizjologiczne aspekty, ale też na nieśmiałość. Szczerość Gainsbourg jest bezgraniczna. Jest też w tym dużo pewniejsza siebie niż na poprzednim albumie „IRM”.

Dominuje tu sentymentalny ton, podobnie jak w tytułowym „Rest”. W „Rest” Charlotte śpiewa: „Spacerujemy w powietrzu, unosimy się w rozgwieżdżonym niebie, okazuje się, że mogę latać, tak wysoko ponad ziemią, z tobą”. Piosenka została napisana przez Charlotte w połowie po francusku, a w połowie po angielsku. Po raz pierwszy zresztą napisała teksty sama na płytę. Na poprzednich, m.in. świetnej „IRM”, pisali jej je inni tekściarze. Wychowana w dwóch światach, między matką Brytyjką, a ojcem Francuzem, dobrze nasiąkła jedną i drugą mentalnością, które idealnie miksują się w jej twórczości.

W „Sylvia Says” zderza się elektronika i mocne rytmy z eterycznym wokalem Charlotte. Ten kontrast towarzyszy zresztą większości utworów. Tu głos Charlotte jak echo odbija linię melodyczną. Podobnie w „Songbird in a Cage”, gdzie melorecytatyw otwierający numer przechodzi w delikatne echo. „Dans Vos Airs” to znów klasyczna pieśń francuska, którą mógłby napisać ojciec aktorki. Z żałobną melodią skontrastowana jest tu rozbudowana sekcja smyczkowa, a wokal jest podbity elektronicznym motywem. Krótkie „Les Crocodiles” daje znów pole do popisu elektronice, pojawiają się też tu klawisze, smyczki i charakterystyczny, słodki szept Charlotte. Kończące płytę „Les Oxalis” to znów powrót do klimatu „Deadly Valentine”: zmysłowy szept wokalistki splata się z atmosferą dusznego disco lat 80., co podkreślają delikatnie bębny i mrocznie brzmiące klawisze. Idealny soundtrack do horroru. Śpiewa tu o spacerze w głąb alejkami cmentarza.

Wspomniany francusko-angielski profil aktorki zyskuje tu podwójne znaczenie. Jest chłodna i wycofana jak Brytyjka, a zarazem zmysłowa jak Francuzka. Wychowana została przecież przez autorów słynnej, skandalizującej „Je T’aime,… Moi Non Plus”. Nie mogło być inaczej: Charlotte nie ma żadnych oporów przed odsłanianiem całej siebie. Mogła więc z tego albumu uczynić rodzinny pomnik w hołdzie swoim rodzicom i korzeniom, na szczęście tak się nie stało. Pokazuje na nim wszelkie możliwe odcienie żałoby, ale też blaski życia: miłość, pożądanie, tęsknotę za ojcem i siostrą, gniew, obsceniczność, bunt, swoją rodzinę, całą siebie.

 

Jane Birkin i Serge Gainsbourg w „Je T’aime,… Moi Non Plus”

W pewnym momencie w piosence „Rest” (co można przetłumaczyć jako: „odpoczywaj w pokoju”) Charlotte szepcze francuskie „reste” – co znaczy „zostań (ze mną)”. Daje to poruszające, upiorne wrażenie żalu i tęsknoty. Aktorka odnosi się tu też do siostry i do ojca, nostalgicznie próbując zatrzymać wspomnienia o nich: „we should grow old together”, śpiewa o Kate (powinnyśmy się razem zestarzeć).

Pamiętam, że gdy pierwszy raz zobaczyłam plakat do „Nimfomanki” Larsa von Triera, w której Charlotte zagrała główną rolę, to poczułam, że wreszcie się wydobyła z kokonu, jakim jest dla niej kino francuskie. Zrozumiałam wówczas jej szczerość, osobność i kruchość, a zarazem moc. Taka jest właśnie ta płyta. Jeśli nie pamiętacie słynnego plakatu z „Nimfomanki”, to przed wrzuceniem płyty do odtwarzacza koniecznie go sobie przypomnijcie. To jest właśnie Charlotte Gainsbourg.

