Czarna kaczka z kosmosu

CHMIELEWSKI_PAPCIO

Syna Papcia Chmiela nie poszedł w ślady swojego taty, rysownika i autora „Tytusa, Romka i A’Tomka”. Ojciec bardzo chciał zrobić z niego artystę, ale Artur Chmielewski od zawsze fascynował się naukami ścisłymi i… kosmosem. Polacy dopiero niedawno dowiedzieli się, że znalazł się w gronie najważniejszych menedżerów NASA  – Amerykańskiej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. Wspólnie z zespołem naukowców nadzorował ostatnie pionierskie lądowanie statku kosmicznego na komecie. Rozmawiałam z nim o życiu na Marsie, kosmicznych kaczkach i o tym, czym się różnią ojcowie polscy od amerykańskich. 

Anna Gromnicka: Ta czarna, bezkształtna masa za pana plecami to model komety?

Artur B. Chmielewski: Mówimy na nią „kaczka”. Rosetta, czyli pierwsza w dziejach misja lądowania na komecie, pierwszy raz miała z nią styczność 5 miesięcy temu po 10 latach lotu.  Koledzy zaczęli pytać: „Czy to jest kometa, czy kaczka?” Bo taki ma kształt: tu kuper, a tu głowa. Wciąż się śmiejemy, że nie możemy tak mówić, “panowie, to przecież poważna sprawa.” No więc poprawiamy się na „kometa”, ale potem któryś znów pyta: „no dobra, a gdzie lądujemy – na piętach kaczki, czy na główce?”. Na ostatniej konferencji prasowej Matt Taylor, jeden z naukowych koordynatorów misji, wymyślił, żeby mówić na nią „czarny łabędź”. Może to i lepiej brzmi, ale niech pani sama powie – czy kaczka nie jest trafniejsza?

W filmie o misji Rosetta widać pana synów, którzy mówią na tę pana kaczkę „asteroida”. Starszy, Lucas, mówi, że asteroida jest czarna, bo nie odbija światła.

Chyba sobie żartowali. To moja siostra Monika wciąż myli kometę z asteroidą. Co tydzień tłumaczę mojej rodzinie tę różnicę. Asteroidy to ogromne kamienie lub bryły metalu – komety są ciekawsze, prawie żyją, wystrzeliwują gejzery, mają ogony, zawierają wodę, lód. Monika ma jednak w jednym rację: jądro komety jest ciemniejsze niż świeży asfalt. Moi synkowie Lucas (16 lat) i Marcus (13 lat) przestali mylić asteroidy z kometami, gdy raz wziąłem ich na mój wykład, zaprosiłem na scenę i kazałem im zrobić model komety z lodu i tzw. suchego lodu.

Jest pan surowym ojcem?

Skąd, wręcz przeciwnie – staram się być czułym i uważnym tatą. Ale misja Rosetta niestety odbiera mi możliwość zaangażowania w drugi, dużo dla mnie ważniejszy projekt, którym jest rodzina. No to staram się nadrobić ten stracony czas z chłopcami jak umiem.

Kosmos, praca, dzieci… A jak pan zapamiętał Polskę? Wyjechał pan do USA w latach 80.

