Bodę rogami naprzód

Z Mikołajem Trzaską właściwie trudno rozmawiać o innych sprawach niż muzyka, emocje z nią związane i czysta metafizyka. Spadkobierca legendarnej gdańskiej sceny jassowej długo dobiera słowa i myśli, zanim znajdzie te właściwe. Ale kiedy już daje się im ponieść – trudno go zatrzymać. O swoim żydostwie, za które w pewnym momencie wziął odpowiedzialność w swojej twórczości, o komponowaniu do filmów Smarzowskiego i trudnej sztuce uchwycenia tego, co w muzyce najważniejsze rozmawiałam z najciekawszym z  polskich jazzmanów i wybitnym saksofonistą w sierpniu 2012 roku w warszawskim klubie Plan B. 

Anna Gromnicka: Niedawno skończyła się dla ciebie kolejna przygoda z filmem Wojciecha Smarzowskiego – po „Drogówce” napisałeś muzykę do „Pod Mocnym Aniołem”, ekranizacji książki Jerzego Pilcha. 

Mikołaj Trzaska: Smarzowski jest reżyserem, który ma bardzo konkretną wizję swoich filmów, i zna się na muzyce, tego rodzaju wrażliwość na melodię i rytm  rzadko się zdarza. Nie chce ilustracyjnego „opisywacza” obrazów, woli, gdy muzyka oddaje zawiłości psychologiczne bohaterów. W pewien sposób moja muzyka dopowiada to, czego nie możemy zobaczyć.

Do „Drogówki” też tak pisałeś? 

Pisałem to za dużo powiedziane. Z garażu naszego wiejskiego domu wygrzebałem stare organy, w połowie nie działające. Brzmienie klawiszy przypomina raczej zgrzyty i chroboty niż normalne melodie. Do tego doszły stare, żeliwne słupki z budowy, kije namiotowe, śledzie, różne zardzewiałe rzeczy. Potrafiłem rzucać tym wszystkim o ziemię i nagrywać te odgłosy na mikrofon studyjny. Wojtek miał jedno życzenie – muzyka, która się pojawi w tym filmie, nie ma przypominać żadnej innej, a instrumenty mają wydawać dźwięki, których jeszcze nie słyszał.  Ten rok jest szczególny w twoim życiu?  Zacznijmy od tego, że ostatnie lata oznaczały dla mnie przede wszystkim mnóstwo projektów zagranicznych; amerykańsko- szwedzki – Inner Ear czy brytyjski Riverloam Trio. Miałem to szczęście być jednym z muzyków, którzy dostali się do czołówki sceny improwizowanej, która jest jednak piekielnie hermetycznym środowiskiem. W pewnym momencie zauważyłem, że gram tylko z muzykami z Nowego Jorku, Chicago, Londynu, Skandynawii a umykało mi to, co się w tym czasie działo w Polsce. A pojawiło się mnóstwo świetnych muzyków improwizujących. Wpadłem na pomysł aby stworzyć kwartet klarnetowy Ircha, do którego ściągnąłem świetnych, młodych, utalentowanych muzyków. Stworzenie takiego składu było możliwe tylko tutaj. Jego unikalność polega m.in. na tym, że naprawdę trudno zebrać w jednym miejscu czterech, wybitnych klarnecistów, grających muzykę improwizowaną. Pomyślałem, że nadszedł czas, aby szukać dla siebie czegoś takiego w muzyce, co nazywam identyfikacją miejsca. Teraz muzyka wszędzie brzmi tak samo. W kulturze masowej i popularnej mamy do czynienia z jej unifikacją.

Tobie to przeszkadza? 

Bardzo. Język tej muzyki jest taki sam: z reguły wszyscy używają komputerów, tych samych programów edycyjnych, śpiewają po angielsku. Trudno ci zlokalizować, skąd pochodzą te dźwięki. Z jednej strony to dobrze, bo to znaczy, że muzyka nie ma granic ale z drugiej strony źle, ponieważ to zjawisko zabija spuściznę i tradycję.  

Ale ty masz przecież bardzo nowoczesne podejście do muzyki. Skąd upieranie się przy tradycji?   