 

„Rest” Charlotte Gainsbourg, Because Music 9/10

Miłosne wschody słońca

 

St.-Vincent-Los-Ageless

 

Annie Clark czyli St Vincent nagrała kolejną dobrą płytę, zatytułowaną „Masseduction”, a ja mogę tylko podziwiać jej umiejętność wykorzystywania i podważania zarazem wzorców popkultury i konstruowania dobrych tekstów – jak zwykle.

Zaczyna się tak, że wcale nie mam dobrego wrażenia. Krótkie syntezatorowe bity i mechaniczne powtórzenia frazy sprawiają, że zapominam o dawnej St Vincent choćby z czasów „Marry Me”. Tym bardziej, że Annie Clark w dużej mierze porzuca gitarę na rzecz bitów i dobrych melodii (z wyjątkiem kilku piosenek, jak choćby „Pills”). Każda piosenka jest jak karuzela z gatunkami muzycznymi – na przykład „Pills” zaczyna się jak remiks, wędruje przez solówkę gitarową aż po rozbuchaną balladę z Kamasi Washingtonem na saksofonie. Krok po kroku Annie dodaje kolejne ingrediencje do garnka z piosenkami, nie rezygnując z wpływów, na jakich się wychowała (Prince). A ja się zaczynam do jej nowego przebrania przekonywać.

Spokojna, fortepianowa ballada „New Jork” przechodzi w refrenie w wielki hymn na cześć miasta artystów, podbity niespokojnym rytmem. Futurystyczna pieśń „Los Ageless” to, wydawałoby się, ciąg dalszy dystopijnej opowieści z „Digital Witness”, z czwartej płyty Annie, zatytułowanej „St Vincent”. Przy czym wszystko to St Vincent traktuje ironicznie, z przymrużeniem oka. Funk nie jest po prostu funkiem, a pop popem – to parodia gatunków. Syntezatory idą ręka w rękę z teatralnymi wokalizami („Sugarboy”), a gitary z mechanicznymi bitami, jakich nie powstydziłby się w tym wypadku autor „Let’s Dance”. Sprawia to wrażenie, jakby Annie chciała nagrać płytę metapopową, w której popowe osobowości i opowieści będą się przeglądać jak w zwierciadle kontrkultury. „Chcieliśmy zainteresowania na poziomie albumu pop”, powiedział dyrektor kreatywny i producent płyty. I tak się stało.

Jednak najbardziej poruszające są tutaj teksty Annie, traktujące paradoksalnie o sprawach poważnych, czyli lękach współczesności, o pożądaniu i samotności.

 

Annie śpiewa o tym, jak to jest być romantycznie kochaną i pożądaną („I have lost a hero, I have lost a friend, But for you, darling, I’d do it all again”), szczerze mówi o tym, że chciałaby się kochać z tą osobą, za którą tęskni, jeszcze w tym roku, i otwarcie konstruuje miłosną intrygę na poziomie poezji. W intrydze tej poczucie osamotnienia i tęsknoty rywalizują ze sobą o lepsze („I am alone like you”). To sprawia, że nie tyle cały album wydaje się być „popowy”, co postawa Annie – antygwiazdy, drwiącej z całego zestawu możliwych pytań i odpowiedzi tworzonych i tworzących się w showbiznesie, który sztucznie kreuje gwiazdy („Los Ageless”).

St Vincent potrafi podkreślić to opowiednim tłem instrumentalnym: perkusja trzaska, jakby kończył się świat, a gitary przypominają odgłosy trzęsienia ziemi. Najbardziej wpadająca w ucho pieśń to „Young Lover”, zawierająca aluzje do tabloidowego świata showbiznesu. Ta najmocniej popowa piosenka zawiera najsmutniejszy tekst o miłości, czego najmniej można by się spodziewać. Ale nie w przypadku St Vincent. Ona jest nieprzewidywalna. Społeczne obserwacje świata Ameryki oraz własne miłosne wschody i zachody słońca – to najlepsze, czym Annie może się pochwalić na tej płycie.