Jako kraj pełen zieleni i cudownej przyrody. Moje szczęśliwe dzieciństwo upłynęło na wycieczkach do lasu i nad wodę, na spływach kajakowych, na zabawach w podchody na podwórku i grze w kapsle. W telewizji byli tylko „Czterej pancerni i pies” i „Bolek i Lolek”, żadnych komputerów ani gier, więc dzieci szukały wzajemnie swojego towarzystwa. Łaziliśmy po drzewach, zdzieraliśmy na nich kolana, strugaliśmy karabiny z kijków. To nam wystarczało. Musiało – bo w sklepach prawie nie było zabawek. Na podwórku byliśmy w rożnym wieku, co nas hartowało. Kiedy graliśmy w piłkę i jako 9-cio latek oberwałem od 13-latka, to wstyd było przyznać się do łez, więc beczałem po cichu. Wszystko było prowizorką, nie mogliśmy, jak dziś w Stanach moj syn, stworzyć drużyny 9-latków, grać na pięknej trawie, boisku, w ślicznych koszulkach z sędzia, I oficjalna liga. Teraz, jak wracamy na wakacje na Mazury – moja żona Kasia, chłopcy i ja – chłoniemy tę polską przyrodę. W Stanach mieszkamy w Pasadenie, w Kalifornii. Od 200 dni nie spadła tu kropla wody. Jest pięknie, ciepło. Mamy przy domu niemal ogród zoologiczny! Mieszkamy w górach, przy lesie, i często „odwiedzają” nas niedźwiedzie z niedźwiadkami i sarny, a sępy zrzucają na nasze podwórko swoje smakołyki – węże. A teraz, niech pani spojrzy – jest 30 stopni – ale my wciąż tęsknimy za deszczem. Jak przyjeżdżamy do Polski na wieś i zaczyna padać, chłopcy wypadają z domu i tańczą, moknąc i krzycząc: „Tato, deszcz, deszcz!”. Obrazki tej nieskrępowanej niczym natury z dzieciństwa znajduję czasem na wsi na Mazurach.

Mama i tata artyści, siostra Monika, mistrzyni tkactwa, też artystka. A pan – umysł ścisły. Czarna owca w rodzinie?

Tata bardzo chciał, żebym rysował, malował. Byłem oczywiście wysyłany na różne zajęcia plastyczne – choć talentu nie miałem za grosz. Zresztą chyba do dziś ojciec skrywa żal o to, że nie zostałem, jak on rysownikiem… W ramach cichego protestu zacząłem się uczyć fizyki i matematyki. Ale ojciec i tak miał na mnie ogromny wpływ: podsuwał czasem artykuł w gazecie, naukowy, wskazywał dwa zdania, które go zainteresowały, i mówił: „Patrz, synu, to bardzo ciekawe”. Zabierał nas na wycieczki do muzeów, albo po prostu pokazywał, jak odmiennie można patrzeć na pozornie zwykłe rzeczy. Dzięki niemu zacząłem dużo czytać, bo i on mnóstwo czytał i jako jedyny potrafił rozbudzić moją wyobraźnię i ciekawość książek i świata. Ojciec ma prawdziwie artystyczną wrażliwość – widzi wszystko inaczej. A może przez to prawdziwiej? Wbiło mi się w pamięć jedno zdarzenie: miałem 7 lat i z lekcji plastyki przyniosłem do domu rysunek na Dzień Matki. Pokazywał mamę w aucie – mała figurka w prostokącie. Wszyscy chłopcy tak narysowali, bo auta wszyscy uwielbiali. Ja po nich też tak narysowałem. Tata spojrzał i pyta, co to. Odpowiedziałem, że mama w aucie. „Co? Gdzie ty tu widzisz mamę?” Pokazałem palcem główkę, a on na to: „Synku, czy tak mama wygląda? Mama nie jeździ autem. Pomyśl, co mama robi na co dzień, przypomnij sobie, co widzisz?” Zastanowiłem się i po chwili zacząłem rysować – mamę w kolorowej sukience, jak wraca z zakupów, z bułką paryską wystającą z siatki, z piękną fryzurą, bo zawsze lubiła się ładnie czesać. A potem dorysowałem kwiaty, bo je kocha i nas, dzieci, bo chciała, żebyśmy były duże i zdrowe – i ja na tym rysunku faktycznie byłem większy od niej. Ale Papcio Chmiel był zadowolony. Chyba zrozumiałem, co chciał mi przekazać: szukaj zawsze innej drogi, niż wszyscy. Myśl po swojemu. Nie bój się wychylić.

Co jeszcze pan ma z taty?

Mam z niego 99,99 procent materiału genetycznego! A tak na serio, to myślę, że tata nauczył mnie, żeby się nie bać zrobić coś nowego. Nauczyłem się od niego, że dzień bez zdobywania nowych umiejętności i wiedzy jest dniem straconym. Tacie zawdzięczamy – moja siostra Monika i ja – stworzenie w naszej rodzinie tej niezwykłej atmosfery twórczości, kreatywności, poczucia humoru, zabawy słowem – czasem przy obiedzie, na poczekaniu. To staram się przenosić do mojej własnej rodziny i do pracy.

