Szumowska: Nie ma nic gorszego niż bycie ładnym

SZUMA

A w KMAG-u w końcu mój wywiad z Małgorzatą Szumowską, reżyserką i scenarzystką, która właśnie wróciła z Berlinale ze Srebrnym NIedźwiedziem za reżyserię filmu „Body/Ciało” (od 6 marca w kinach). Rozmawiałam z nią jeszcze przed festiwalem i całym tym splendorem, jaki na nią spadł w związku z tym. W internecie i poniżej fragmenty tego wywiadu. Można zajrzeć, bo Szuma mówi ciekawie i odważnie. A Mikołaj Komar robi zdjęcia iPhone’em 🙂 Myślę, że bardzo pasują do tej rozmowy:

Małgorzata Szumowska w rozmowie z Anną Gromnicką

Szumowska: Nie ma nic gorszego niż bycie ładnym, uroczym, pięknym. Ja nie chcę być ładna, wolę być interesująca!

Małgorzata Szumowska opowiedziała nam o obsesji śmierci.
Lubi Polskę, kocha Warszawę, ale nie zostawia suchej nitki na naszym „podwórku” kinowym. Może sobie na to pozwolić: jest jedną nogą tu, drugą tam, czyli w Europie, w świecie, który ceni jej filmy. Tam jest silnym głosem z Polski – tutaj, jako reżyserka, kobieta, matka, czuje się inna. I w tej inności tkwi jej siła.
tekst: Anna Gromnicka
foto: Mikołaj Komar
FRAGMENTY WYWIADU POCHODZĄ Z WYDANIA MAGAZYNU K MAG.
Anna Gromnicka: Niektórzy bohaterowie twojego nowego filmu „Body/Ciało” to ludzie samotni – Anna jest samotna, i to też trochę film o samotności. Za to ty nigdy nie sprawiałaś wrażenia takiej osoby.
Małgorzata Szumowska: Zacznijmy od filmu: tak, on opowiada o wielkiej samotności, ale to film o lękach współczesnego człowieka, a jednym z nich jest właśnie samotność. O niemożności poradzenia sobie z tą samotnością i odnalezienia kontaktu z drugą osobą. O tym opowiada końcówka filmu (ale jej nie ujawniajmy!). W „Body/Ciało” mówię o tym, że czasem ten inny człowiek jest obok, bardzo blisko, i łatwo go nie zauważyć albo ominąć, jeśli szukamy za daleko. Czasem przez całe życie szukamy ułudy, zamiast zwyczajnie żyć i rozejrzeć się wokół.
Ty tak żyjesz? Praktykujesz uważność?
Ja żyję z dnia na dzień, dlatego uważność, czyli bycie tu i teraz na maksa, to bardzo bliska mi postawa. Jestem kobietą, matką, pracuję i zajmuję się dziećmi.
Zwyczajną?
Tak, bo ja lubię zwyczajne życie, bardzo zwyczajne. Życiem wypełniam czas między filmami i pisaniem i to jest super.
Twój zwykły dzień?
Oczywiście wstaję rano, robię jogę w domu albo idę do klubu. Potem śniadanie. Dużą wagę przywiązuję do tego, co jem. Bardzo lubię gotować. Wszystko, co kupuję, jest dobre i smaczne. Kiedy wracam, siadam do biurka i pracuję – odpisuję na maile, dwie, trzy godziny pisania, zbierania materiałów do filmów. Potem od 16.00 spędzam czas z dziećmi, robię zakupy, kolację, często wpadają przyjaciele, chodzę wcześnie spać. Nuda. Ale ja to bardzo lubię.
Perfekcyjna pani domu?
Nie, no aż tak zrównoważona nie jestem. Mam momenty, kiedy mi naprawdę odbija, organizuję imprezę, która trwa od rana do nocy, i jestem dość niegrzeczna. Jednak to nie ma wiele wspólnego z takim nudnym, zwykłym życiem, które toczę na co dzień. Robienie filmów, jeżdżenie z nimi po świecie jest wystarczająco pojechane, potem marzę o zwyczajności i rutynie. Może dlatego właśnie takich zwyczajnych ludzi, których widzimy na co dzień, a o których polskie filmy rzadko opowiadają, próbowałam pokazać w tym filmie.
Skąd wytrzasnęłaś Annę, bohaterkę „Body/Ciało”? Nawiedzona terapeutka, która kontaktuje się z duchami, a być może sama potrzebuje pomocy.
