Miłosne wschody słońca

 

St.-Vincent-Los-Ageless

 

Annie Clark czyli St Vincent nagrała kolejną dobrą płytę, zatytułowaną „Masseduction”, a ja mogę tylko podziwiać jej umiejętność wykorzystywania i podważania zarazem wzorców popkultury i konstruowania dobrych tekstów – jak zwykle.

Zaczyna się tak, że wcale nie mam dobrego wrażenia. Krótkie syntezatorowe bity i mechaniczne powtórzenia frazy sprawiają, że zapominam o dawnej St Vincent choćby z czasów „Marry Me”. Tym bardziej, że Annie Clark w dużej mierze porzuca gitarę na rzecz bitów i dobrych melodii (z wyjątkiem kilku piosenek, jak choćby „Pills”). Każda piosenka jest jak karuzela z gatunkami muzycznymi – na przykład „Pills” zaczyna się jak remiks, wędruje przez solówkę gitarową aż po rozbuchaną balladę z Kamasi Washingtonem na saksofonie. Krok po kroku Annie dodaje kolejne ingrediencje do garnka z piosenkami, nie rezygnując z wpływów, na jakich się wychowała (Prince). A ja się zaczynam do jej nowego przebrania przekonywać.

Spokojna, fortepianowa ballada „New Jork” przechodzi w refrenie w wielki hymn na cześć miasta artystów, podbity niespokojnym rytmem. Futurystyczna pieśń „Los Ageless” to, wydawałoby się, ciąg dalszy dystopijnej opowieści z „Digital Witness”, z czwartej płyty Annie, zatytułowanej „St Vincent”. Przy czym wszystko to St Vincent traktuje ironicznie, z przymrużeniem oka. Funk nie jest po prostu funkiem, a pop popem – to parodia gatunków. Syntezatory idą ręka w rękę z teatralnymi wokalizami („Sugarboy”), a gitary z mechanicznymi bitami, jakich nie powstydziłby się w tym wypadku autor „Let’s Dance”. Sprawia to wrażenie, jakby Annie chciała nagrać płytę metapopową, w której popowe osobowości i opowieści będą się przeglądać jak w zwierciadle kontrkultury. „Chcieliśmy zainteresowania na poziomie albumu pop”, powiedział dyrektor kreatywny i producent płyty. I tak się stało.

Jednak najbardziej poruszające są tutaj teksty Annie, traktujące paradoksalnie o sprawach poważnych, czyli lękach współczesności, o pożądaniu i samotności.

 

Annie śpiewa o tym, jak to jest być romantycznie kochaną i pożądaną („I have lost a hero, I have lost a friend, But for you, darling, I’d do it all again”), szczerze mówi o tym, że chciałaby się kochać z tą osobą, za którą tęskni, jeszcze w tym roku, i otwarcie konstruuje miłosną intrygę na poziomie poezji. W intrydze tej poczucie osamotnienia i tęsknoty rywalizują ze sobą o lepsze („I am alone like you”). To sprawia, że nie tyle cały album wydaje się być „popowy”, co postawa Annie – antygwiazdy, drwiącej z całego zestawu możliwych pytań i odpowiedzi tworzonych i tworzących się w showbiznesie, który sztucznie kreuje gwiazdy („Los Ageless”).

St Vincent potrafi podkreślić to opowiednim tłem instrumentalnym: perkusja trzaska, jakby kończył się świat, a gitary przypominają odgłosy trzęsienia ziemi. Najbardziej wpadająca w ucho pieśń to „Young Lover”, zawierająca aluzje do tabloidowego świata showbiznesu. Ta najmocniej popowa piosenka zawiera najsmutniejszy tekst o miłości, czego najmniej można by się spodziewać. Ale nie w przypadku St Vincent. Ona jest nieprzewidywalna. Społeczne obserwacje świata Ameryki oraz własne miłosne wschody i zachody słońca – to najlepsze, czym Annie może się pochwalić na tej płycie.

 

23stvincentageless-2

St Vincent, „Masseduction”, 8/10

Reklamy

Tylko miłość

z22469989IH,Proba--Mojej-walki-

Esej o życiu czy opowieść o przemijaniu? Pieśń o miłości czy ujęcie psychologii bohatera? Jak podejść do sześciotomowej powieści „Moja walka” Karla Ove Knausgarda, gdy się ją przenosi na teatralne deski? Z tym pytaniem zmierzył się reżyser spektaklu na podstawie gigantycznej powieści pisarza, Michał Borczuch. Odpowiedź jest niejednoznaczna, ale też nie o jednoznaczność tu chodzi, ani nawet nie o wierność książce. Chodzi o prawdę o człowieku, a z tym najlepszy reżyser może mieć problemy.

Zacznijmy od tego, że agent Knausgarda pozwolił Borczuchowi na dodanie zaledwie 7 proc. tekstu ponad to, co jest w książce. To sprawia, że wyzwanie, jakie stanęło przed reżyserem było karkołomne. Jak w czterech godzinach spektaklu streścić sześć tomów, wychodząc zarazem jednak poza niebanalną treść, za sprawą środków teatralnych?  I jak uchwycić atmosferę książki – pisarską walkę o byt? W wywiadzie dla Gazety Wyborczej Borczuch mówił: –

– Chcemy złapać ją przez mnożenie poziomów opowieści, startując od sytuacji psychologicznych, poprzez sytuacje abstrakcyjne, włączając w to materiały dokumentalne, sfabrykowane dokumenty, osobiste perspektywy aktorów, czyli tworząc jakiegoś rodzaju palimpsest. Pracujemy, nadpisując swoją opowieść na tej książce – oczywiście nie robimy tego dosłownie[…], ale teatr jako sztuka daje narzędzia, żeby dołożyć kolejne znaczenia i odskoczyć od literatury.

