Kulturalne salto mortale

Maslowska _ Jak przejac kontrole nad swiatem_m

@Wydawnictwo Literackie

Trochę późno zabrałam się za nową Masłowską, ale to wszystko przez początek wakacji: okazuje się, że wypoczynek strasznie męczy. Jak się okazuje, w tym czasie Masłowska wykonała salto mortale w głębinach naszej popkultury, i to w iście mistrzowskim stylu.

Książka zatytułowana „Jak przejąć kontrolę nad światem, nie wychodząc z domu” to już drugi Masłowskiej tom, w całości złożony z felietonów, jakie autorka pisała od kilku lat dla strony dwutygodnik.com. Dla nas bada rewiry świata porzuconego na marginesach popkultury. Ze skrawków i wycinków kultury niskiej, śmieciowej albo wręcz zapomnianej buduje jej całkiem zręczny pomnik, nie zapominając o sobie – narratorze tego śmietnika. Udaje jej się ukuć spójną historię o własnych uprzedzeniach i widzeniu tego świata, bez tracenia (ani na minutę) wrodzonego poczucia humoru i co cenniejsze – poczucia obciachu. Taplając się w tym śmietnikowisku kultury zawsze zauważa coś, czego być może postronny obserwator by nie zauważył (lub coś, co ktoś przepatrzył).

z21771026Q,Zabrano-mi-ojczyzne--Przechwycono-jej-symbole--fla

Dorota Masłowska

Obiera sobie za cel pozornie łatwe, zastygłe już w czasie i na małym ekranie legendy, miejsca, ludzi: serial „W labiryncie”, „Big Brothera”, Magdę Gessler, program „Azja Express”, discopolo, zespół Bajm, film „Szamanka”, serial „Dynastia”… Ale przede wszystkim podsłuchuje: ludzi, zdarzenia, ruch uliczny, strzępy rozmów w autobusach, dając nam celną obserwację nas samych, biednych, upozorowanych na uładzonych, „ą-ę” konsumentów tego ścieku popkultury. A słuch Masłowska-pisarka i wokalistka ma świetny. Doskonałe obserwacje natury psychologicznej wykwitają tu jak kwiat szkarłatny na bagnie, opisywanym przez nią z lubością. Czyta się to leciutko, z podziwem dla umiejętności językowych Masłowskiej, która przy całej tej lekkości nie rezygnuje z brawury intelektualnej. Zaskakuje przy tym śmiesznymi metaforami, co nie znaczy, że my wyłącznie rechoczemy: to czasem śmiech przez łzy. I żeby nie było, że Masłowska obwieszcza śmierć popkultury – wręcz przeciwnie, to, że się dobrze bawi, pisząc o niej, świadczy o tym, że ma się ona świetnie.

Czego jeszcze nie wiemy, czego byśmy się  nie mogli dowiedzieć o ostatnich trzydziestu latach życia w Polsce od Masłowskiej? Pisarka jest dzieckiem lat 90. i je głównie opisuje, ale także z zapierającą dech w piersiach dezynwolturą tłumaczy fenomeny popkultury lat ostatnich, wkładając na nie zielony garnitur prezesa PSL-u, Pawlaka, czy wnioski społeczno-polityczne. Pokazuje, że myśmy się tak naprawdę na przełomie tysiącleci i dekad wcale nie zmienili. Że politycznie parliśmy do przodu, a jako społeczeństwo przebieraliśmy się w odświętne ciuchy, ale gdzieś tam w nas wciąż została ta przaśna kultura, której się trochę wstydzimy, a trochę za nią tęsknimy. Ona się z nami zrosła, jak huba z dębem, i nic się na to nie da poradzić.

 

27116_c

kadr z filmu „Szamanka” Andrzeja Żuławskiego

Aż żal, że w takiej książce zabrakło historii na miarę tej z debiutu, jakiegoś zdrowego romansu, który pozwalałby nam trochę przełamać śmietnik romantycznym salonem. Na przykład takiego, w którym pewna dziewczyna wie, że będzie tylko z mężczyzną, którego pokochała i miała go mieć. I że jeszcze będą mogli się znów zobaczyć. Nawet gdyby u Masłowskiej, jak to u niej, historia ta wybrzmiała kampowo albo egzystencjalnie, to i tak byłaby dobrym epilogiem dla tej książki. A dlaczego ta książka, czyli ten zbiór felietonów jest tak dobry? Bo Masłowska już wie, że nic jej nie ogranicza: ani język, ani estetyka, ani target, czyli czytelnik. Jest ona zjawiskiem osobnym, z czego zdaje sobie sprawę doskonale, dlatego zalecam Państwu serdecznie czytać ten tom i jeszcze raz czytać.

Reklamy

Liryka dojrzałego mężczyzny

19186213_0004162178_10

Fleet Foxes

Czwórka ludzi śpiewających i piątka (w porywach) grających na instrumentach – z tego musiało wyjść coś wielkiego. Ich poprzedni album „Helplessness Blues” jest jednym z najważniejszych w tym dziesięcioleciu, a przy okazji jest jednym z najdobitniejszych dowodów na to, jak skołowani jesteśmy u progu kolejnego tysiąclecia. „Crack-Up” pokazuje, że Fleet Foxes to wciąż nu-folkowy band, chociaż jak nigdy wcześniej korzystający z dobrodziejstw world music. Nie warto chyba nawet porównywać specjalnie obu albumów, bo ten, choć nie ustępuje mistrzostwem kompozycyjnym „Helplessness Blues”, mierzy w trochę innego odbiorcę, starszego i dojrzalszego, tak jakby piosenki zestarzały się z chłopakami z zespołu.