 

23stvincentageless-2

St Vincent, „Masseduction”, 8/10

Tylko miłość

z22469989IH,Proba--Mojej-walki-

Esej o życiu czy opowieść o przemijaniu? Pieśń o miłości czy ujęcie psychologii bohatera? Jak podejść do sześciotomowej powieści „Moja walka” Karla Ove Knausgarda, gdy się ją przenosi na teatralne deski? Z tym pytaniem zmierzył się reżyser spektaklu na podstawie gigantycznej powieści pisarza, Michał Borczuch. Odpowiedź jest niejednoznaczna, ale też nie o jednoznaczność tu chodzi, ani nawet nie o wierność książce. Chodzi o prawdę o człowieku, a z tym najlepszy reżyser może mieć problemy.

Zacznijmy od tego, że agent Knausgarda pozwolił Borczuchowi na dodanie zaledwie 7 proc. tekstu ponad to, co jest w książce. To sprawia, że wyzwanie, jakie stanęło przed reżyserem było karkołomne. Jak w czterech godzinach spektaklu streścić sześć tomów, wychodząc zarazem jednak poza niebanalną treść, za sprawą środków teatralnych?  I jak uchwycić atmosferę książki – pisarską walkę o byt? W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Borczuch mówił: –

– Chcemy złapać ją przez mnożenie poziomów opowieści, startując od sytuacji psychologicznych, poprzez sytuacje abstrakcyjne, włączając w to materiały dokumentalne, sfabrykowane dokumenty, osobiste perspektywy aktorów, czyli tworząc jakiegoś rodzaju palimpsest. Pracujemy, nadpisując swoją opowieść na tej książce – oczywiście nie robimy tego dosłownie[…], ale teatr jako sztuka daje narzędzia, żeby dołożyć kolejne znaczenia i odskoczyć od literatury.

Reżyser zdecydował, że wybierze fragmenty z każdego tomu, pokaże życie rodziny, na scenie pojawi się Karl, jego brat, matka, żona, jej rodzice, jego przyjaciel. I tak się stało. Spektakl, który odbywał się w hali ATM Studio w Warszawie, od samego początku był skonstruowany na różnych planach materialnych i czasowych. Mamy kilku bohaterów, którzy stykają się ze sobą w mniej lub bardziej klaustrofobicznych przestrzeniach. Jest Knausgard, który po informacji o śmierci ojca, zaczyna pisać swoją biografię, jest jego brat, z którym sprząta po śmierci ojca dom, matka i kobieta, którą pokochał. Dzięki zabiegowi reżyserskiemu, jesteśmy w kilku momentach tej historii jednocześnie, towarzysząc pisarzowi naraz w różnych chwilach życia.

Jaki wybór podejmuje główny bohater? Wybiera skok w przeszłość, której chwyta się kurczowo, jak tonący brzytwy. Wciąż od nowa zastanawia się nad tokiem wydarzeń z przeszłości oraz nad jego relacjami z ludźmi. Rozmyśla o tym z perspektywy metafizycznej, jak i czysto biologicznej, związanymi z przemijaniem. Odejście ojca naznaczyło cieniem życie Knausgarda (granego przez Jana Dravnela i Sebastiana Pawlaka), ale też zmusiło go do rozważań egzystencjalnych: kim jestem, co robię/zrobiłem, dokąd zmierzam?

Pomagają mu w tym żona Linda (Agnieszka Podsiadlik/Justyna Wasilewska) i przyjaciel (Paweł Smagała). Powoli wsiąkamy w atmosferę spektaklu, którą tak świetnie udało się stworzyć Borczuchowi, a tak kapitalnie podtrzymać doskonałemu aktorsko zespołowi TR Warszawa. Tylko pozornie jest to atmosfera-nic, a postacie bez sensu potykają się o siebie. W rzeczywistości każda z tych osób rozpaczliwie stara się przedrzeć przez barierę inności tego drugiego i samych siebie w sytuacji, gdy pozostaje nam już tylko martwy świat, nieożywiona materia. Tęsknimy za prawdziwym życiem, ale co to dla nas oznacza? Fikcję – zdaje się mówić reżyser. Dobrze to pokazuje pierwsza scena, gdy chłopcy sprzątają dom po ojcu, a wszystko, z czym mają do czynienia to kupa śmierdzących szmat i brudne meble. Albo ta, w której Knausgard zakochuje się w Lindzie. Jak w tej sytuacji obudzić w sobie litość lub zrozumienie i dotrzeć do innego człowieka? Reżyser pokazuje, że czasem to niemożliwe.