Jak?

W NASA dałem się poznać jako ten, który zawsze działa inaczej. Zanim przystąpiliśmy do projektu Rosetta, zaczęliśmy odkrywać inne planety znajdujące sie blisko gwiazd, poza układem słonecznym. Badaliśmy je, w nadziei, że może znajdziemy tam ślady życia. Po tych odkryciach administrator NASA zapytał mnie, jaki powinien być nasz kolejny krok. Odpowiedziałem – zrobienie planetom zdjęć, tak, żeby ludzie mogli je zobaczyć. „Ale jak?” – zapytał. Ja na to, że trzeba skonstruować duży teleskop. Wykonaliśmy szybko obliczenia i wyszło nam, że musiałaby mieć wielkość Stadionu Narodowego. Nikomu nie udałoby się wykonać takiego ogromnego teleskopu ze szkła! Powiedziałem – zróbmy ją z folii. Bingo! Właśnie tak zrobiliśmy. To pokazało mi, tak, jak ta chwila z dzieciństwa, gdy Papcio Chmiel kazał od nowa rysować laurkę dla mamy, że zawsze trzeba szukać niestandardowych rozwiązań. Przepraszam, ale właśnie tata napisał do mnie meila – trochę źle się czuje, wiec muszę mu szybko odpisać. Proszę poczekać chwilkę…

W domu Papcio rysował swoje komiksy w odosobnieniu, czy zawsze był blisko was?

Nie pamiętam, żeby nas od siebie izolował, wręcz przeciwnie – często obserwowaliśmy jak pracuje. Mogłem co dzień patrzeć na jego twórczość  – dowcipy, rysunki, abstrakcyjne zalążki myśli. Papcio Chmiel cały czas zresztą fascynuje się nauką, historią, techniką. Czerpał i wciąż czerpie pomysły ze zwykłego życia, z rozmów z ludźmi, z nami. Kiedyś siedzimy przy stole przy obiedzie i tata mówi: „Nie mam pomysłu na ten komiks do Świata Młodych. Co oni mogli zrobić, gdzie polecieć tym wannolotem?”. Ja na to: „A może podróż dookoła świata?”. Tata: „Eee, nie, to już było.” „Tata, a może niech polecą do dżungli?” – mówię. „Nie, to było!” „A gdyby tak wszyscy nagle spadli na spadochronie na Stadion 10-lecia (dziś Narodowy) podczas meczu reprezentacji Polski?” Ojciec spojrzał na mnie:”Wiesz, to jest myśl”. Coś tam poprzerabiał, ale i tak ten mój pomysł został uwieczniony w kolejnej części komiksu. Nas tato też umieszczał w swoich książeczkach, a potem i moich synów. Teraz pisze dla nich elementarz.

Jest tak źle z ich nauką?

Nie, on po prostu uważa, że nauka polskiego jest bardzo ważna, że to trudny język i byłoby źle, gdyby chłopcy zapomnieli go. Ale na szczęście i Marcus i Lucas mówią po polsku i chcą się uczyć.

Papcio Chmiel opowiadał wam o sobie?

Sporo mówił o wojennej przeszłości. Zabierał nas na wycieczki do Lasu Kabackiego, mówił o partyzantce, o Powstaniu Warszawskim, w którym brał udział. Ale dopiero potem dowiedziałem się, już z jego autobiografii „Urodzilem sie na Barbakanie”, że było wiele takich sytuacji, ze tata mógł zginąć, no i ja bym się nigdy nie urodził. Raz jako 16-letni warszawiak tata przenosił granaty ukryte pod płaszczem.  Gdy wyszedł za róg, prawie wpadł na niemieckich żandarmów. Miał trzy wyjścia: uciekać i może być zastrzelonym, wyciągnąć granat i zaatakować lub próbować przejść koło nich jakby nigdy nic, ale zaryzykować złapanie i pewną śmierć. Wybrał to ostatnie i na szczęście dla mnie żandarmi go nie zatrzymali.