Anna narodziła się w bardzo dziwnym miejscu, bo w sklepie z gadżetami marokańskimi. Spotkałam tam kobietę, która jest trochę pierwowzorem tej postaci. Jej sposób mówienia, ubierania się, wszystko, co ją otaczało, te szale i cała ezoteryczna atmosfera spowodowały, że zwróciłam na nią baczną uwagę. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że to ona będzie Anną. Byliśmy na etapie pisania scenariusza i mieliśmy postać terapeutki. Jak weszłam do sklepu i ona się odezwała, to pomyślałam, że to może być właśnie taka osoba – nawiedzona. Czyli wyznawczyni pewnej filozofii, czy też raczej przedstawicielka niszowego nurtu odnowy ducha i ciała, pozostająca jedną nogą na tym, a drugą na tamtym świecie. Bo w pewnym momencie ta kobieta powiedziała do mnie, że ma kontakt ze zmarłymi. Nie potrzebowałam niczego więcej. Właśnie o kimś takim chciałam opowiedzieć w tym filmie. Później Maja Ostaszewska już sama zbudowała sobie tę postać, zresztą świetnie, bo Maja ma naturalną vis comica, a Anna jest trochę śmieszna. …….
Modnie jest mówić, że ciało i dusza są jednością. A twój film pokazuje, że to rzadko nam się udaje. Twoi bohaterowie to alkoholicy, anorektycy, ludzie chorzy cieleśnie z braku miłości albo kontaktu ze sobą. Nie wiedzą, po co im to opakowanie – ciało. No i z drugiej strony w naszej kulturze funkcjonuje też kult ciała. Katujemy je, upiększamy w detalach.
Wiesz, mnie nie interesuje podobanie się. Myślę, że ciągłe dążenie do upiększania ciała to podstawowy błąd, jaki ludzie popełniają, próbując coś zrobić ze swoim ciałem na różnych etapach życia. Moja mama mówiła mi w pewnym momencie swojego życia, że nie obchodzi jej, czy jest ładna, czy się komuś spodoba. Ona chciała się już tylko sobie podobać. Jest w tym jakaś mądrość. Sama teraz uważam, że nie ma nic gorszego niż bycie ładnym, uroczym, pięknym, w takich kategoriach czysto estetycznych. Ja nie chcę być ładna, wolę być interesująca.
A jednak tego chcą ci zwykli ludzie, których portretujesz – akceptacji dla ich ciała. Więc to ciało ulepszają, jak potrafią. I szczerze mówiąc, ja ich rozumiem. Mało kogo stać na świadome kształtowanie wyglądu wbrew wszystkim.
Możliwe, ale dla mnie ta estetyka ciała, na którą tak się dziś powszechnie zwraca uwagę, to rzecz drugorzędna. Ja mam się czuć dobrze sama ze sobą, nie starać się wystąpić w wersji „dla kogoś”. Dlatego ten światek „pięknych” celebrytów i ścianek jest dla mnie śmieszny, udawany. Nic się za tym nie kryje. Jak widzę coś takiego, chcę koniecznie wyglądać odwrotnie, w szkole filmowej ogoliłam się na łyso, teraz najchętniej chodzę w dresie i wyciągniętym swetrze, nie maluję się, a nawet nie czeszę.
Jest ciało, jest dusza, jest i wiara. O tym też opowiadasz w „Body/Ciało” – że Polacy wierzą w świecidełka, wróżki i egzorcyzmy.
Wydaje mi się, że społeczeństwo polskie kompletnie nie wie, w co wierzy, i o tym też jest ten film. To jest skrajne pogubienie, bo przecież Kościół przestał spełniać funkcję, jaką miał jeszcze 30-40 lat temu, za komuny, coraz więcej ludzi podważa też siłę Kościoła. Zamiast konglomeratu mamy rozproszenie i ułudę: z jednej strony każe nam się w coś wierzyć, z drugiej nie wierzymy w nic, na przekór wszystkiemu, bo to by nam tylko przeszkadzało w życiu. Przykładem tej postawy jest choćby prokurator, którego w moim filmie gra Gajos. On jest głosem tych, którzy nie wierzą w nic, i ich niewiara też może być wystawiona na próbę, tak jak wiara. Okazuje się, że jak mu ktoś daje cień szansy na to, że istnieje jednak jakaś siła spoza tego świata, to on w to wierzy. Myślę, że lubimy budować sobie iluzje. Mówię to z całą brutalnością, mimo że nie przekreślam przecież wiary jako takiej.