Nowoczesne oznacza: bardzo ściśle związane z tradycją. Po prostu uważam, że wobec ogólnej utarty identyfikacji miejsca, trzeba ją podtrzymywać. Że ona nas określa, jako ludzi, nie tylko jako artystów. Dlatego zacząłem przede wszystkim  szukać właśnie ludzi, na drugim miejscu muzyków , którzy noszą w sobie typowo słowiańską wrażliwość. I udało się. Okazuje się, że takiego zespołu, jak nasz kwartet, nie ma nigdzie indziej. Tam gdzie gramy, wszyscy mówią: „to niesamowite, ale to jest naprawdę słowiańska muzyka”. Oczywiście my nie silimy się na polskość czy żydowskość. To po prostu słychać. To jest jakby nasz muzyczny akcent, podobnie jak w języku mówionym, gram na saksofonie z polskim akcentem.  Na przykład po koncercie w Pradze Trevor Watts, brytyjski saksofonista, powiedział nam: „to słychać w was, nie gubcie tej słowiańskości”. I rzeczywiście, tworzymy jedno ciało, świetnie się rozumiemy. Jesteśmy tak zgrani, że gdy ostatnio zabrakło jednego z nas podczas koncertu, miałem ogromne trudności w znalezienie godnego zastępcy!

Kolejna twoja fascynacja, która bezpośrednio wiąże się z powstaniem kwartetu Mikołaja Trzaski Ircha – to muzyka żydowska. Wciąż ją odkrywasz?

Tak. Szukam w niej czegoś bardzo osobistego i intymnego. Nie mam potrzeby robienia żadnego show z mojej żydowskości, choć może pokazanie się jako klezmer, żydowski grajek przyniosłoby mi większą popularność? Ale mi nie o to chodzi. Wchodzę w te dźwięki bez kompromisów. Płyta, którą nagraliśmy w zeszłym roku, „Zikaron Lefanai”,  została zarejestrowana na Festiwalu Nowej Muzyki Żydowskiej w Warszawie, miała swoją premierę na Festiwalu Muzyki Żydowskiej na Krakowskim Kazimierzu. Graliśmy tęż ją na Ohelu. Długo myślałem, jaka ma być ta muzyka – i doszedłem do wniosku, że musi to być muzyka polska. Wiesz, my wszyscy zostaliśmy odcięci od korzeni. Mamy nuty, opowieści, zapiski, ale nie śpiewaliśmy tych piosenek w Polsce przez lata. U mnie w domu nikt nie śpiewał mi piosenek sprzed wojny. Pamiętam urywki kołysanek, jakieś przysłowia. To wszystko. Dlatego z całym kwartetem cały czas szukamy, kopiemy, grzebiemy. Idziemy na żywioł, bo w żywiole i fizyczności jest jakaś prawda.  Właśnie dlatego ludzie przyszli na Ohel – nie do kościoła, do synagogi, tylko na koncert. To jest bardzo ważne, bo to nie była impreza żydowska, tylko wspólna – polska i żydowska.

Jaka jest twoja muzyka żydowska?

Pochodzi z różnych krajów i różnych okresów historycznych. Słucham jej dużo – jak coś przykuję moją uwagę, często spisuję ze słuchu z odtwarzacza. To są głównie utwory, bazujące na różnych fiszkach, zbieranych przez muzyków przez stulecia po wsiach. Czasem ich podstawą jest melodia zapisana na strzępach kartek w szesnastu taktach, które trzeba dopiero zharmonizować i poskładać w całość. Ich tradycja sięga średniowiecza. Po harmonii i skali domyślam się, że były inspirowane polską muzyką sakralną. Myślę, że Żydzi – kiedy przyjechali do Polski w XVI wieku, byli zafascynowani tym krajem. Przyglądali mu się i czerpali z jego kultury sporo. Nie do końca akceptuję termin „nowa muzyka żydowska”, ale rozumiem, że ludzie, gdy słyszą słowo „nowa”, z większą ciekawością przychodzą na koncerty. Ale ja sam jestem jak najdalszy od tworzenia czegoś całkowicie nowego.  