A mama? Z nią też rozmawialiście o wojnie?

Właściwie nigdy o nic nie pytaliśmy, odkąd zobaczyliśmy, że mama, pytana o przeżycia wojenne, za każdym razem strasznie płacze. Kilka lat spędziła w obozach koncentracyjnych, tam też straciła mamę i brata. Myślę, że to wciąż w niej było, bardzo głęboko. Mama to nasza cudowna opiekunka, dobry duch domu, który daje miłość i ciepło. Bo jak człowiek chce wciąż odkrywać te nowe rzeczy – tak jak tego tata nas uczył – to czasem popełnia błędy. I wtedy potrzebny jest ktoś taki, jak mama, kto pocieszy, da oparcie i nadzieję, że następnym razem na pewno się uda.

Tęskni pan za Polską?

Teraz mój dom jest oczywiście gdzie indziej. Moja żona Kasia jest Polką. W Ameryce urodziły się nasze dzieci, tam pracuję, a moi synowie chodzą do szkoły. Tam Lucas odnosi sukcesy w tenisie – w swojej grupie wiekowej jest na 16-tym miejscu w Kalifornii! Młodszy Marcus jest zapalonym piłkarzem i kibicem polskiej drużyny. Nawet do szkoły wciąż chodzi w koszulce reprezentacji Polski. Jest z tego bardzo dumny, i powtarza, że kiedyś zagra w naszej drużynie. Wspomnienia z Polski cały czas są we mnie, w nas obecne. Czasem porównuję te dwa różne życia…

Na korzyść tego amerykańskiego?

Nie da się ich tak prosto porównać. Różnice dotyczą głównie podejścia do życia i ludzi. Prócz tego, że Polacy za często narzekają i są zbyt krytyczni wobec siebie i kraju, w którym żyją, to najbardziej nie podoba mnie sie to, że w Polsce mężczyźni są zamknięci emocjonalnie.

Twardziele?

Myślę, że bardzo starają się nimi być. „Mężczyzna jest mężczyzną i o uczuciach sie nie rozmawia, bo to nie jest męskie” – to często słyszałem. Polscy mężczyźni nie są tak otwarci i serdeczni jak Amerykanie w sprawach rodzinnych. W USA to normalne, ze ojciec przytuli syna, ucałuje go, powie mu, ze się cieszy z jego osiągnięć, że go wspiera, że może na niego liczyć. A nawet zapłacze z nim. Polscy ojcowie nie tulą swoich synów, nie głaszczą po głowach, grają twardych, bo tego byli nauczeni, i to przekazują swoim synom.

Panu brakuje takich uczuć?

Czasem… chciałbym, żeby tata kiedyś powiedział: „Synu, jestem z ciebie dumny”… Nigdy mi o tym nie powiedział. A ja zawsze bardzo chciałem to od niego usłyszeć…

Myślę, że pana ojciec jest z pana bardzo dumny.

Mam nadzieje, że chociaż trochę jest… Ojciec marzył o tym, że będę pisał książki, jak on, że będę artystą, a może zostawię jakieś wielkie dzieło po sobie dla potomności?

Zostawi pan – Rosettę, jeden z najważniejszych projektów, badających wszechświat.

Tak, ale wciąż nie jestem artystą. A w mojej rodzinie wszyscy nimi są. Czasem mogłem się czuć jak odszczepieniec. Synom jest ciężko, jeśli nie czują akceptacji ojców dla tego co robią. Ja, żeby się przypodobać tacie, zasponsorowałem powstanie żyjącej rzeźby komety, którą widzi pani tu na zdjęciu. Miałem nadzieję, że to choć częściowo wynagrodzi mu fakt, że nie poszedłem w jego ślady, jak chciał – rzeźba to przecież akt artystyczny. Ale nie mam wpływu na to, czy tak się stanie. Dlatego jeśli coś mógłbym przenieść z Ameryki do Polski, to byłoby to bezinteresowne, niezależne osiągnięć dzieci okazywanie miłości, czułości i wsparcia synom przez ojców.

I przez matki.