 

Przez płytę przewijają się dźwięki bliskowschodnich instrumentów i melodyk, łagodna, przesłodka psychodelia, muzyka Gnawy (jak sam określił to lider grupy Robin Pecknold), jazz, syntezatory („Cassius, -”) i muzyka kameralna. Przypomina to o obecności na alternatywnej scenie kolegów z innych zespołów, które tak udanie miksują różne wpływy w jednym wielkim kulturowym tyglu w piękne, przestrzenne harmonie, podbite gitarami i smyczkami („Kept Woman”, „On Another Ocean (January/June)”), jak u moich ulubieńców z Vampire Weekend, u Justina Vernona i Grizzly Bear. I również, a jakże, byłego członka zespołu, Josha Tillmana aka Father John Misty, który także w tym roku wydał ciekawy album (chociaż nie tak udany jak „Crack-up” jego dawnych znajomych).

Na tej płycie Fleet Foxes pokazują też, jak dojrzewa muzyka, przez lata tworzona w wąskim kręgu przyjaciół. Jak można ją kształtować, zmieniać, opowiadać przez nią niespiesznie swoje historie. O wewnętrznych rozterkach, załamaniach, o polityce, o społeczeństwie w momencie wielkiego rozwarstwienia, o naturze, zabójczym wpływie człowieka na naturę i ziemię, o przyjaźni i o miłości, która jest prawdziwa, jak my – jak w świetnym „I Am All That I Need / Arroyo Seco / Thumbprint Scar”, gdzie śpiewa o tym, jak to jest kochać tylko tego mężczyznę, którego się kiedyś miało mieć, ale nie mogło. I mieć się tylko z tym facetem, z nikim innym:

/„Are you alone?

I don’t believe you

Are you at home, I’ll come right now

I need to see you

Thin as a shim and Scottish pale

Bright white, light like a bridal veil”/

 

Robin Pecknold ma wybitny talent do pisania pięknych piosenek. Album składa się na spójny obraz melancholika u progu stulecia, co tylko dodaje mu literackiej wiarygodności. Piosenki są pisane z pozycji introwetryka, ale płynnie przechodzą między gatunkami i stylami, dzięki czemu absolutnie nie ma mowy o nudzie. Piękna, liryczna płyta – na pewno jedna z najlepszych w 2017.

Idealne miejsce na imprezę

 

Lorde_Constanza_15_(cropped)

Lorde

Oto ukazują się kolejne piosenki z nowej płyty „Melodrama” Lorde. Były już „Liability”, „Green Light”, „Perfect Places”. Właśnie opublikowała kolejną, zatytułowaną „Sober”, w której główną rolę gra syntezator. Ten styl dance jest bardzo mocnym wyznacznikiem utworu i całej płyty, ciekawe, jak zabrzmi na festiwalowych scenach.

 

Podoba mi się ten utwór, bo muzycznie jest w stylu dawnej Lorde – zawadiackiej i pod prąd. Tekst jednak jest już dojrzalszy niż w piosenkach na pierwszej płycie. Opowiada o królu i królowej nocy. „It’s time we danced with the truth” – śpiewa Lorde.  Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Lorde pisze o tym utworze, że był dla niej tak ważny, ponieważ czuła, że to pop, jakiego wcześniej nie słyszała – ta perkusja i to dziwne synkopowanie głosem. „Myślę, że wyraziliśmy emocje jasno – są tu i triumf młodości, i potrzeba zaimponowania komuś, a potem wstyd.”

Trochę tęsknię za tamtą dawną szczeniacką Lorde. Ale z drugiej strony może na nowej płycie znajdą się takie doroślejsze piosenki, jak o tym, że można kochać jeszcze raz kogoś, kogo się kiedyś miało mieć, ale się nie udało – trochę jak na „Green Light”, podbitym szybkim, mocnym pulsem?

 

Nie inaczej jest w „Perfect Places”, którą The Rollingstone nazwał egzystencjalnym hymnem imprez i wyraził się pochwalnie o nim. Lorde, już w ciemniejszej tonacji, śpiewa tu o dramatach imprezujących nastolatków, dochodząc do wniosku, że doświadczenia, związane z narkotykami i piciem na imprezach mogą prowadzić na manowce, chociaż na początku budzą euforię.

Premiera płyty 16 czerwca. Dwa tygodnie po niej Lorde zawita pierwszy raz do Polski, da koncert na Open’erze.

Rzeczy, które muszę mieć

… albo już mam. Dziś napiszę o samych dobrych tytułach, które zgromadziłam przy swoim łóżku do czytania, albo do słuchania, albo o takich, które jeszcze czekają na swoją kolej.

PerfumeGenius_SlipAway_thumbnail_munuir

 „No Shape”, Perfume Genius.