Wasza matka, tak jak i twoja siostra Kasia, zaczęła pisać po czterdziestce. Ty odwrotnie – do momentu, gdy skończyłaś 40 lat, nakręciłaś przełomowe dla ciebie filmy. Tak jakbyś przedwcześnie dojrzała i musiała z siebie wyrzucić wszystko, a dopiero teraz się uspokajała. Czterdziestka coś w ogóle w tobie zmieniła?
Śmieszne, ale pamiętam, że dla mnie największą traumą było skończenie 30 lat. Myślałam sobie: „co to będzie, jestem już taka stara”. Upiłam się do nieprzytomności. Załapałam doła, wydawało mi się, że to koniec świata. A 40? Nawet nie pamiętam! Może dlatego, że swoją starość już jakby przerobiłam 10 lat wcześniej. Teraz patrzę na tę metrykę inaczej, jak reżyser, nie kobieta. Uważam, że czas między 40. a 65. rokiem życia jest najlepszym dla reżysera. Jak patrzę na festiwale zagraniczne, to rzadko zdarzają się takie fenomeny jak Xavier Dolan, większość reżyserów europejskich w cenie zrobiła swoje najlepsze filmy między 40. a 75. rokiem życia. Przez pewien czas szczyt popularności przeżywały tam produkcje, które tu, u nas w Polsce, niezbyt się podobały albo nie były zrozumiane. Teraz na szczęście to się trochę wyrównuje. Mój przyjaciel Paweł Pawlikowski opowiadał mi, że tak naprawdę zaczął być reżyserem po czterdziestce, bo wtedy dojrzał do zrobienia fabuły. Teraz i ja dojrzewam.
Jak?
Wiem, co potrafię, czego chcę i co mogłabym zrobić. Oczywiście zrobiłam do tej pory bardzo dużo filmów, ale czuję, że ten mój właściwy czas dopiero nadchodzi. Moje życie zawodowe jest jedną nogą tu, a drugą tam – i to się utrwala od około dwóch lat. Po poprzednim moim filmie dostałam dużo propozycji jurorowania, byłam w jury w Stambule, w San Sebastián, teraz jadę do Kolumbii, wybierałam aktorów do nagrody Shootings Stars na tegoroczne Berlinale. Weszłam w takie dość kolorowe towarzystwo, cały czas jest między nami jakaś wymiana. Kompletnie różne punkty widzenia i kultury. To tygiel, w którym naprawdę świetnie się czuję. Niewątpliwie ewenementem jest to, że polski rynek jest totalnie samowystarczalny, Polacy chodzą na polskie filmy chętniej niż na amerykańskie, mamy swoje gwiazdy, swój przemysł filmowy, szkoda tylko, że tak rzadko coś z tego przebija się do świadomości świata. Ostatni sukces „Idy” paradoksalnie tylko to podkreśla, bo przecież Paweł jest w zasadzie brytyjskim reżyserem. Więc to, że wyszedł z Polski, tylko mu pomogło, bo zrobił film o Polsce z perspektywy reżysera stamtąd, z Europy. Nie bał się, nie był aż tak uwikłany w „polskość”.
Ty też wychodzisz stąd na dobre?
Raczej nigdzie się nie wybieram, mi tu jest bardzo dobrze i nie mam obciążeń „polskością”. Chcę robić swoje kino, chcę je robić w Polsce. Patrzę na to po stoicku właśnie: mam świadomość, że to, co robię, jest niszą artystyczną. Nie mam w ogóle ambicji brylowania w głównym nurcie ani też boksowania się z filmem, który oglądają miliony. W polskim kinie jest tak: ma być tak i tak, ma być polski aktor, ma być historia, która się sprzeda, wszystko ma być sformatowane pod konkretny rynek, polski, o specyficznych wymaganiach. Jak coś się z tego wyłamuje, to katastrofa. Bo ludzie nie pójdą, bo się nie sprzeda. Ja nie mam zamiaru być zakładniczką komercji.