Reżyser zdecydował, że wybierze fragmenty z każdego tomu, pokaże życie rodziny, na scenie pojawi się Karl, jego brat, matka, żona, jej rodzice, jego przyjaciel. I tak się stało. Spektakl, który odbywał się w hali ATM Studio w Warszawie, od samego początku był skonstruowany na różnych planach materialnych i czasowych. Mamy kilku bohaterów, którzy stykają się ze sobą w mniej lub bardziej klaustrofobicznych przestrzeniach. Jest Knausgard, który po informacji o śmierci ojca, zaczyna pisać swoją biografię, jest jego brat, z którym sprząta po śmierci ojca dom, matka i kobieta, którą pokochał. Dzięki zabiegowi reżyserskiemu, jesteśmy w kilku momentach tej historii jednocześnie, towarzysząc pisarzowi naraz w różnych chwilach życia.

Jaki wybór podejmuje główny bohater? Wybiera skok w przeszłość, której chwyta się kurczowo, jak tonący brzytwy. Wciąż od nowa zastanawia się nad tokiem wydarzeń z przeszłości oraz nad jego relacjami z ludźmi. Rozmyśla o tym z perspektywy metafizycznej, jak i czysto biologicznej, związanymi z przemijaniem. Odejście ojca naznaczyło cieniem życie Knausgarda (granego przez Jana Dravnela i Sebastiana Pawlaka), ale też zmusiło go do rozważań egzystencjalnych: kim jestem, co robię/zrobiłem, dokąd zmierzam?

Pomagają mu w tym żona Linda (Agnieszka Podsiadlik/Justyna Wasilewska) i przyjaciel (Paweł Smagała). Powoli wsiąkamy w atmosferę spektaklu, którą tak świetnie udało się stworzyć Borczuchowi, a tak kapitalnie podtrzymać doskonałemu aktorsko zespołowi TR Warszawa. Tylko pozornie jest to atmosfera-nic, a postacie bez sensu potykają się o siebie. W rzeczywistości każda z tych osób rozpaczliwie stara się przedrzeć przez barierę inności tego drugiego i samych siebie w sytuacji, gdy pozostaje nam już tylko martwy świat, nieożywiona materia. Tęsknimy za prawdziwym życiem, ale co to dla nas oznacza? Fikcję – zdaje się mówić reżyser. Dobrze to pokazuje pierwsza scena, gdy chłopcy sprzątają dom po ojcu, a wszystko, z czym mają do czynienia to kupa śmierdzących szmat i brudne meble. Albo ta, w której Knausgard zakochuje się w Lindzie. Jak w tej sytuacji obudzić w sobie litość lub zrozumienie i dotrzeć do innego człowieka? Reżyser pokazuje, że czasem to niemożliwe.

 

01-BIEL4399

@TR Warszawa

Jedyne, co jest możliwe, to określenie siebie na nowo. I to się bohaterowi udaje. Wiele miejsca Borczuch pozostawia tekstowi – odczytywanym dialogom, mówionym kwestiom, a nawet próbom obśmiania ich dłużyzn (komentowanych przez samych aktorów). Pozornie słowo jest ważne, i dla głównego bohatera i dla innych postaci, bo jest przecież pisarzem. Bez słowa nie istnieją, tak się przynajmniej wydaje, sądząc choćby z dialogu między Marią Maj a Lechem Łotockim, przeciwstawionym scenie z nagraniem roześmianych, rozgadanych dzieci. Potem jednak widzimy, że słowo jest też materią nieożywioną, nie sposób nim wypełnić pustki po stracie drugiej osoby albo zapełnić uczuć, jakie mamy w stosunku do ukochanej.

Postacie mówią często w pustkę, ich słowa giną lub są jak sparodiowane. Gdzie więc szukać sensu? Tylko miłość jest w stanie nas uratować w obliczu bezradności, chaosu świata czy bezprzyczynowości. Tylko miłość wypełnia nasze życie czymś. Słowa przegrywają z miłością, nie potrafią jej sprostać, ani wyrazić wystarczająco dobrze, by oddać pełnię uczucia (co obrazuje świetna scena z nagim Dravnelem i Justyną Wasilewską w drugiej części spektaklu). Taki też jest sens twórczości Knausgarda – oddać pełnię miłości do świata, do życia, do kobiety, do mężczyzny, do tych jedynych i wyjątkowych osób w naszym życiu, o których możemy powiedzieć, jak on (tu Dravnel): „i że wiem, że zawsze będę cię kochał”.

W tym wymiarze pierwszą część sztuki można uznać za znakomitą. Udane są także momenty, w których miłosne zauroczenie idzie w parze ze zwykłymi, nużącymi czynnościami, tak, żeby pokazać stopień komplikacji uczuć Knausgarda do Lindy. Szczególnie sceny, gdy na ekranie pokazywane są jednocześnie nagrania z warsztatów na temat twórczości Norwega, stają się głównym środkiem wyrazu. Wielowątkowość i chłód wypowiedzi postaci są podobne do charakteru artystycznej wypowiedzi pisarza i jego samego, co sprawia, że zaczynamy patrzeć na jego bohatera jak na kogoś wypranego z uczuć. Doskonale pasuje to do nagrań z warsztatów i tych z roześmianymi dziećmi, a także tych ujęć, które pokazują bohaterów na ekranie grających na bieżąco.