Czwarta płyta mojego ulubieńca, Mike’a Hadreasa, nagrywającego pod pseudonimem Perfume Genius. Nie dajcie się oszukać cieniutkiemu głosikowi diwy, na jaką Mike się niewątpliwie kreuje. Tak, tak – jest diwą środowisk odmieńców, osób homo- i transseksualnych, innych, tak jak dawno temu Antony. Tylko że ten album pokazuje, że Hadreas jest już także, a może przede wszystkim jednym z najważniejszych artystów światowej sceny alternatywnej. Szczerość i intymność zarazem, połączenie instrumentów żywych i elektroniki, instrumentacja jak z opery, alt-popowy sznyt i indiepopowa „piosenkowość” tej płyty każe go zaliczyć do panteonu. I jeszcze te teksty, w których Mike śpiewa, niejako w hołdzie partnerowi, że ma go mieć tylko ten mężczyzna, którego kiedyś pokochał, tylko ten, a nie inny – cud! „I’m here” (Tu jestem), śpiewa Mike w ostatnim utworze, „how weird” (jak dziwnie). I dziwnie i urzekająco o miłości.

„Die 4You”, Perfume Genius

GEN ukryta historia copy

„Gen”.  Siddhartha Mukherjee. Zdumiewająca powieść o historii genu.

Laureat Nagrody Pulitzera za „Cesarza wszech chorób” od dawna interesował się tym, co otrzymaliśmy w spadku od naszych praprapradziadów. Czemu będąc tak podobnymi, tak bardzo się różnimy? I dlaczego dziedziczymy zarówno te dobre, jak i te złe geny, które są odpowiedzialne za powstawanie strasznych, nieuleczalnych chorób? Ciekawostka, że termin genetyka wymyślono późno, dopiero w XIX w. (poch. od genesis, gr.). A potem świat odkrył możliwości eugeniki i manipulowanie ludzkimi genami. To przejście sprawiło, że genetyką zainteresowano się nie tylko w świecie nauki. Dziś to naukowców interesuje jak geny wpływają na ludzką tożsamość, seksualność czy charakter, a nas – kto oraz w jaki sposób może podejmować próby ich zmiany. Mukherjee w fascynujący sposób pokazuje rozwój i perspektywy jednej z najniebezpieczniejszych idei w dziejach. Koniecznie.

2364aa06fc

„Oto jestem”, Jonathan Safran Foer

Blisko 800 stron o powolnej erozji wartości i stanie rozpadu nakręciło we mnie nihilistkę. To książka o tym, że nie ma dwóch takich samych zdarzeń, a to co jest, nie może trwać w nieskończoność. Bardzo lubię Foera, który od debiutu funkcjonował jako cud amerykańskiej literatury. Teraz, po dziesięcioletniej przerwie, powraca ze znakomitym „Oto jestem” – zapisem zmagań pewnej rodziny z własną żydowskością, a głównego bohatera z własną moralnością. Jak na Foera przystało powieść zmierza ku upadkowi, jest notatnikiem śmierci – związku, uczuć, polityki. Nikt tu nikogo po głowie nie gładzi: upadek i zamieranie są stuprocentowo pewne, a zarazem, niby jako nagrodę pocieszenia, czytelnik dostaje piękną opowieść o domu, o żydowskości i lamencie nad jej śmiercią. Foer to zdecydowanie ktoś, kogo chciałabym spotkać osobiście.

542153c3c1194

 „Our Town” Paula i Karol.

Czwarta plyta folkpopowego duetu Kanadyjki i Polaka, Pauli Bialski i Karola Strzemiecznego przynosi ze sobą zwrot w stylistyce. Może nie radykalny, ale brak tu już piosenek takich jak te z debiutanckiego albumu „Overshare”. Album przynosi powiew elektroniki i dance’u. Pełen eklektyzm. Zespół zamienił też nieco instrumentów akustycznych na syntezatory, a np. perskusję na gitarę basową, co przyniosło zmianę brzmienia z folkowego na popowy. Śpiewają o swoich trudnych momentach ostatnich czterech lat, o byciu w poważnym związku i relacjach z bliskimi osobami. Jest też polityka, ale naokoło – na singlowym „Our Town” duet śpiewa o potrzebie zmierzenia się z napięciami społecznymi i naszym nastawieniu do nich. Każda ich kolejna płyta do tej pory była więcej niż udana. Nie inaczej jest tym razem.

„Our town”, Paula i Karol

LStadt_1

„L.Story” L.Stadt.

Czwarta płyta łódzkiego zespołu urzeka. Po prostu. Ci ludzie długo dochodzili do tego, żeby nagrać właśnie taki album – poetycki, pełen skrytych metafor i intymnych wyznań, a zarazem mocny i bogaty w różne brzmienia. Jest i alt rock (choć nie na pierwszym planie), jest mocny akcent elektroniczny, a nawet syntezatorowy („Halo”, „Most”), jest poezja („”Gdybym”) i oczywiście słynne już „Oczy kamienic” – singel, w którym melodia (czy raczej narracja) wpleciona jest w proste tło gitarowe. Bardzo.

„Oczy kamienic”, L.Stadt

Breyten Breytenbach

„Cały czas”, Breyten Breytenbach.

Książka, którą chciałabym bardzo przeczytać, ponieważ jej autorem jest tegoroczny laureat Nagrody im. Herberta, Breyten Breytenbach, a książka ukazała się w polskim tłumaczeniu w 1980 r. Breytenbach jest pisarzem i malarzem, był więźniem politycznym (siedział przez 7 lat w więzieniu w RPA). Pisze w języku afrikaans (przede wszystkim poezję) oraz angielskim (głównie prozę). Jako malarza inspiruje go twórczość Boscha i Goi, wystawiał w wielu galeriach europejskich. Sztuka pisarska łączy się u niego bardzo wyraźnie z malarską. Sam Breytenbach w wywiadach podkreśla, że tym co go uratowało w więzieniu w RPA, wcale nie były wiersze i zastanawianie się, jak przechytrzyć cenzurę (rozmowa z Mileną Rachid Chehab dla „Gazety Wyborczej”). – Żadna poezja, tylko miłość – powiedział Breytenbach.