Przed „Body/Ciało” naliczyłam z osiem twoich dzieł o najcięższym kalibrze. Śmierć, strata, pustka – ostateczność na każdym milimetrze taśmy. Nie za dużo jak na jedną reżyserkę?
Ale ja uważam, że mój ostatni film jest śmieszny! Tadeusz Sobolewski mówił mi, że śmieszy go w nim wiele rzeczy, a Francuzi też się na nim śmieją. To kompletnie inny odbiór. Plakat reklamujący film przed Berlinale chcieli ozdobić fotomontażem z głową psa. Czy ten rozdźwięk między odbiorem w Polsce i za granicą nie jest piękny? Ciekawy? A co do śmierci – ja jestem nią opanowana od wczesnej młodości, to moja obsesja.
To ci przeszkadza?
Przeszkadza, dlatego lubię się oddawać zwyczajnemu życiu, gotowaniu, byciu w domu. Ja coś sobie załatwiam tymi filmami o śmierci. One mnie poniekąd od niej uwalniają, bo inaczej bym chyba zwariowała.
Powiedziałaś, że jak wyjeżdżasz z Polski, jesteś mniej feministką, a jak wracasz tu – bardziej. To też cię męczy?
Ja w ogóle mam problem, żeby się zidentyfikować z jakąś grupą. Gdybym miała grupowo coś przedsięwziąć, to nie potrafiłabym. I strasznie mi to przeszkadza we mnie, że do końca nie umiem się wdrożyć w takie działania polityczne, społeczne, chociaż wiem, że pozycja kobiet w Polsce jest wciąż nie za dobra. I tutaj trzeba być feministką i się przeciwstawiać, żeby pokazać, że nie jest dobrze.  
W jaki sposób ty się przeciwstawiasz?
Może choćby ten nasz wywiad jest taką próbą? Może ja się za bardzo nie udzielam w prasie, bo uważam, że celebryctwo to obciach i nie chcę być zaliczona do tego grona. Ale jestem kobietą, reżyserką, kieruję swoim życiem tak, jak mam na to ochotę, wbrew pewnym konwenansom, więc w pewnym sensie coś tam robię dla feminizmu. Jestem osobą, za którą można się opowiedzieć. Lub przeciwko.
Nie chcesz mówić o małżeństwie…
Nie chcę.
Ale możesz mówić o partnerstwie.
W rzeczywistości najważniejsze w nim jest to, że ludzie muszą się ze sobą przyjaźnić. Sprawy męsko-damskie są też ważne, ale o nie trzeba bardzo dbać, bo namiętność może bardzo łatwo zniknąć. Jeżeli ta głęboka przyjaźń jest, to związek będzie trwał. Przyjaźń w związku oznacza dla mnie pełnię. Wydaje mi się też, że warto być dobrym psychologiem i obserwatorem, nie tracić czujności. Ludzie często kłócą się o rzeczy nieważne, o to, co lub kto się komuś podoba albo jak dzielić obowiązki w domu. Ja wszystko mierzę swoją miarą, dlatego rzadko mam pretensje do partnera, bo musiałabym mieć pretensje do samej siebie. Przyjaźń w związku to jest błogosławieństwo. Superrzecz. Bo z taką osobą możesz spędzić całe życie.
Całe życie z jednym człowiekiem?
Tak, i naprawdę niekoniecznie w jednym domu. Możesz się wyprowadzić, mieć potrzebę życia osobno, w innym pokoju. Możecie się nawet rozstać i nadal kogoś kochać. A i tak najlepszy związek ma się samemu ze sobą. Tyle mogę powiedzieć.
Małgorzata Szumowska (rocznik 1973). Kręci filmy (już od 18 lat), pisze scenariusze, produkuje, jest jurorką na zagranicznych festiwalach filmowych. Męczą ją podróże między Berlinem, Paryżem a Kolumbią, lubi wracać do domu, do dzieci: 2-letniej Aliny, której ojcem jest mąż reżyserki, aktor Mateusz Kościukiewicz, i Maćka (syna z poprzedniego związku). Mieszkają we czwórkę na warszawskim Mokotowie.
Advertisements

Jedna uwaga do wpisu “Szumowska: Nie ma nic gorszego niż bycie ładnym

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s