 

01-BIEL4399

@TR Warszawa

Jedyne, co jest możliwe, to określenie siebie na nowo. I to się bohaterowi udaje. Wiele miejsca Borczuch pozostawia tekstowi – odczytywanym dialogom, mówionym kwestiom, a nawet próbom obśmiania ich dłużyzn (komentowanych przez samych aktorów). Pozornie słowo jest ważne, i dla głównego bohatera i dla innych postaci, bo jest przecież pisarzem. Bez słowa nie istnieją, tak się przynajmniej wydaje, sądząc choćby z dialogu między Marią Maj a Lechem Łotockim, przeciwstawionym scenie z nagraniem roześmianych, rozgadanych dzieci. Potem jednak widzimy, że słowo jest też materią nieożywioną, nie sposób nim wypełnić pustki po stracie drugiej osoby albo zapełnić uczuć, jakie mamy w stosunku do ukochanej.

Postacie mówią często w pustkę, ich słowa giną lub są jak sparodiowane. Gdzie więc szukać sensu? Tylko miłość jest w stanie nas uratować w obliczu bezradności, chaosu świata czy bezprzyczynowości. Tylko miłość wypełnia nasze życie czymś. Słowa przegrywają z miłością, nie potrafią jej sprostać, ani wyrazić wystarczająco dobrze, by oddać pełnię uczucia (co obrazuje świetna scena z nagim Dravnelem i Justyną Wasilewską w drugiej części spektaklu). Taki też jest sens twórczości Knausgarda – oddać pełnię miłości do świata, do życia, do kobiety, do mężczyzny, do tych jedynych i wyjątkowych osób w naszym życiu, o których możemy powiedzieć, jak on (tu Dravnel): „i że wiem, że zawsze będę cię kochał”.

W tym wymiarze pierwszą część sztuki można uznać za znakomitą. Udane są także momenty, w których miłosne zauroczenie idzie w parze ze zwykłymi, nużącymi czynnościami, tak, żeby pokazać stopień komplikacji uczuć Knausgarda do Lindy. Szczególnie sceny, gdy na ekranie pokazywane są jednocześnie nagrania z warsztatów na temat twórczości Norwega, stają się głównym środkiem wyrazu. Wielowątkowość i chłód wypowiedzi postaci są podobne do charakteru artystycznej wypowiedzi pisarza i jego samego, co sprawia, że zaczynamy patrzeć na jego bohatera jak na kogoś wypranego z uczuć. Doskonale pasuje to do nagrań z warsztatów i tych z roześmianymi dziećmi, a także tych ujęć, które pokazują bohaterów na ekranie grających na bieżąco.

Kłopot mam z drugą częścią, która jest już bardziej rwanym monologiem Knausgarda z samym sobą i o sobie, a to nie było zamierzeniem pisarza. Przegadane dialogi bohatera z jego przyjacielem, zastanawianie się nad tym, czy wydanie książki będzie zgodne z prawem i własnymi intencjami, czy nie, nieskończone rozmowy telefoniczne – to wszystko nuży. Teatralna bańka pryska w zderzeniu z „trzeźwymi” monologami i dłużyznami w sztuce, napięcie siada, klimat nieco rozmywa się. Ale za to ukłony za dobór scen należą się Borczuchowi i dramaturgowi Tomaszowi Śpiewakowi, bo jest tych fragmentów masa: śmierć ojca, kolejne dziewczyny, muzyka, praca, pisanie, pojawienie się dzieci, dialogi z przyjacielem, matką. Wszystkie je łączy wspomniana wyżej pasja życia pisarza: chęć pokazania całej miłości do świata oraz prawdy o sobie i o innych, jaką ta miłość narzuca. I to się reżyserowi udało.