591d72c665c64

Płyta „nowOsiecka”. Usłyszymy na niej m.in. Monikę Brodkę, Piotra Roguckiego, Krzysztofa Zalewskiego, The Dumplings czy Natalię Przybysz. Ale nie będzie to standardowa płyta z utworami Osieckiej w ujęciu różnych artystów. To będą całkiem nowe aranżacje, a co za tym idzie na nowo zabrzmią w nich znane nam już głosy. Ten album będzie wyróżniać nastawienie wokalistów do kanonu Osieckiej – zupełnie inne, świeże, nowe. W duże mierze po prostu zainspirowane utworami poetki, co otworzyło furtkę artystom z całkiem innej niż piosenkowa półki. Z tym zastrzeżeniem warto pędzić do sklepu po płytę, żeby przekonać się, czy rezultat jest taki, jak zapowiadany.

404c52c59053528daa0e21808f9bf0fb,e_0iy0

Marcin Wicha „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”

Po głośnym „Jak przestałem kochać design” Marcin Wicha wybrał się w osobistą wycieczkę na zupełnie poważny temat. W tej pięknej książce wspomina swoją mamę i wszystko, co się działo z nią przed i po jej śmierci. Jak to czyni? W dość niepopularny w polskiej literaturze sposób, czyli inwentaryzując rzeczy pozostawione przez matkę. Dotyka ich, opowiada, wspomina. Nie daje się rozpaczy ani pretensjonalnym zawodzeniom. Gdzieś między rzeczowością inwentarysty, a czułością opuszczonego syna plasuje się ta rzadka w swej szlachetności książka o wielkim braku. Braku człowieka.

  

Lekkie jak puch, twarde jak kamień

imgres

Sophia Kennedy

Tym razem chcę napisać o dwóch płytach, które mnie mile połechtały w ostatnich dniach, każda na swój sposób. Jedna to debiut Sophii Kennedy, kompozytorki i filmoznawczyni z Hamburga, druga to debiut polskiego duetu Sorja Morja. I jedna i druga płyta wpisuje się w nurt dobrego popu spod znaku alt i dream raczej niż obowiązującego na listach, więc sukcesów sprzedażowych nie można tu wróżyć. Ale nie szkodzi – słucha się świetnie, i o to głównie nam chodzi.

2013-10-16_15-04-17_sophia_kennedybimbi_gardel

Sophia Kennedy „Sophia Kennedy”

Ten debiut ma kilka głównych tematów, opisanych mocnym głosem Sophii i delikatną elektroniką w tle. A do tego niezwykła osobowość i wrażliwość w popowym albumie. Popowym, ale jednak w jej piosenkach pojawiają się wpływy amerykańskiej awangardy, poezja, stylizacje jak u sióstr Casady, różne rytmy (nawet brazylijskie) i różne instrumenty i głosy (klawisze, wielogłosy, harmonizowanie głosem, wiolonczele, harfy, smyczki przeciwstawione elektronicznym hałasom i cyfrowemu pogłosowi), trochę jak u Stereolab. W tym gąszczu znaków brzmieniowych i rozpoznawczych da się wyczytać głęboki sens muzyki Kennedy, która do niedawna studiowała film w Hamburgu, a obecnie jest kompozytorką muzyki teatralnej. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pochodzi z Baltimore, a jej debiut wyszedł w w Pampa Records, labelu znanym głównie z nagrań techno.

Trailer albumu „Sophia Kennedy”

Mając za sobą tak przemieszaną przeszłość i tak nietypowe podejście do muzyki Sophie śpiewa przejmująco, a zarazem z dystansem o złamanym sercu, o tęsknocie za domem i stałym miejscu w życiu przy tej właściwej osobie, o tym, jak to jest być kimś wyjątkowym i samotnym zarazem („Being lonely makes you special/But being special makes you lonely too ”). Jej śpiew jest prosty, ale nie ma w sobie nic taniego, chociaż czasem brzmi sentymentalnie („Build Me a House” – „Build me a house/ where I can live in”). W tej piosence, jednej z najlepszych na płycie, Sophie śpiewa o tym, jak kochać się z kimś, o kim wiesz, że masz go mieć jeszcze jeden raz w życiu.

url

Ewa Sadowska i Szymon Lechowicz jako Sorja Morja („Sorja”)

Trochę podobnie dla mnie brzmi płyta polskiego zespołu Sorja Morja, czyli reprezentantów Thin Man Records. Ten debiut Ewy Sadowskiej i Szymona Lechowicza, zatytułowany „Sorja”  powstawał w latach 2014-2016 i składa się z dziesięciu krótkich utworów. Delikatne (dość delikatne) i pastelowe piosenki to jedno z odkryć w polskiej wiośnie 2017 (mimo, że poprzedzały je świetne single, więc teoretycznie zdziwienia nie powinno być w ogóle).