Kłopot mam z drugą częścią, która jest już bardziej rwanym monologiem Knausgarda z samym sobą i o sobie, a to nie było zamierzeniem pisarza. Przegadane dialogi bohatera z jego przyjacielem, zastanawianie się nad tym, czy wydanie książki będzie zgodne z prawem i własnymi intencjami, czy nie, nieskończone rozmowy telefoniczne – to wszystko nuży. Teatralna bańka pryska w zderzeniu z „trzeźwymi” monologami i dłużyznami w sztuce, napięcie siada, klimat nieco rozmywa się. Ale za to ukłony za dobór scen należą się Borczuchowi i dramaturgowi Tomaszowi Śpiewakowi, bo jest tych fragmentów masa: śmierć ojca, kolejne dziewczyny, muzyka, praca, pisanie, pojawienie się dzieci, dialogi z przyjacielem, matką. Wszystkie je łączy wspomniana wyżej pasja życia pisarza: chęć pokazania całej miłości do świata oraz prawdy o sobie i o innych, jaką ta miłość narzuca. I to się reżyserowi udało.

W połączeniu z piękną muzyką (zbliżony prawie do teledysku motyw z „Wicked Games” Chrisa Isaaka powala!) i grą świateł, spektakl przekazuje prawdę o człowieku naszych czasów: miotającym się w poszukiwaniu autentyczności i łaknącym akceptacji samotniku, który jest skazany i sam się skazuje na ciągłą walkę o siebie samego. To, co dominuje przez ponad dwie godziny trwania spektaklu gaśnie w momencie, gdy na scenę wchodzi Knausgard-pisarz (druga część spektaklu). Jego pisarskie rozterki nie dźwigają sztuki wyżej, a szkoda, bo przykryło to nieco świetne wrażenie z pierwszej części. Dziękuję Borczuchowi za pokazanie Knausgarda-człowieka, żałuję, że nie udało się tak dobrze pokazać Knausgarda-pisarza.

Zachęcam do obejrzenia tego znakomitego spektaklu, bo Michał Borczuch znów pokazał w nim klasę jednego z najlepszych polskich reżyserów.

 

635402612224191734

Karl Ove Knausgard

„Moja walka”, reż. Michał Borczuch na podstawie „Min Kamp” Karla Ove Knausgarda, premiera 6 października TR Warszawa/ATM Studio. 8/10

 

zdjęcie na początku strony (spektakl): @Jacek Marczewski/Agencja Gazeta

Chodźcie tu

ZCTktkqTURBXy85MDU4MDEyMTJiNGJjMTgwZDQ4NTBlZDFhNTA1OGNkNC5qcGVnkpUDAM0BCc0Cus0BiJMFzQMgzQHC

Od prawie dwudziestu lat była twarzą i głosem takich projektów, jak Sistars (wspólnie z siostrą Natalią), Pinnawela, Rita Pax czy Archeo. Wreszcie przyszedł czas na solowy album, w którym jej ulubiona czarna muza wybrzmiewa z pełną siłą i na własny rachunek. Paulina Przybysz i jej płyta „Chodź tu”.

Wokalnie Paulina jest tu jak ów pył, który ma się na wietrze mienić z jej piosenki „Pirx” –  jest liryczna, ale i zabawna. Upodabnia się w tym trochę do Janelle Monae,  a rytmicznie do najciekawszych artystów współczesnego soulu i R&B.

Ma też wiele do powiedzenia. Słychać w słowach jej piosenek feministyczne przesłanie do wszystkich kobiet i do świata. Ale nie tylko. Śpiewa też o miłości („Drewno” – „dzisiaj czuję w brzuchu twoje tętno, chodź tu, no chodź tu”). A wychodzi jej to trochę w duchu newjazzu, trochę hip-hopu, a trochę soulful, jak w „Pirxie”, gdzie szczerze (a szczerość to słowo-klucz) śpiewa o tym, że ma wrócić do miłości człowieka, którego już raz kiedyś pokochała, i o tym, że znów mają się mieć.

Rymami wywija też tak, że nie powstydziłby się żaden amerykański raper („ja jestem Przybysz z kosmosu” w „Pirxie”). Elektronika, tłuste bity, werble stoją tu w jednym rzędzie z samplami, brzmieniami wiolonczeli, fortepianu czy odgłosami natury (za produkcję odpowiada m.in. Night Marks Electric Trio i Zamilska). To dzięki nim (i samej Przybysz) znajdziecie tu i dub i dubstep („Saliva”,„Papadamy”), jak i hip-hop („Buy me a song”), dancehall („Dzielne kobiety”), chórki soulowe w „Chokin”, fascynującą zabawę słowem i muzyką w „Pirxie”, „System” i „Dzielne kobiety” („palą się stosy zwęglonej rozkoszy”), rasowe R’n’B w „Drewno”, i niepokojące, szerokie frazowanie – „Kumoi”.

Szkoda, że w pewnym momencie płytę przełamują stylistyczne zabawy, w których piękne melodie zaczynają ginąć w gąszczu muzyki. Odważne produkcje, wspomożone soulowym wokalem, nie zyskują na tym („No Entrance”, „Chokin”).

Ale sam fakt, że Paulina zdecydowała się postawić na własne nazwisko i nagrać tak mainstreamową i udaną płytę, jest znaczący. W końcu daje się poznać jako artystka w 100 procentach wykorzystująca swoje możliwości.

maxresdefault

Paulina Przybysz, „Chodź tu”, Kayax Music, 2017, 7/10

Kulturalne salto mortale

Maslowska _ Jak przejac kontrole nad swiatem_m

@Wydawnictwo Literackie

Trochę późno zabrałam się za nową Masłowską, ale to wszystko przez początek wakacji: okazuje się, że wypoczynek strasznie męczy. Jak się okazuje, w tym czasie Masłowska wykonała salto mortale w głębinach naszej popkultury, i to w iście mistrzowskim stylu.