W połączeniu z piękną muzyką (zbliżony prawie do teledysku motyw z „Wicked Games” Chrisa Isaaka powala!) i grą świateł, spektakl przekazuje prawdę o człowieku naszych czasów: miotającym się w poszukiwaniu autentyczności i łaknącym akceptacji samotniku, który jest skazany i sam się skazuje na ciągłą walkę o siebie samego. To, co dominuje przez ponad dwie godziny trwania spektaklu gaśnie w momencie, gdy na scenę wchodzi Knausgard-pisarz (druga część spektaklu). Jego pisarskie rozterki nie dźwigają sztuki wyżej, a szkoda, bo przykryło to nieco świetne wrażenie z pierwszej części. Dziękuję Borczuchowi za pokazanie Knausgarda-człowieka, żałuję, że nie udało się tak dobrze pokazać Knausgarda-pisarza.

Zachęcam do obejrzenia tego znakomitego spektaklu, bo Michał Borczuch znów pokazał w nim klasę jednego z najlepszych polskich reżyserów.

 

635402612224191734

Karl Ove Knausgard

„Moja walka”, reż. Michał Borczuch na podstawie „Min Kamp” Karla Ove Knausgarda, premiera 6 października TR Warszawa/ATM Studio. 8/10

 

zdjęcie na początku strony (spektakl): @Jacek Marczewski/Agencja Gazeta

Chodźcie tu

ZCTktkqTURBXy85MDU4MDEyMTJiNGJjMTgwZDQ4NTBlZDFhNTA1OGNkNC5qcGVnkpUDAM0BCc0Cus0BiJMFzQMgzQHC

Od prawie dwudziestu lat była twarzą i głosem takich projektów, jak Sistars (wspólnie z siostrą Natalią), Pinnawela, Rita Pax czy Archeo. Wreszcie przyszedł czas na solowy album, w którym jej ulubiona czarna muza wybrzmiewa z pełną siłą i na własny rachunek. Paulina Przybysz i jej płyta „Chodź tu”.

Wokalnie Paulina jest tu jak ów pył, który ma się na wietrze mienić z jej piosenki „Pirx” –  jest liryczna, ale i zabawna. Upodabnia się w tym trochę do Janelle Monae,  a rytmicznie do najciekawszych artystów współczesnego soulu i R&B.

Ma też wiele do powiedzenia. Słychać w słowach jej piosenek feministyczne przesłanie do wszystkich kobiet i do świata. Ale nie tylko. Śpiewa też o miłości („Drewno” – „dzisiaj czuję w brzuchu twoje tętno, chodź tu, no chodź tu”). A wychodzi jej to trochę w duchu newjazzu, trochę hip-hopu, a trochę soulful, jak w „Pirxie”, gdzie szczerze (a szczerość to słowo-klucz) śpiewa o tym, że ma wrócić do miłości człowieka, którego już raz kiedyś pokochała, i o tym, że znów mają się mieć.

Rymami wywija też tak, że nie powstydziłby się żaden amerykański raper („ja jestem Przybysz z kosmosu” w „Pirxie”). Elektronika, tłuste bity, werble stoją tu w jednym rzędzie z samplami, brzmieniami wiolonczeli, fortepianu czy odgłosami natury (za produkcję odpowiada m.in. Night Marks Electric Trio i Zamilska). To dzięki nim (i samej Przybysz) znajdziecie tu i dub i dubstep („Saliva”,„Papadamy”), jak i hip-hop („Buy me a song”), dancehall („Dzielne kobiety”), chórki soulowe w „Chokin”, fascynującą zabawę słowem i muzyką w „Pirxie”, „System” i „Dzielne kobiety” („palą się stosy zwęglonej rozkoszy”), rasowe R’n’B w „Drewno”, i niepokojące, szerokie frazowanie – „Kumoi”.

Szkoda, że w pewnym momencie płytę przełamują stylistyczne zabawy, w których piękne melodie zaczynają ginąć w gąszczu muzyki. Odważne produkcje, wspomożone soulowym wokalem, nie zyskują na tym („No Entrance”, „Chokin”).

Ale sam fakt, że Paulina zdecydowała się postawić na własne nazwisko i nagrać tak mainstreamową i udaną płytę, jest znaczący. W końcu daje się poznać jako artystka w 100 procentach wykorzystująca swoje możliwości.

maxresdefault

Paulina Przybysz, „Chodź tu”, Kayax Music, 2017, 7/10