„Australia”

Ich „Australia”, z dwugłosem (gitar i głosów ludzkich) i syntezatorem w tle przypomina trochę dawne dokonania Stereolab. Przypomina ich też trochę oscylująca wokół jednego motywu linia melodyczna. Aż dziwne, że ten efekt udało się osiągnąć tak skromnymi środkami. Szybka „Śmierć” z gościnnym udziałem Sena Morimoto na saksofonie przypomina o jeszcze lepszym rodowodzie duetu – lata 80. na gitarach, w rytmice i w harmoniach. Wszystko lekko wokół dream popu, a zarazem tak niezależne, jak się tylko da. Świetne, olewcze teksty („Australia”) – gdy są wyśpiewywane, wydaje się, że są lekkie jak puch, a w rzeczywistości są twarde niczym kamień. Krótkie utwory, spięte, zwarte melodycznie piosenki („Człowiek-wilk”).

Czego chcieć więcej? Może tylko jednej poważnej piosenki o miłości, która ma się zdarzyć jeszcze jeden raz – jak u Sophii Kennedy – ale na to chyba w tej muzyce koniunktury brak u nas na razie, więc pozostańmy przy blisko 24 minutach przekazu duetu, który miał szansę nagrać jedną z najmilej brzmiących polskich płyt roku i ją dobrze wykorzystał.

15740394f6

Pijany funk

thundercat-main

Kiedy wszyscy zastanawiają się nad line-upem Coachelli, ja postanawiam powęszyć wśród zagranicznych albumów ulubionych wykonawców, którzy znaleźli się wśród wyszukanego gwiazdozbioru festiwalowego. Kimś takim jest Thundercat, który w tym roku, razem z Michaelem McDonaldem, zawojował scenę Coachelli.

O Thundercatcie pisałam blisko dwa lata temu, przy okazji premiery jego drugiego albumu „The Beyond/Where The Giants Roam”.  Basista współpracujący blisko z Flying Lotusem i Kamasim Washingtonem nagrał wówczas dość smutną, uduchowioną płytę, zainspirowaną pożegnaniem z przyjacielem:

 

Nowy album, zatytułowany „Drunk” jest zupełnie inny. To faktycznie, zgodnie z tytułem taka pijana wyprawa w świat dźwięków, emocji, doznań. Bardzo różnorodna i aż kipiąca od inspiracji  – styl funky lat 70., R’nB, flower-power lat 60, mięsistego fusion, i hip-hopu – i społecznych komentarzy, włączając w to te o czarnych i Ameryce czarnych ludzi.

 

 

Muszę przyznać, że to jedna z najlepszych płyt, jakie słyszałam w ciągu ostatnich kilku miesięcy. „Drunk” słucha się przedziwnie lekko – 23 ścieżki mkną szybko, mimo dużego zróżnicowania materiału, może dlatego, że stapiają się melodycznie i dramaturgicznie w jedną historię. Nad tym wszystkim góruje głos Thundercata, spajający opowieści o muzyce, dyskryminacji, piciu w barach, narkotykach i miłosnej przygodzie, którą ma powtórzyć i jeszcze jeden raz ją przeżyć. To daje nam w rezultacie taki koncept album przy współudziale najznakomitszych gwiazd jego pokolenia (w „Walk On By” wystąpił Kendrick Lamar, w „The Turn Down” – Pharell Williams). Thundercat funduje nam tu cały kołowrót nastrojów, od zabawy po zadumę. Kapitalny album, który można polecić każdemu i do którego chce się wracać.

 

Arka miłości

OC0guCZ

Nowy album londyńskiego mistrza dream- i noise popu, Arki, to arcydzieło. Płyta zatytułowana „Arca” dopiero się ukazała, a już wzbudza emocje, i nie dziwię się. Arca, czyli Alejandro Ghersi, wywodzi się z międzynarodowej sceny DJ-skiej, która swoje korzenie miała w Wenezueli. Tam Arca, Wenezuelczyk z pochodzenia, zaczynał grać swoje romantyczne sety, rozpięte, jak pajęczyna, na osnowie z elektroniki i wokaliz. Tutaj utwór „Piel” z nowego albumu:

Na nowej płycie wraca do dawnych lat, ale łączy je, na zasadzie – piękno poprzez kontrast – z elektronicznym tłem i na nowo odkrytym głosem. Piosenki są z jednej strony zachowawcze, typowe, brzmią jak kołysanki. Z drugiej strony, trudno o bardziej eksperymentalne i rozwalające bariery gatunku rozwiązania. Słyszymy tu organy, klasyczne instrumenty, jak smyczki czy fortepiany, które sąsiadują z najbardziej sztucznymi efektami, jakie można wymyślić. Rytm jest dyskretnie połamany w niewielu miejscach, ale tak, że ciarki przechodzą. To wszystko podbite jest głosem Alejandro, niesamowitym, rejestrującym każdy szloch czy westchnienie wydobywające się z ust właściciela. Alejandro steruje nim, jak chce, jak mu serce podpowiada, nie ma w tym nic wykoncypowanego ani zaplanowanego. Wpływ na to na pewno miał fakt, że Arca ma klasyczne wykształcenie muzyczne, co szczególnie słychać w jego własnej muzyce (ech, ci romantycy!):

Anoche”, Arca

Ale głos tutaj to nie tylko  narzędzie do przetwarzania i ogłaszania światu jego muzyki – to całe laboratorium emocji, ekspresji i archiwum jego artystycznych uniesień z całego życia. Są momenty, w których sopran Alejandro celowo „skrobie” po szybie, wywołując zgrzyty, ale są i takie, w których sięga chmur i to są niebiańskie chwile.