Książka zatytułowana „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to już drugi Masłowskiej tom, w całości złożony z felietonów, jakie autorka pisała od kilku lat dla strony dwutygodnik.com. Dla nas bada rewiry świata porzuconego na marginesach popkultury. Ze skrawków i wycinków kultury niskiej, śmieciowej albo wręcz zapomnianej buduje jej całkiem zręczny pomnik, nie zapominając o sobie – narratorze tego śmietnika. Udaje jej się ukuć spójną historię o własnych uprzedzeniach i widzeniu tego świata, bez tracenia (ani na minutę) wrodzonego poczucia humoru i co cenniejsze – poczucia obciachu. Taplając się w tym śmietnikowisku kultury zawsze zauważa coś, czego być może postronny obserwator by nie zauważył (lub coś, co ktoś przepatrzył).

z21771026Q,Zabrano-mi-ojczyzne--Przechwycono-jej-symbole--fla

Dorota Masłowska

Obiera sobie za cel pozornie łatwe, zastygłe już w czasie i na małym ekranie legendy, miejsca, ludzi: serial „W labiryncie”, „Big Brothera”, Magdę Gessler, program „Azja Express”, discopolo, zespół Bajm, film „Szamanka”, serial „Dynastia”… Ale przede wszystkim podsłuchuje: ludzi, zdarzenia, ruch uliczny, strzępy rozmów w autobusach, dając nam celną obserwację nas samych, biednych, upozorowanych na uładzonych, „ą-ę” konsumentów tego ścieku popkultury. A słuch Masłowska-pisarka i wokalistka ma świetny. Doskonałe obserwacje natury psychologicznej wykwitają tu jak kwiat szkarłatny na bagnie, opisywanym przez nią z lubością. Czyta się to leciutko, z podziwem dla umiejętności językowych Masłowskiej, która przy całej tej lekkości nie rezygnuje z brawury intelektualnej. Zaskakuje przy tym śmiesznymi metaforami, co nie znaczy, że my wyłącznie rechoczemy: to czasem śmiech przez łzy. I żeby nie było, że Masłowska obwieszcza śmierć popkultury – wręcz przeciwnie, to, że się dobrze bawi, pisząc o niej, świadczy o tym, że ma się ona świetnie.

Czego jeszcze nie wiemy, czego byśmy się  nie mogli dowiedzieć o ostatnich trzydziestu latach życia w Polsce od Masłowskiej? Pisarka jest dzieckiem lat 90. i je głównie opisuje, ale także z zapierającą dech w piersiach dezynwolturą tłumaczy fenomeny popkultury lat ostatnich, wkładając na nie zielony garnitur prezesa PSL-u, Pawlaka, czy wnioski społeczno-polityczne. Pokazuje, że myśmy się tak naprawdę na przełomie tysiącleci i dekad wcale nie zmienili. Że politycznie parliśmy do przodu, a jako społeczeństwo przebieraliśmy się w odświętne ciuchy, ale gdzieś tam w nas wciąż została ta przaśna kultura, której się trochę wstydzimy, a trochę za nią tęsknimy. Ona się z nami zrosła, jak huba z dębem, i nic się na to nie da poradzić.

 

27116_c

kadr z filmu „Szamanka” Andrzeja Żuławskiego

Aż żal, że w takiej książce zabrakło historii na miarę tej z debiutu, jakiegoś zdrowego romansu, który pozwalałby nam trochę przełamać śmietnik romantycznym salonem. Na przykład takiego, w którym pewna dziewczyna wie, że będzie tylko z mężczyzną, którego pokochała i miała go mieć. I że jeszcze będą mogli się znów zobaczyć. Nawet gdyby u Masłowskiej, jak to u niej, historia ta wybrzmiała kampowo albo egzystencjalnie, to i tak byłaby dobrym epilogiem dla tej książki. A dlaczego ta książka, czyli ten zbiór felietonów jest tak dobry? Bo Masłowska już wie, że nic jej nie ogranicza: ani język, ani estetyka, ani target, czyli czytelnik. Jest ona zjawiskiem osobnym, z czego zdaje sobie sprawę doskonale, dlatego zalecam Państwu serdecznie czytać ten tom i jeszcze raz czytać.

Liryka dojrzałego mężczyzny

19186213_0004162178_10

Fleet Foxes

Czwórka ludzi śpiewających i piątka (w porywach) grających na instrumentach – z tego musiało wyjść coś wielkiego. Ich poprzedni album „Helplessness Blues” jest jednym z najważniejszych w tym dziesięcioleciu, a przy okazji jest jednym z najdobitniejszych dowodów na to, jak skołowani jesteśmy u progu kolejnego tysiąclecia. „Crack-Up” pokazuje, że Fleet Foxes to wciąż nu-folkowy band, chociaż jak nigdy wcześniej korzystający z dobrodziejstw world music. Nie warto chyba nawet porównywać specjalnie obu albumów, bo ten, choć nie ustępuje mistrzostwem kompozycyjnym „Helplessness Blues”, mierzy w trochę innego odbiorcę, starszego i dojrzalszego, tak jakby piosenki zestarzały się z chłopakami z zespołu.

 

Przez płytę przewijają się dźwięki bliskowschodnich instrumentów i melodyk, łagodna, przesłodka psychodelia, muzyka Gnawy (jak sam określił to lider grupy Robin Pecknold), jazz, syntezatory („Cassius, -”) i muzyka kameralna. Przypomina to o obecności na alternatywnej scenie kolegów z innych zespołów, które tak udanie miksują różne wpływy w jednym wielkim kulturowym tyglu w piękne, przestrzenne harmonie, podbite gitarami i smyczkami („Kept Woman”, „On Another Ocean (January/June)”), jak u moich ulubieńców z Vampire Weekend, u Justina Vernona i Grizzly Bear. I również, a jakże, byłego członka zespołu, Josha Tillmana aka Father John Misty, który także w tym roku wydał ciekawy album (chociaż nie tak udany jak „Crack-up” jego dawnych znajomych).