Także, chociaż uważam, ze matki akurat są prawdziwymi bohaterkami. To matki najczęściej zajmują się dziećmi i najwięcej im przekazują. Staram się zrobić wiele, żeby im dorównać. 70 proc.mojego 30-osobowego zespołu na Rosetcie stanowią kobiety. Kobiety są świetne w pracy nad wieloma projektami jednocześnie i często lepiej potrafią znaleźć kompromis w grupie.  To bardzo ważne w Rosetcie, bo mamy ekipę z 11 krajów świata i musimy umieć się dogadać. Uważam, że mężczyźni powinni robić wszystko, żeby rozłożyć obowiązki w rodzinie po równo i ułatwić swoim żonom życie. Ja też mógłbym powiedzieć: „Dzieci, zajmijcie się sobą i swoją nauką same, bo ja tu mam superważny projekt, ląduje właśnie na komecie, jestem takim ważnym mężczyzną, dlatego nie ma mnie po 10 godzin w domu i nie mam zupełnie czasu dla was i mamy”.

Mężczyznom zdaje się, że mają większą misję do spełnienia, niż kobiety?

Często tak jest. Wiem, że są faceci, dla których praca jest wymówką, żeby nie zajmować się rodziną. Bo to niemęskie. Ale ja nigdy nie powiem moim synom, że jest dla mnie coś ważniejszego od nich. Żaden projekt świata nie równa się z projektem „wychowanie dzieci”. Dlatego gdy zatrudniam ludzi, bardzo często rozmawiam z nimi o rodzinie. Najczęściej okazuje się, że ci, którzy najbardziej poświęcają się dzieciom, są najlepszymi menedżerami.

Od kiedy kosmos jest dla pana wyzwaniem?

Od zawsze. Najważniejsze pytania ludzkości są zawarte we wszechświecie. Dlaczego tu jesteśmy, dokąd idziemy? Czy tak jak dinozaury wyginiemy? One przecież biegały po ziemi przez kilkaset milionów lat. A my zaledwie 60 tys. Zastanawiały mnie też pytania dotyczące powiększania się wszechświata: jak to, nie było niczego, a tu wciąż coś nowego powstaje? Jak kończyłem liceum, to oczywiście więcej widziałem o podboju kosmosu przez Rosjan niż Amerykanów, bo urodziłem się w PRL-u i nasłuchałem się tej radzieckiej propagandy. Dopiero, gdy wyjechałem do USA, zobaczyłem amerykańską wersję odkryć kosmosu. Ale pamiętam, że już wcześniej, w polskiej szkole, wciąż rysowałem głównie statki kosmiczne, co strasznie denerwowało nauczycieli.

Jak się pan znalazł w Stanach?

Była końcówka lat 70. Po skończeniu warszawskiego liceum im. Królowej Jadwigi dostałem stypendium naukowe, a z nim szansę wyjazdu na studia zagranicę, do USA. Na Uniwersytecie Michigan ukończyłem inżynierię mechaniczną, a potem informatykę na Uniwersytecie Południowej Kalifornii (USC). Na pierwszym roku wybrałem matematykę, chemię i fizykę, bałem się bardzo angielskiego, bo byłem z niego kiepski. Mało kto zresztą uczył się go wtedy w polskich szkołach.

Polskie wykształcenie przydało się panu?

Poziom matematyki w polskich szkołach był dużo wyższy od amerykańskich. Na początku studiów profesor zaproponował mi indywidualny tok studiów. Miałem przygotować materiał z książki na zaliczenie. Ślęczałem nad nią przez 3 tygodnie, aż gdy przyszedł dzień zaliczeń, okazało się, że źle zrozumiałem i zamiast dwóch, przerobiłem wszystkie rozdziały w książce. Nie wydawały mi się zbyt trudne. Nauczyciel nie mógł uwierzyć. Zaproponował, żebym zdał egzamin z całej książki, to zaliczy mi wszystkie trzy semestry matematyki. I tak się stało.

Teraz jest pan menedżerem NASA i wspólnie z blisko setką amerykańskich inżynierów i trzystoma z Europejskiej Agencji Kosmicznej pracuje nad misją Rosetty, czyli zbadaniem komety o nazwie Czuriumow-Gierasimienko. Dlaczego ten projekt jest tak ważny dla nas, ludzi, i dla życia na Ziemi?