Osobną sprawą są teksty. Arca śpiewa o miłości, tęsknocie, pożądaniu, jakby szedł na wojnę. Zresztą i miłość jest u niego jak jedna wielka rana, odniesiona podczas tej wojny, którą próbuje zaleczyć. W piosenkach, które raz brzmią jak wezwanie do modlitwy, innym razem jak inkantacja, a za moment jak dobry kawałek popu („Desafio”) sprawdza się to idealnie, bo jest tyleż nieprzewidywalne, co wzniosłe. Przypomina mi w nich Federico Garcię Lorcę, którego przedwojenne sonety podobnie jak Arki, też sławią miłość tajemniczą, inną, nieznaną. W „Anoche” Arca śpiewa (tłum. z hiszpańskiego):

„I dreamed  of you last night

Your figure and your arms

I missed you last night

Although I have not met you yet

/Marzyłem o tobie ostatniej nocy,

o twoim ciele i ramionach,

tęskniłem za tobą ostatniej nocy,

chociaż jeszcze cię nie spotkałem/

A Federico Garcia Lorca w Sonecie gongoryjskim pisze:

Ślę ci gołąbka z Turii, jest mały i lekki,

ma słodkie oczka, pióra białości ma lśniącej

przerzuć go na laur grecki, poddaj grze łączącej,

z ogniem miłości mojej, co wolny, a wielki,

ptaszka niewinna cnota, szyi puszek miękki,

w podwójnym miąższu jej piany gorącej

drżeniem szronu, perły i mgły gęstniejącej,

podkreśla brak ust twoich i ciebie brak ciężki

Pogładźże dłonią tę biel niewinności,

a wnet zobaczysz, jaką śnieżystą melodię

on sypał będzie w płatkach po twojej piękności.

Przez noc i przez dzień cały, zawsze serce moje

trwające w mrocznym więzieniu miłości

płacze za tobą, łzami karmiąc melancholię.”

Wiosna, ach to Ty!

Karl_Ove_Knausgård

Tym razem Karl Ove Knausgård nie zadziwia ani nie zaskakuje. Co nie znaczy, że przynudza, broń Boże. Wręcz przeciwnie. Epistolarna literatura, pokawałkowana na cztery części, poświęcona nowo narodzonej córce pisarza, to w wiosennej odsłonie nadal czysta miłość ojca do córki i do świata. I w dodatku czyta się ją jak dobrą powieść obyczajową.

W „Mojej walce” Knausgårdowi chodziło o czyste emocje, w „Wiośnie” chodzi o relacje. Tym, którzy kaprysili po ukazaniu się pierwszego tomu cyklu, „Jesieni”, serdecznie polecam „Wiosnę”. To już nie są oderwane od siebie historie, tylko opis jednego dnia z życia rodziny, od wschodu do zachodu słońca. Knausgård ukrył w nim całe piękno dojrzewania do miłości i do rodzicielstwa, łącznie z ich ciemną stroną. Poprzednie zarzuty o banalność tej prozy, formułowane przy okazji premiery poprzednich tomów, „Jesieni” i „Zimy”, w tym kontekście wydają mi się niezrozumiałe.

Jest to po prostu inna proza niż „Moja walka”, mniej gniewna, bardziej intymna, taka, w której emocje są ukryte w maksymalnie zobiektywizowanych obserwacjach pisarza. Prawdziwa głębia uczuć kryje się tu w najprostszych czynnościach – rozmowie z ukochaną osobą czy porannej rutynie. Knausgård krok po kroku odkrywa przed nami świat swoich emocji, delikatnie wyważając ich siłę, dzięki czemu nie czujemy się nimi tak przytłoczeni, jak miało to miejsce w „Mojej walce”.

Podoba mi się też poetycki sposób, w jaki Knausgård tłumaczy świat swojej trzymiesięcznej córce: „[…] Gdy słońce wisiało po zachodniej stronie nieba, o intensywniejszej barwie niż kiedykolwiek wcześniej tego dnia, pomarańczowej z delikatnym czerwonawym odcieniem, wiatr zupełnie ucichł.

Słucham tych fraz (poleca się słuchać raczej niż czytać to czyste piękno), piję kawę na ławce, jak Knausgård, i myślę sobie: wiosno, cieszę się, że jeszcze się może kiedyś zobaczymy.

Angielska muzyka, polska miłość

z14478858qraphael-roginski 

Raphael Rogiński, gitarzysta

Nowy album Raphaela Rogińskiego, tym razem poświęcony barokowemu kompozytorowi Henry’emu Purcellowi, to nie tylko dowód na to, że muzyka dawna w każdej postaci fascynuje wielu muzyków. Jest to płyta tak niedoskonale doskonała, że wciąż muszę do niej wracać. Uwiera mnie jej delikatność i zwiewność, ale jej ulegam każdego dnia na nowo. Przyciąga mnie jej smutek i obietnica czegoś niedopowiedzianego, wciąga jej mrok i żałość wyśpiewanych przez Olgę Mysłowską motywów. To teraz mój ukochany album.