Na tej płycie Fleet Foxes pokazują też, jak dojrzewa muzyka, przez lata tworzona w wąskim kręgu przyjaciół. Jak można ją kształtować, zmieniać, opowiadać przez nią niespiesznie swoje historie. O wewnętrznych rozterkach, załamaniach, o polityce, o społeczeństwie w momencie wielkiego rozwarstwienia, o naturze, zabójczym wpływie człowieka na naturę i ziemię, o przyjaźni i o miłości, która jest prawdziwa, jak my – jak w świetnym „I Am All That I Need / Arroyo Seco / Thumbprint Scar”, gdzie śpiewa o tym, jak to jest kochać tylko tego mężczyznę, którego się kiedyś miało mieć, ale nie mogło. I mieć się tylko z tym facetem, z nikim innym:

/„Are you alone?

I don’t believe you

Are you at home, I’ll come right now

I need to see you

Thin as a shim and Scottish pale

Bright white, light like a bridal veil”/

 

Robin Pecknold ma wybitny talent do pisania pięknych piosenek. Album składa się na spójny obraz melancholika u progu stulecia, co tylko dodaje mu literackiej wiarygodności. Piosenki są pisane z pozycji introwetryka, ale płynnie przechodzą między gatunkami i stylami, dzięki czemu absolutnie nie ma mowy o nudzie. Piękna, liryczna płyta – na pewno jedna z najlepszych w 2017.

Idealne miejsce na imprezę

 

Lorde_Constanza_15_(cropped)

Lorde

Oto ukazują się kolejne piosenki z nowej płyty „Melodrama” Lorde. Były już „Liability”, „Green Light”, „Perfect Places”. Właśnie opublikowała kolejną, zatytułowaną „Sober”, w której główną rolę gra syntezator. Ten styl dance jest bardzo mocnym wyznacznikiem utworu i całej płyty, ciekawe, jak zabrzmi na festiwalowych scenach.

 

Podoba mi się ten utwór, bo muzycznie jest w stylu dawnej Lorde – zawadiackiej i pod prąd. Tekst jednak jest już dojrzalszy niż w piosenkach na pierwszej płycie. Opowiada o królu i królowej nocy. „It’s time we danced with the truth” – śpiewa Lorde.  Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Lorde pisze o tym utworze, że był dla niej tak ważny, ponieważ czuła, że to pop, jakiego wcześniej nie słyszała – ta perkusja i to dziwne synkopowanie głosem. „Myślę, że wyraziliśmy emocje jasno – są tu i triumf młodości, i potrzeba zaimponowania komuś, a potem wstyd.”

Trochę tęsknię za tamtą dawną szczeniacką Lorde. Ale z drugiej strony może na nowej płycie znajdą się takie doroślejsze piosenki, jak o tym, że można kochać jeszcze raz kogoś, kogo się kiedyś miało mieć, ale się nie udało – trochę jak na „Green Light”, podbitym szybkim, mocnym pulsem?

 

Nie inaczej jest w „Perfect Places”, którą The Rollingstone nazwał egzystencjalnym hymnem imprez i wyraził się pochwalnie o nim. Lorde, już w ciemniejszej tonacji, śpiewa tu o dramatach imprezujących nastolatków, dochodząc do wniosku, że doświadczenia, związane z narkotykami i piciem na imprezach mogą prowadzić na manowce, chociaż na początku budzą euforię.

Premiera płyty 16 czerwca. Dwa tygodnie po niej Lorde zawita pierwszy raz do Polski, da koncert na Open’erze.

Rzeczy, które muszę mieć

… albo już mam. Dziś napiszę o samych dobrych tytułach, które zgromadziłam przy swoim łóżku do czytania, albo do słuchania, albo o takich, które jeszcze czekają na swoją kolej.

PerfumeGenius_SlipAway_thumbnail_munuir

 „No Shape”, Perfume Genius.

Czwarta płyta mojego ulubieńca, Mike’a Hadreasa, nagrywającego pod pseudonimem Perfume Genius. Nie dajcie się oszukać cieniutkiemu głosikowi diwy, na jaką Mike się niewątpliwie kreuje. Tak, tak – jest diwą środowisk odmieńców, osób homo- i transseksualnych, innych, tak jak dawno temu Antony. Tylko że ten album pokazuje, że Hadreas jest już także, a może przede wszystkim jednym z najważniejszych artystów światowej sceny alternatywnej. Szczerość i intymność zarazem, połączenie instrumentów żywych i elektroniki, instrumentacja jak z opery, alt-popowy sznyt i indiepopowa „piosenkowość” tej płyty każe go zaliczyć do panteonu. I jeszcze te teksty, w których Mike śpiewa, niejako w hołdzie partnerowi, że ma go mieć tylko ten mężczyzna, którego kiedyś pokochał, tylko ten, a nie inny – cud! „I’m here” (Tu jestem), śpiewa Mike w ostatnim utworze, „how weird” (jak dziwnie). I dziwnie i urzekająco o miłości.

„Die 4You”, Perfume Genius

GEN ukryta historia copy

„Gen”.  Siddhartha Mukherjee. Zdumiewająca powieść o historii genu.