Słuchając, jak grasz, myślałam o filmie Artura Żmijewskiego, który zrobił film o Żydach w izraelskim domu starców. Sfilmował ich, jak śpiewali stare polskie piosenki, których nauczyli się jeszcze przed wojną w Polsce, i płakali. Taka muzyka działa oczyszczająco? 

Oczyszczenie jest równoznaczne z identyfikacją. Muzyka żydowska jest dla mnie, Polaka żydowskiego pochodzenia, lepszą drogą dotarcia do swoich korzeni, niż religia. Ale nie tylko Żydzi mają problem z indentyfikacją. Dla warszawiaków, którzy biorą udział w koncercie muzyki żydowskiej, jest ona sposobem na identyfikację z własną historią, z przeszłością i tradycją narodową. Sam jestem Żydem drugiego pokolenia i naturalnie nie mogę pamiętać Holocaustu. Ale zostało mi to przekazane w zupełnie nieświadomy sposób. Uczę się, jak z tym żyć i w jaki sposób jakoś to sensownie przepracować.

Długo dochodziłeś do swojego żydostwa? 

Identyfikacja to jest bardzo długi i mozolny proces, którego nie da się przyspieszyć. Teraz przeżywam czas, kiedy odkrywam dar, że jestem jednym i drugim – Polakiem i Żydem jednocześnie. I że ten dialog we mnie jest brany jako coś ważnego. Jest to dar. Być może dlatego czuję że mam misję i niepisane prawo podjąć temat pojednania. Wiesz, ja wielokrotnie byłem posądzany o naiwność, nawet przez środowiska żydowskie – że chcę zamazać przeszłość dźwiękami, muzyką wyprzeć z siebie tragedię. Że nie chcę się z tym zmierzyć. Nie było to prawdą, ale pogodzenie się z tymi ocenami było dla mnie trudne. Wierzę w pozasłowną moc muzyki. Wiem o tym, bo tego doświadczam prawie codziennie, ćwicząc czy grając koncert, że muzyka idzie ponad podziałami, a czasami nawet ponad sprawami, które jesteś w stanie sobie wytłumaczyć. Ma dar wyzwalania z ciebie emocji, więc jeżeli coś jest wzruszające, przeraźliwe, straszne, albo czujesz w dźwiękach cierpienie, to jestem pewien, że nagle zaczynasz to bardzo mocno odczuwać. Nagle uzupełniasz wiedzę o uczucia, których nie da ci żadna rozmowa. I masz pełnię przeżyć.  Dlatego najważniejsze jest dla mnie, by grać autentyczną muzykę, by po przez nią słuchacz mógł prawdziwie przeżywać.  

W tej muzyce chyba jest tylko żal. Czujesz to? 

Jest w niej dużo żalu, ale przede wszystkim smutku. Tak samo, jak dużo jest antysemityzmu w naszym społeczeństwie. Ale to nie jest do końca żal do Polaków, tak samo, jak polski antysemityzm jest w większej części antysemityzmem bez udziału prawdziwego Żyda. W zasadzie Żydem jest każdy, na którego chce się zwalić winę.  To jest stereotyp budowany przez wiele lat. Ponieważ historia żydowska, szczególnie powojenna, jest dla nas, Polaków, tak trudna do przełknięcia. Tak trudno wciąż jest znieść historyczny fakt istnienia samego Holokaustu, a co dopiero uznać i zobaczyć się choć przez moment moment w roli oprawcy. I to jest zasadniczy problem, polegający na tym, że to wszystko się ze sobą miesza i kotłuje. My wszyscy, i Polacy, i Żydzi, potrzebujemy solidnej terapii, w której ktoś by nas zebrał razem i powiedział, skąd się biorą nasze uczucia, dlaczego tak się stało. Ale najważniejsze żeby fakty stały się faktami, byśmy przyjęli to na klatę. Ale dużo musi wody upłynąć za nim zaczniemy rozumieć, że historia Żydów polskich jest również historią Rzeczypospolitej. Długo też myśleliśmy, co powinniśmy zagrać w hołdzie Żydom z getta. Koncert w 70. rocznicę Zagłady Żydów z Getta Warszawskiego nazwaliśmy Ohel, co oznacza szałas, ale też dom wzniesiony na grobie cadyków, święte miejsce. To piękne, że mogiła może symbolizować coś nowego. Czyli jest nowe życie po niewyobrażalnej tragedii.