Intymna – tak nazywa swój związek z muzyką znad Tamizy Raphael. W wywiadach tłumaczy, że odnajduje wciąż te same rzeczy w muzyce Dead Can Dance i Joy Division, Berta Janscha i Led Zeppelin, PJ Harvey i Traffic, ale też i Henry’ego Purcella i Johna Dowlanda i Williama Byrda. Zapewne wzięło to swój początek w jego zafascynowaniu latami 60., ale nie tylko. „Brzmienie” angielskiej poezji i muzyki jest podobne, słowa i muzyka prowadzą nas gdzieś między mroczne bagna, leśne ostępy i neolityczne kurhany. Słusznie zauważa Rogiński, że współczesnym Anglikom to brzmienie może być obce, ale nie szkodzi, bo kulturowa ciągłość zostaje w nim jakoś przedziwnie zachowana, m.in. dzięki takim właśnie nagraniom, jak to – „Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebastian Witkowski)”.

Co różni ten album z muzyką Purcella od innych? Współczesne podejście wykonawców do barokowych melodii. W przeciwieństwie do klasycznych, ortodoksyjnych nagrań nie chodzi w nim w ogóle o cyzelowanie, pieszczenie fraz czy wyrafinowane techniki gry czy śpiewu. Chodzi za to o oddanie zwyczajnych, ludzkich, głęboko skrytych emocji w bardzo indywidualny sposób. Miłość, żal, tęsknota konkretyzują się tu w jedną lejącą się rzekę współbrzmień („Music for a While”). Odległy i zdystansowany, mantryczny śpiew Olgi Mysłowskiej tworzy piękny kontrapunkt do gitary Raphaela, a klawisze, na których zagrał Sebastian Witkowski, dodają tej muzyce gotyckiego mroku. Purcell przetransponowany na gotycko-współczesny teren ma głęboki sens. Jest nim wydobywanie na wierzch i odkurzanie uczuć, które wcale nie są dziś czymś tak bardzo innym niż były kiedyś. Tylko my zapomnieliśmy je naprawdę przeżywać i o nich mówić prawdziwie i szczerze. Jak mówi Rogiński – dziś są one spłaszczone, a za czasów Purcella były owiane mgłą cudów i magii, pożądania i tęsknoty. To myśmy zrobili z nich produkty spożywcze, a Purcell i jemu współcześni pojmowali je naturalnie, takimi, jakimi naprawdę są.

ar-160709436

Olga Mysłowska, wokalistka

Dlatego dźwięki gitary Rogińskiego brzmią tutaj jak próba przywrócenia magii tej muzyce. Bardzo udana próba. Piętnaście „kawałków”, od pavany, przez menuety, arie, po sarabandy, wcale się nie dłuży, wręcz przeciwnie. Każdy z kolejnych utworów wciąga głębiej w świat dekadenckich przeżyć miłosnych mistrza znad Tamizy. Całość dzielą trzy pavany Alfonso Ferrabosco, jedna zaczyna cykl, druga dzieli go w połowie, trzecia kończy. Są tutaj oczywiście i „Lament Dydony” i „What a Sad Fate” i „Charon the Peaceful Shade Invites”. Bardzo ciekawie brzmią te z nich, zaśpiewane przez bardzo utalentowaną wokalistkę Olgę Mysłowską (dawniej Polpo Motel), którą interesują wszelkie projekty scalające śpiew barokowy i muzykę współczesną, np. elektronikę. Na pewno jest to jedna z najważniejszych płyt wydanych w tym roku, zaraz zresztą po nagranym przez Rogińskiego i Genowefę Lenarcik projekcie Żywizna, będącym hołdem dla kurpiowszczyzny, „Zaświeć, Niesiącku…”. O, na marginesie – na albumie z Lenarcik też śpiewa się i gra dużo o miłości absolutnej. Chapeau bas, Raphaelu!

„Raphael Rogiński plays Henry Purcell (feat. Olga Mysłowska & Sebastian Witkowski)”, wyd. Bołt Records, 2017.

Człowiek, który wrócił do gwiazd

gareth_evans_david_bowie

David Bowie /fot.: Gavine Evans/

Jeśli się kiedyś zastanawialiście, jaki był największy i najbardziej wpływowy artysta XX w., to odpowiedź brzmi: David Bowie. Piszę to, nie tylko zainspirowana niedawno wyemitowanym filmem BBC pt. „David Bowie – The Five Years”, pokazującym pięć najważniejszych lat kariery artysty. BBC zamówiło dokument na pierwszą rocznicę śmierci Bowiego – 10 stycznia 2017 roku. Piszę to zainspirowana także pośmiertną EP-ką, z której właśnie dostajemy utwór i klip (to ważne) zatytułowany „No Plan”. Bowie śpiewa w nim słowa, które brzmią niczym memento: „Tutaj, nie ma muzyki tu, jestem zagubiony w strumieniach dźwięków. Tutaj, czy jestem nigdzie teraz? Bez planu. Gdziekolwiek pójdę, jestem właśnie gdzieś, właśnie tam”

Here, there’s no music here
I’m lost in streams of sound

Here, am I nowhere now?
No plan
Wherever I may go
Just where, just there
I am

Nic dziwnego, że pojawieniu się tych nowych utworów towarzyszą jakieś mistyczne skojarzenia fanów: gdziekolwiek jest teraz Bowie, musi pisać nadal piękną muzykę.