Laureat Nagrody Pulitzera za „Cesarza wszech chorób” od dawna interesował się tym, co otrzymaliśmy w spadku od naszych praprapradziadów. Czemu będąc tak podobnymi, tak bardzo się różnimy? I dlaczego dziedziczymy zarówno te dobre, jak i te złe geny, które są odpowiedzialne za powstawanie strasznych, nieuleczalnych chorób? Ciekawostka, że termin genetyka wymyślono późno, dopiero w XIX w. (poch. od genesis, gr.). A potem świat odkrył możliwości eugeniki i manipulowanie ludzkimi genami. To przejście sprawiło, że genetyką zainteresowano się nie tylko w świecie nauki. Dziś to naukowców interesuje jak geny wpływają na ludzką tożsamość, seksualność czy charakter, a nas – kto oraz w jaki sposób może podejmować próby ich zmiany. Mukherjee w fascynujący sposób pokazuje rozwój i perspektywy jednej z najniebezpieczniejszych idei w dziejach. Koniecznie.

2364aa06fc

„Oto jestem”, Jonathan Safran Foer

Blisko 800 stron o powolnej erozji wartości i stanie rozpadu nakręciło we mnie nihilistkę. To książka o tym, że nie ma dwóch takich samych zdarzeń, a to co jest, nie może trwać w nieskończoność. Bardzo lubię Foera, który od debiutu funkcjonował jako cud amerykańskiej literatury. Teraz, po dziesięcioletniej przerwie, powraca ze znakomitym „Oto jestem” – zapisem zmagań pewnej rodziny z własną żydowskością, a głównego bohatera z własną moralnością. Jak na Foera przystało powieść zmierza ku upadkowi, jest notatnikiem śmierci – związku, uczuć, polityki. Nikt tu nikogo po głowie nie gładzi: upadek i zamieranie są stuprocentowo pewne, a zarazem, niby jako nagrodę pocieszenia, czytelnik dostaje piękną opowieść o domu, o żydowskości i lamencie nad jej śmiercią. Foer to zdecydowanie ktoś, kogo chciałabym spotkać osobiście.

542153c3c1194

 „Our Town” Paula i Karol.

Czwarta plyta folkpopowego duetu Kanadyjki i Polaka, Pauli Bialski i Karola Strzemiecznego przynosi ze sobą zwrot w stylistyce. Może nie radykalny, ale brak tu już piosenek takich jak te z debiutanckiego albumu „Overshare”. Album przynosi powiew elektroniki i dance’u. Pełen eklektyzm. Zespół zamienił też nieco instrumentów akustycznych na syntezatory, a np. perskusję na gitarę basową, co przyniosło zmianę brzmienia z folkowego na popowy. Śpiewają o swoich trudnych momentach ostatnich czterech lat, o byciu w poważnym związku i relacjach z bliskimi osobami. Jest też polityka, ale naokoło – na singlowym „Our Town” duet śpiewa o potrzebie zmierzenia się z napięciami społecznymi i naszym nastawieniu do nich. Każda ich kolejna płyta do tej pory była więcej niż udana. Nie inaczej jest tym razem.

„Our town”, Paula i Karol

LStadt_1

„L.Story” L.Stadt.

Czwarta płyta łódzkiego zespołu urzeka. Po prostu. Ci ludzie długo dochodzili do tego, żeby nagrać właśnie taki album – poetycki, pełen skrytych metafor i intymnych wyznań, a zarazem mocny i bogaty w różne brzmienia. Jest i alt rock (choć nie na pierwszym planie), jest mocny akcent elektroniczny, a nawet syntezatorowy („Halo”, „Most”), jest poezja („”Gdybym”) i oczywiście słynne już „Oczy kamienic” – singel, w którym melodia (czy raczej narracja) wpleciona jest w proste tło gitarowe. Bardzo.

„Oczy kamienic”, L.Stadt

Breyten Breytenbach

„Cały czas”, Breyten Breytenbach.

Książka, którą chciałabym bardzo przeczytać, ponieważ jej autorem jest tegoroczny laureat Nagrody im. Herberta, Breyten Breytenbach, a książka ukazała się w polskim tłumaczeniu w 1980 r. Breytenbach jest pisarzem i malarzem, był więźniem politycznym (siedział przez 7 lat w więzieniu w RPA). Pisze w języku afrikaans (przede wszystkim poezję) oraz angielskim (głównie prozę). Jako malarza inspiruje go twórczość Boscha i Goi, wystawiał w wielu galeriach europejskich. Sztuka pisarska łączy się u niego bardzo wyraźnie z malarską. Sam Breytenbach w wywiadach podkreśla, że tym co go uratowało w więzieniu w RPA, wcale nie były wiersze i zastanawianie się, jak przechytrzyć cenzurę (rozmowa z Mileną Rachid Chehab dla „Gazety Wyborczej”). – Żadna poezja, tylko miłość – powiedział Breytenbach.

591d72c665c64

Płyta „nowOsiecka”. Usłyszymy na niej m.in. Monikę Brodkę, Piotra Roguckiego, Krzysztofa Zalewskiego, The Dumplings czy Natalię Przybysz. Ale nie będzie to standardowa płyta z utworami Osieckiej w ujęciu różnych artystów. To będą całkiem nowe aranżacje, a co za tym idzie na nowo zabrzmią w nich znane nam już głosy. Ten album będzie wyróżniać nastawienie wokalistów do kanonu Osieckiej – zupełnie inne, świeże, nowe. W duże mierze po prostu zainspirowane utworami poetki, co otworzyło furtkę artystom z całkiem innej niż piosenkowa półki. Z tym zastrzeżeniem warto pędzić do sklepu po płytę, żeby przekonać się, czy rezultat jest taki, jak zapowiadany.