Dzięki Rosetcie poznamy być może moment, w którym powstał układ słoneczny i nasza planeta. Ale najlepiej będzie, jak odpowiem pani słowami mojego 13-letniego syna Marcusa, któremu tłumaczyłem, skąd się wzięły komety i czemu tak ważne jest, żeby je zbadać. Po pół godzinie tłumaczeń Marcus powiedział: „Acha, tata, więc to tak: jeśli mam dwa hamburgery i chciałbym jednego z nich zostawić w ogródku przy domu na 4 miliardy lat, żeby ktoś kiedyś mógł sprawdzić, co się z nim stanie, to do tego czasu już by zniknął. Ale jakbym go włożył do lodówki, i ją zostawił włączoną na 4 miliardy lat, to już byśmy szybciej mogli sprawdzić, co zostanie z tego hamburgera, tak?” I to mniej więcej o to chodzi w projekcie Rosetta. 12 listopada lądownik Philae wylądował na komecie. Naszym celem jest zbadanie tej cząstki, która przetrwała w stanie zamrożonym i mogła być świadkiem powstania Ziemi i układu słonecznego. Komety zawierają w sobie najważniejsze dla ludzkości informacje, które pomogą rozwikłać wiele zagadek układu słonecznego. Skad on się wziął? Co było w pierwszych dniach na Ziemi? To wszystkich ciekawi!

W jaki sposób w ogóle można to zbadać?

Na lądowniku znajduje się szereg instrumentów, które badają powierzchnię komety i zbierają informacje o niej. Próbowałem to właśnie niedawno wyjaśnić Papciowi Chmielowi, który odrzekł porozumiewawczo: „Aaa, instrumenty tam masz!” Roześmialiśmy się, bo w Księdze III „Przygód Tytusa, Romka i Atomka” tata narysował statek kosmiczny, a na nim… skrzypce, gitara, fortepian. Cały Papcio Chmiel. Oczywiście instrumenty kosmiczne nie przypominają tamtych z komiksu. To są bardzo czułe spektrografy, które są w stanie odróżnić najmniejszą masę atomową, dzięki czemu wiemy, czy to jest metan czy metanol. One nam pomogą zebrać bardzo dokładne dane, z których dowiemy się, skąd się wzięła nasza planeta.

Z perspektywy kosmosu życie ludzkie to drobinka. A pan mówi, ze nie ma nic ważniejszego niż rodzina. 

Jeśli codziennie przez 10 godzin myśli się o układzie słonecznym, który ma ponad 4 mld lat i jeszcze o wszechświecie, który ma 13 mld lat i jest nieskończony, to w końcu zaczyna się mierzyć nasze życie na Ziemi właściwą miarą. 100 lat życia to nic.  Ludzie mogą być jednak nieśmiertelni – przecież ich życie tak naprawdę trwa w następnym pokoleniu.

Co z kosmosu widać takiego ciekawego w człowieku, skoro my tak krótko żyjemy?

A może to, czy jest w nas coś ciekawego, zależy, co robimy z naszym życiem? Może skoro już mamy tak mało czasu, to powinniśmy go wykorzystać jak najlepiej?

Jak?

Dając maksimum siebie innym. Człowiek jest skonstruowany inaczej niż np. ryba, która wydala z siebie jajeczko, gubi je i po wykluciu się rybek już nie interesuje się swoimi dziećmi. My przecież z naszymi młodymi spędzamy dużą część życia. Przez 15, 20, a czasem i 25 lat je wychowujemy. Dlatego uważam, że wychowanie dzieci to nasza najważniejsza misja. W nich przetrwamy i my, i ci, którzy przyjdą po nas.

Nie idealizuje pan?