Jednak Polacy i Żydzi nie do końca potrafią wspólnie rozwiązywać swoje historyczne problemy.

Pierwszy krok do dyskusji o tym zrobił Jan Tomasz Gross, publikując książkę „Sąsiedzi”. Dobrze, że się ukazała, bo może nam, Polakom, potrzebny nam był taki szok? Tak, jak potrzebne było „Pokłosie”. Może inaczej nie udałoby się ludzi oświecić? Teraz czas na kolejny krok. Czas, żebyśmy zaczęli normalnie rozmawiać na ten temat. Musimy pamiętać, że przed wojną tworzyliśmy jeden kraj, który był bogaty wielokulturową mozaiką, tworzącą jakość w sensie kulturowym, religijnym, handlowym.  Żyliśmy razem.  Ten dialog jest nieunikniony.

Po dwudziestu latach od rozpadu gdańskiej sceny jassowej jesteś jedynym jej przedstawicielem, który konsekwentnie idzie własną, wymyśloną przez siebie drogą, łącząc tamtą tradycję z własnym stylem. Co jest na końcu tej drogi?   

Podejrzewam, że dla wielu osób, moje życie pozornie może wydawać się bardzo łatwe i przyjemne. Prawda jest taka, że walczę i sporo to mnie kosztuje, żeby było, jak jest. Moje życie nie toczy się w aurze sukcesu. Wszystko jest w nim opłacone zmaganiami z codziennością pracownika muzycznego. Często się zastanawiam, czy się wyrobię z rachunkami, z załatwianiem koncertów i tras, co jest  trudne. Raz zrobiłem taką woltę: przestałem być malarzem, stałem się muzykiem. Przemieniłem całe swoje życie i dałem sobie słowo, że ja już w tym pozostanę. To jak przysięga małżeńska. Wybierając muzykę, poniosłem wielkie koszty: zraziłem do siebie wielu ludzi, moi rodzice bardzo się o mnie niepokoili. Niektórzy mnie opuścili, myśleli, że oszalałem, gdy zamiast spokojnych studiów na Akademii Sztuk Pięknych, wybrałem bycie grajkiem. Poczułem, że muszę pilnować tego, co mam, już na zawsze. W mojej muzyce jestem trochę takim Sherlockiem Holmesem: zadaję ludziom i sobie zagadkę, i każę ją odkrywać. Nigdy nie wiem, co się wydarzy i nie chcę mówić wszystkiego. W muzyce liczą się dla mnie emocje, w których inni mogliby znajdować siebie.

Tworzenie tych emocji musi chyba oznaczać ciężką pracę.  

Teraz dostrzegam przesyt pracą i samym sobą – była „Róża” Smarzowskiego, płyta z kwartetem, koncert Ohel, „Drogówka”, potem Chicago. Potem dużo roboty z innymi rzeczami. Chciałbym gdzieś uciec z rodziną  i ukryć się na jakiś czas. A tu muszę skończyć produkcję płyty Riverloam i Inner Ear.  Potem trasa w Danii, a potem znowu do Nowego Jorku i cała trasa po Stanach. Ale ja jestem zodiakalnym Baranem, instynktownie prę do życia, do uczuć. Mam rogi, pochylam głowę, tymi rogami bodę i tak idę naprzód. I jakoś mi to wychodzi.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “Bodę rogami naprzód

  1. Jeśli istnieje antysemityzm to dlaczego zapomina się o istnieniu antypolonizmu tak charakterystycznego dla Żydów? Hmmm? Specjalnie się to przemilcza by pokazać jacy to Żydzi pokrzywdzeni i dobrzy a cała reszta wręcz przeciwnie. Jeśli chodzi o publicystyczne nie oparte o źródła i rzetelne dane książki Grossa to proszę sobie nawet nie żartować. Książki Grossa są wydarzeniem publicystycznym a nie poważną publikacją historyczną.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s