404c52c59053528daa0e21808f9bf0fb,e_0iy0

Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”

Po głośnym „Jak przestałem kochać design” Marcin Wicha wybrał się w osobistą wycieczkę na zupełnie poważny temat. W tej pięknej książce wspomina swoją mamę i wszystko, co się działo z nią przed i po jej śmierci. Jak to czyni? W dość niepopularny w polskiej literaturze sposób, czyli inwentaryzując rzeczy pozostawione przez matkę. Dotyka ich, opowiada, wspomina. Nie daje się rozpaczy ani pretensjonalnym zawodzeniom. Gdzieś między rzeczowością inwentarysty, a czułością opuszczonego syna plasuje się ta rzadka w swej szlachetności książka o wielkim braku. Braku człowieka.

  

Lekkie jak puch, twarde jak kamień

imgres

Sophia Kennedy

Tym razem chcę napisać o dwóch płytach, które mnie mile połechtały w ostatnich dniach, każda na swój sposób. Jedna to debiut Sophii Kennedy, kompozytorki i filmoznawczyni z Hamburga, druga to debiut polskiego duetu Sorja Morja. I jedna i druga płyta wpisuje się w nurt dobrego popu spod znaku alt i dream raczej niż obowiązującego na listach, więc sukcesów sprzedażowych nie można tu wróżyć. Ale nie szkodzi – słucha się świetnie, i o to głównie nam chodzi.

2013-10-16_15-04-17_sophia_kennedybimbi_gardel

Sophia Kennedy „Sophia Kennedy”

Ten debiut ma kilka głównych tematów, opisanych mocnym głosem Sophii i delikatną elektroniką w tle. A do tego niezwykła osobowość i wrażliwość w popowym albumie. Popowym, ale jednak w jej piosenkach pojawiają się wpływy amerykańskiej awangardy, poezja, stylizacje jak u sióstr Casady, różne rytmy (nawet brazylijskie) i różne instrumenty i głosy (klawisze, wielogłosy, harmonizowanie głosem, wiolonczele, harfy, smyczki przeciwstawione elektronicznym hałasom i cyfrowemu pogłosowi), trochę jak u Stereolab. W tym gąszczu znaków brzmieniowych i rozpoznawczych da się wyczytać głęboki sens muzyki Kennedy, która do niedawna studiowała film w Hamburgu, a obecnie jest kompozytorką muzyki teatralnej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodzi z Baltimore, a jej debiut wyszedł w w Pampa Records, labelu znanym głównie z nagrań techno.

Trailer albumu „Sophia Kennedy”

Mając za sobą tak przemieszaną przeszłość i tak nietypowe podejście do muzyki Sophie śpiewa przejmująco, a zarazem z dystansem o złamanym sercu, o tęsknocie za domem i stałym miejscu w życiu przy tej właściwej osobie, o tym, jak to jest być kimś wyjątkowym i samotnym zarazem („Being lonely makes you special/But being special makes you lonely too ”). Jej śpiew jest prosty, ale nie ma w sobie nic taniego, chociaż czasem brzmi sentymentalnie („Build Me a House” – „Build me a house/ where I can live in”). W tej piosence, jednej z najlepszych na płycie, Sophie śpiewa o tym, jak kochać się z kimś, o kim wiesz, że masz go mieć jeszcze jeden raz w życiu.

url

Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz jako Sorja Morja („Sorja”)

Trochę podobnie dla mnie brzmi płyta polskiego zespołu Sorja Morja, czyli reprezentantów Thin Man Records. Ten debiut Ewy Sadowskiej i Szymona Lechowicza, zatytułowany „Sorja”  powstawał w latach 2014-2016 i składa się z dziesięciu krótkich utworów. Delikatne (dość delikatne) i pastelowe piosenki to jedno z odkryć w polskiej wiośnie 2017 (mimo, że poprzedzały je świetne single, więc teoretycznie zdziwienia nie powinno być w ogóle).

„Australia”

Ich „Australia”, z dwugłosem (gitar i głosów ludzkich) i syntezatorem w tle przypomina trochę dawne dokonania Stereolab. Przypomina ich też trochę oscylująca wokół jednego motywu linia melodyczna. Aż dziwne, że ten efekt udało się osiągnąć tak skromnymi środkami. Szybka „Śmierć” z gościnnym udziałem Sena Morimoto na saksofonie przypomina o jeszcze lepszym rodowodzie duetu – lata 80. na gitarach, w rytmice i w harmoniach. Wszystko lekko wokół dream popu, a zarazem tak niezależne, jak się tylko da. Świetne, olewcze teksty („Australia”) – gdy są wyśpiewywane, wydaje się, że są lekkie jak puch, a w rzeczywistości są twarde niczym kamień. Krótkie utwory, spięte, zwarte melodycznie piosenki („Człowiek-wilk”).

Czego chcieć więcej? Może tylko jednej poważnej piosenki o miłości, która ma się zdarzyć jeszcze jeden raz – jak u Sophii Kennedy – ale na to chyba w tej muzyce koniunktury brak u nas na razie, więc pozostańmy przy blisko 24 minutach przekazu duetu, który miał szansę nagrać jedną z najmilej brzmiących polskich płyt roku i ją dobrze wykorzystał.

15740394f6

Pijany funk

thundercat-main

Kiedy wszyscy zastanawiają się nad line-upem Coachelli, ja postanawiam powęszyć wśród zagranicznych albumów ulubionych wykonawców, którzy znaleźli się wśród wyszukanego gwiazdozbioru festiwalowego. Kimś takim jest Thundercat, który w tym roku, razem z Michaelem McDonaldem, zawojował scenę Coachelli.