Żadnemu współczesnemu artyście nie udała się ta sztuka: być totalnym outsiderem, a zarazem tworzyć muzykę, która trafiała do serc i umysłów ludzi na całym świecie, czyli popularną. Nie chodzi już nawet o liczbę albumów czy kreatywność, chociaż przecież wydał ponad 20 płyt. Od „Hunky Dory”, przez „Space Oddity” (z wielkim, tytułowym numerem, musiała jednak trochę poczekać na swój sukces w USA, zbieżny z misją Apollo), „Ziggy Stardust” (tym razem to Anglicy potrzebowali jakiejś odtrutki na napierający konserwatyzm), przez etap „chudego białego księcia” (ilości zażywanej przez Davida kokainy w „Station to Station” zbiegły się z wojną z menedżerami Bowiego) przez piosenkę „Fame”, która dała mu prawdziwą sławę w USA (inni spoczęliby na laurach czyli na soulowo-funkowym brzmieniu tej pieśni, które Stany pokochały – inni, ale nie on) po „The Man Who Fell To Earth” – romantyczną historię miłosną, jak sam ją opisywał, berlińsko-amerykańskie lata z Iggym Poppem, któremu pomógł rozkręcić karierę („Nie był osobą, która by zmarnowała choćby kawałek muzyki” – wspomina z rozrzewnieniem berliński okres Pop), czas Pig Machine, wreszcie „The Next Day” i „Blackstar”.

iggy_david

Iggy Pop i David Bowie z okresu „Lust For Life”, płyty zrobionej dzięki i przy wsparciu Bowiego

Wszystko to brzmi imponująco, ale wciąż nie oddaje tego, jaki był, jak pracował, czym był jako performer (tak się określał), wykonawca, odtwórca wielu ról, które sobie stworzył na potrzeby sceniczne. I tego, dlaczego dzieciaki, a potem i dorośli, latały za nim z koncertów na koncert z rudymi grzywami, potem w srebrnych kurtach kosmicznych, potem w garniturach i kapeluszach. Jeden z bohaterów filmu o Bowiem mówi: „Był uroczy, wyrazisty, inteligentny, nie przytłaczał osobowością. Ale tak naprawdę tylko garstka ludzi wiedziała, jaki był naprawdę”. Jest to tak samo trudno uchwytne jak to, że we wszystkim był zawsze o krok do przodu.

Był pierwszym artystą, który na serio zaprzęgł komputery do piosenek i zainteresował się internetem (przypomnę jego wypowiedzi o Napsterze, piractwie i wielkich wytwórniach), pierwszym, który na serio zainwestował w biznes muzyczny, stając się swoim własnym menedżerem, pierwszym, który wypuścił na rynek własne obligacje (1997 r.), pierwszym, który utwierdzał co kilka lat swoją reputację wizjonera, sięgającego daleko poza muzykę.

Nigdy nie odcinał kuponów od swojej sławy, zawsze słuchał młodych zespołów i potrafił bez lęku angażować się do projektów, co do których nikt nie miał pewności, czy wypalą. Tylnymi drzwiami wprowadzał do świata każdą z kolejnych epok muzycznych, na które miał wpływ: cóż znaczyłyby psychodeliczne lata 70. bez Ziggy’ego Stardusta i Major Toma – alter ego Davida i zarazem bohaterów jego piosenek?

David Bowie w „Space Oddity”

A zarazem był facetem, który – prócz występować – uwielbiał całe dnie spędzać po prostu na pisaniu piosenek, bo był w tym genialny. Czy to była jego druga twarz? A nawet inna strona osobowości? Możliwe. Przecież dla wielu wówczas był człowiekiem, który spadł na ziemię i przyjaźnił się z kosmitami. Sam do późnej młodości opowiadał o tym, że widział gdzieś, kiedyś statki kosmiczne. „Starman” (człowiek z gwiazd) trzymał się mocno swojej wersji siebie. Paradoksalnie nigdy nie pozwalał też, żeby muzyka, praca w jakikolwiek sposób „weszła” mu na psychikę. Był w tym konsekwentny.

 

life_on_mars

David w „Life On Mars?”

Gdy teraz o tym myślę, nie wydaje mi się dziwne wcale, że tekst „No Plan” to subtelna aluzja do piosenki „Starman” z płyty „Ziggy Stardust”. To przypomniało mi o fragmencie innego filmu, „David Bowie: The Man Who Changed The World” Soni Anderson, w którym jeden z dziennikarzy analizuje inne teksty Bowiego, udowadniając nie tylko, że miał niezwykłą łatwość do pisania odrealnionych lub apokaliptycznych poetyckich tekstów, ale też, że były to teksty prorocze, śmieszne, uniwersalne, bywały do bólu prawdziwe i zawsze literacko doskonałe.

„Potrafił je pisać spod palca” – powiedział dziennikarz. Jak ten fragment „Life On Mars?”, gdzie Bowie kreśli wizję imperialistycznej Ameryki i milionowej szarej masy (myszy) zamierzającej się na „najświętsze” angielskie wartości (w rzeczywistości piosenka miała być satyrą na „My Way”, przebój Franka Sinatry):

 

See the mice in their million hordes
From Ibiza to the Norfolk Broads
Rule Britannia is out of bounds
To my mother, my dog, and clowns

 

Jeśli ktoś chce zobaczyć film o najważniejszych pięciu latach w karierze Bowiego (datowanych między kilkoma dekadami), to może to uczynić pod tym linkiem:

David Bowie – The Five Years

Wypowiadają się tam (z gitarami w rękach) wszyscy jego najważniejsi współpracownicy, co daje miłe poczucie, że obcujemy z odtwarzaniem legendy na żywo. A raczej dekonstruowaniem jej i tworzeniem na nowo. Bardzo fajna przygoda.

A o innych ostatnich utworach Bowiego pisałam m.in. tu:

Łazarz Bowie