Wcale nie, patrzę na to bardzo realistycznie. Przecież to od nas zależy, jak będzie uformowane następne pokolenie i czy nasz gatunek będzie dzięki temu przedłużony. W ten sposób ludzkość się rozwija – zdobywając wiedzę, coraz lepiej rozumiejąc, jaka jest nasza rola we wszechświecie. To, czego się nauczymy, przekazujemy dzieciom. Dlatego uważam, że ich wychowanie staje się dla nas ważniejsze niż cokolwiek innego w życiu. Jako rasa ludzka istniejemy bardzo krótko, 60 tysięcy lat. Nasza cywilizacja trwa 4 tysiące lat – króciutko w perspektywie kosmicznej. To śmiesznostka w porównaniu z tym, że inne cywilizacje we wszechświecie mogą żyć i milion lat.

Mówi pan, jakbyśmy zaraz mieli przestać istnieć. Oglądał pan film „Interstellar” Christophera Nolana? Główny bohater ma podobną misję – znaleźć w kosmosie miejsce do życia dla wymierającej ludzkości, której grozi zagłada na Ziemi.

Ciekawe, że cała moja rodzina już widziała ten film, tylko ja jeszcze nie. Myślę, że ten scenariusz będzie się realizował szybciej niż nam się wydaje. Zasoby naszej planety – czyste powietrze, woda, miejsce do życia – kurczą się w szybkim tempie. Musimy wciąż myśleć o przetrwaniu i szukać dla siebie innych, lepszych światów. Pierwszy człowiek może zasiedlić Marsa już za 20 lat. To nie mrzonka naukowców!

Na filmie dokumentalnym o Rotsecie widać, jak naukowcy zaczynają krzyczeć, płakać, obejmować się z radości. Wtedy statek wybudził się po prawie trzech latach hibernacji.

Dla nas to była najtrudniejsza chwila. Jest styczeń, czyli od lądowania na komecie dzieli nas jeszcze 10 miesięcy. Czekamy. Jeszcze nic nie wiemy, nie mamy pewności, co się stanie. Godzina 10:16 – wtem koledzy badający fale radiowe krzyczą „jest!”. Ja nic nie widzę – a oni dostrzegli drganie amplitudy, czyli znak, że Rosetta wychodzi z hibernacji i będzie można próbować posadzić jej lądownik na komecie. Nie wiedzieliśmy, czy kiedykolwiek statek się zbudzi. Czy paliwo nie zamarznie, czy jakaś mikrocząsteczka nie przeleci przez komputer, czy grzejnik nie odpadnie – z Rosettą mogło stać się więc wszystko. Trzeba mieć sporo szczęścia, żeby ukończyć taką misję. Przygotowywaliśmy nie na tę chwilę od blisko 10 lat. Dawano nam 50 proc. szans na powodzenie. Mogła się zakończyć fiaskiem.

Tyle lat badań nad tak ważnym projektem, a pan mówi o łucie szczęścia.

Bo ja jestem szczęściarzem. Miałem chyba w życiu dużo szczęścia. I fajnie by było, żeby tak zostało.

*Artur B. Chmielewski (rocznik 1957, syn Henryka Jerzego Chmielewskiego, „Papcia Chmiela”, autora komiksów o Tytusie, Romku i A’Tomku), jest menedżerem w NASA. W agencji opracował do tej pory 9 kluczowych projektów kosmicznych. Od wielu lat, wspólnie z amerykańskimi i europejskimi inżynierami przygotowywał jedną z najważniejszych misji człowieka w kosmosie, projekt Rosetta. Jej zadaniem jest zbadanie struktury komety i opracowanie danych, świadczących m.in. o początkach układu słonecznego. Pierwszy etap tego projektu – posadzenie lądownika badawczego na komecie – zakończył się sukcesem. Misja Rosetta potrwa jeszcze przez rok, cały czas lecąc obok komety, kiedy ta zbliża się do Słońca.

Art_1

Art B. Chmielewski w Ogrodzie Marsjańskim w kalifornijskim laboratorium NASA w Pasadenie, z „bratem” łazika Curiosity, który kiedyś lądował na Marsie. W tym miejscu naukowcy z NASA testują roboty przed wysłaniem ich na czerwoną planetę. Gdy Art czytał gazetę z naszym wywiadem, łazik podjechał i zajrzał mu za ramię ;)

					
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s