O Thundercatcie pisałam blisko dwa lata temu, przy okazji premiery jego drugiego albumu „The Beyond/Where The Giants Roam”.  Basista współpracujący blisko z Flying Lotusem i Kamasim Washingtonem nagrał wówczas dość smutną, uduchowioną płytę, zainspirowaną pożegnaniem z przyjacielem:

 

Nowy album, zatytułowany „Drunk” jest zupełnie inny. To faktycznie, zgodnie z tytułem taka pijana wyprawa w świat dźwięków, emocji, doznań. Bardzo różnorodna i aż kipiąca od inspiracji  – styl funky lat 70., R’nB, flower-power lat 60, mięsistego fusion, i hip-hopu – i społecznych komentarzy, włączając w to te o czarnych i Ameryce czarnych ludzi.

 

 

Muszę przyznać, że to jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. „Drunk” słucha się przedziwnie lekko – 23 ścieżki mkną szybko, mimo dużego zróżnicowania materiału, może dlatego, że stapiają się melodycznie i dramaturgicznie w jedną historię. Nad tym wszystkim góruje głos Thundercata, spajający opowieści o muzyce, dyskryminacji, piciu w barach, narkotykach i miłosnej przygodzie, którą ma powtórzyć i jeszcze jeden raz ją przeżyć. To daje nam w rezultacie taki koncept album przy współudziale najznakomitszych gwiazd jego pokolenia (w „Walk On By” wystąpił Kendrick Lamar, w „The Turn Down” – Pharell Williams). Thundercat funduje nam tu cały kołowrót nastrojów, od zabawy po zadumę. Kapitalny album, który można polecić każdemu i do którego chce się wracać.

 

Arka miłości

OC0guCZ

Nowy album londyńskiego mistrza dream- i noise popu, Arki, to arcydzieło. Płyta zatytułowana „Arca” dopiero się ukazała, a już wzbudza emocje, i nie dziwię się. Arca, czyli Alejandro Ghersi, wywodzi się z międzynarodowej sceny DJ-skiej, która swoje korzenie miała w Wenezueli. Tam Arca, Wenezuelczyk z pochodzenia, zaczynał grać swoje romantyczne sety, rozpięte, jak pajęczyna, na osnowie z elektroniki i wokaliz. Tutaj utwór „Piel” z nowego albumu:

Na nowej płycie wraca do dawnych lat, ale łączy je, na zasadzie – piękno poprzez kontrast – z elektronicznym tłem i na nowo odkrytym głosem. Piosenki są z jednej strony zachowawcze, typowe, brzmią jak kołysanki. Z drugiej strony, trudno o bardziej eksperymentalne i rozwalające bariery gatunku rozwiązania. Słyszymy tu organy, klasyczne instrumenty, jak smyczki czy fortepiany, które sąsiadują z najbardziej sztucznymi efektami, jakie można wymyślić. Rytm jest dyskretnie połamany w niewielu miejscach, ale tak, że ciarki przechodzą. To wszystko podbite jest głosem Alejandro, niesamowitym, rejestrującym każdy szloch czy westchnienie wydobywające się z ust właściciela. Alejandro steruje nim, jak chce, jak mu serce podpowiada, nie ma w tym nic wykoncypowanego ani zaplanowanego. Wpływ na to na pewno miał fakt, że Arca ma klasyczne wykształcenie muzyczne, co szczególnie słychać w jego własnej muzyce (ech, ci romantycy!):

Anoche”, Arca

Ale głos tutaj to nie tylko  narzędzie do przetwarzania i ogłaszania światu jego muzyki – to całe laboratorium emocji, ekspresji i archiwum jego artystycznych uniesień z całego życia. Są momenty, w których sopran Alejandro celowo „skrobie” po szybie, wywołując zgrzyty, ale są i takie, w których sięga chmur i to są niebiańskie chwile.

Osobną sprawą są teksty. Arca śpiewa o miłości, tęsknocie, pożądaniu, jakby szedł na wojnę. Zresztą i miłość jest u niego jak jedna wielka rana, odniesiona podczas tej wojny, którą próbuje zaleczyć. W piosenkach, które raz brzmią jak wezwanie do modlitwy, innym razem jak inkantacja, a za moment jak dobry kawałek popu („Desafio”) sprawdza się to idealnie, bo jest tyleż nieprzewidywalne, co wzniosłe. Przypomina mi w nich Federico Garcię Lorcę, którego przedwojenne sonety podobnie jak Arki, też sławią miłość tajemniczą, inną, nieznaną. W „Anoche” Arca śpiewa (tłum. z hiszpańskiego):

„I dreamed  of you last night

Your figure and your arms

I missed you last night

Although I have not met you yet

/Marzyłem o tobie ostatniej nocy,

o twoim ciele i ramionach,

tęskniłem za tobą ostatniej nocy,

chociaż jeszcze cię nie spotkałem/

A Federico Garcia Lorca w Sonecie gongoryjskim pisze:

Ślę ci gołąbka z Turii, jest mały i lekki,

ma słodkie oczka, pióra białości ma lśniącej

przerzuć go na laur grecki, poddaj grze łączącej,

z ogniem miłości mojej, co wolny, a wielki,

ptaszka niewinna cnota, szyi puszek miękki,

w podwójnym miąższu jej piany gorącej

drżeniem szronu, perły i mgły gęstniejącej,

podkreśla brak ust twoich i ciebie brak ciężki

Pogładźże dłonią tę biel niewinności,

a wnet zobaczysz, jaką śnieżystą melodię

on sypał będzie w płatkach po twojej piękności.

Przez noc i przez dzień cały, zawsze serce moje

trwające w mrocznym więzieniu miłości

płacze za tobą, łzami karmiąc melancholię.”